31.10.2025, 18:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2025, 18:53 przez Eugenia Jenkins.)
W oczach kobiety pojawiło się rozpoznanie, gdy u jej boku pojawił się auror. Drugi, jeśli liczyć młodzika świeżo po kursach na którego ramieniu się wspierała w tej defiladzie pośród bankietowych gości.
– Ależ drogi panie Bulstrode, to pan winien tu zabawiać mnie, a nie odwrotnie – uśmiechnęła się nieco bardziej kokieteryjnie, pozwalając sobie na wyciągnięcie z mankietu wachlarza, którym zaczęła się niespiesznie wachlować. Pęd powietrza łagodnie odgarnął czarne włoski dotykające jej twarzy, a zapach, który się wokół niej roztoczył, przydał jej świeżości, odejmował lat, przywodził na myśl słodycz wiosennego jabłka.
Szła dalej, bo przecież jego pojawienie się nie powinno zaburzyć planów Ministry Magii. Jej ciemne oczy ześlizgiwały się po plakatach i szkicach, ale zdawały się ich nie dostrzegać. Jej myśli krążyły gdzieś indziej, albo całe to przejście do wystawy było w pewien sposób na pokaz, aby przez moment poudawać, że chodzi o sztukę, a nie łapczywy powrót do normalności w której to ona jest gwiazdą w koronie. Cóż... obecnie w spalonej koronie. Czy - jak wolała mówić - delikatnie nadpalonej.
– Patrząc na te prace, aż ciśnie się na usta powiedzieć, że pomarańczowy czyż nie? – zdawała się zdecydowanie nie być zadowoloną z tej odpowiedzi. – Pomarańczowa jak dynia. Kabaczek. Jak nieregularna skórka pomarańczy. – Westchnęła, kierując swoje spojrzenie znów ku rozmówcy, skoro jej ochroniarz trzymał się twardo w pozie służbisty i już wcześniej nie odezwał się do niej ani słowem. – Powiedziałabym czerwień. Energia. Pęd. Działanie. – Ten błysk w oku na moment współgrał z karminem szminki całkiem szczerego uśmiechu, choć to co działo się w podziemnym Ministerstwie zdawało się biegunowo odległe od pędu i działania, co Bulstrode zmagający się na co dzień z tą samą biurokracją i niekończącymi się raportami wiedział nawet przy pracy bardziej energicznej niż przekopywanie się przez stos podań i odwołań. Tymczasem Jenkins westchnęła kręcąc głową w pewnym rozczarowaniu. – To jednak też kolor płomieni i krwi... Niezbyt popularny w ostatnim czasie. Ten pomarańcz już mnie zdziwił. Ta tancerka... wyglądała jak płomień w niektórych momentach. Aż dziwiłam się, że nikt nie wyszedł z atakiem paniki ze spektaklu. A może wyszedł i to przeoczyłam? – pytanie skierowała do ochroniarza, licząc na to, że mimo wszystko dołączy do rozmowy.
– Ależ drogi panie Bulstrode, to pan winien tu zabawiać mnie, a nie odwrotnie – uśmiechnęła się nieco bardziej kokieteryjnie, pozwalając sobie na wyciągnięcie z mankietu wachlarza, którym zaczęła się niespiesznie wachlować. Pęd powietrza łagodnie odgarnął czarne włoski dotykające jej twarzy, a zapach, który się wokół niej roztoczył, przydał jej świeżości, odejmował lat, przywodził na myśl słodycz wiosennego jabłka.
Szła dalej, bo przecież jego pojawienie się nie powinno zaburzyć planów Ministry Magii. Jej ciemne oczy ześlizgiwały się po plakatach i szkicach, ale zdawały się ich nie dostrzegać. Jej myśli krążyły gdzieś indziej, albo całe to przejście do wystawy było w pewien sposób na pokaz, aby przez moment poudawać, że chodzi o sztukę, a nie łapczywy powrót do normalności w której to ona jest gwiazdą w koronie. Cóż... obecnie w spalonej koronie. Czy - jak wolała mówić - delikatnie nadpalonej.
– Patrząc na te prace, aż ciśnie się na usta powiedzieć, że pomarańczowy czyż nie? – zdawała się zdecydowanie nie być zadowoloną z tej odpowiedzi. – Pomarańczowa jak dynia. Kabaczek. Jak nieregularna skórka pomarańczy. – Westchnęła, kierując swoje spojrzenie znów ku rozmówcy, skoro jej ochroniarz trzymał się twardo w pozie służbisty i już wcześniej nie odezwał się do niej ani słowem. – Powiedziałabym czerwień. Energia. Pęd. Działanie. – Ten błysk w oku na moment współgrał z karminem szminki całkiem szczerego uśmiechu, choć to co działo się w podziemnym Ministerstwie zdawało się biegunowo odległe od pędu i działania, co Bulstrode zmagający się na co dzień z tą samą biurokracją i niekończącymi się raportami wiedział nawet przy pracy bardziej energicznej niż przekopywanie się przez stos podań i odwołań. Tymczasem Jenkins westchnęła kręcąc głową w pewnym rozczarowaniu. – To jednak też kolor płomieni i krwi... Niezbyt popularny w ostatnim czasie. Ten pomarańcz już mnie zdziwił. Ta tancerka... wyglądała jak płomień w niektórych momentach. Aż dziwiłam się, że nikt nie wyszedł z atakiem paniki ze spektaklu. A może wyszedł i to przeoczyłam? – pytanie skierowała do ochroniarza, licząc na to, że mimo wszystko dołączy do rozmowy.