22.02.2023, 23:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2023, 23:28 przez Jamil Anwar.)
- Może to i lepiej, jeszcze przypadkiem zniszczyłby grobowiec i nie byłoby nic do odkrycia – uznał, wzruszając ramionami. Nie miał zielonego pojęcia, co mogło znajdować się zamknięte w bocznej komnacie należącej do starożytnej, egipskiej czarownicy. Na pewno coś cudownego i paskudnego zarazem. Już teraz mógł się założyć, że klątwołamacze będą przy tym mieli nie lada zagwozdkę. Narzędzia rolnicze i stare wazy odkryte przez poprzednią ekipę, z którą Jamil współpracował, zdawały się przy tym ledwie zabawkami dla laików. Tak jak i prace mugolskiej ekipy, które zdołał zaobserwować, szukając namiotu Shafiqa. Aż wstyd przyznać, ale bawiło go to, jak pracowali w pocie czoła, by oszacować wiek nic nie znaczących kamieni, użytych jedynie do budowy i podtrzymania konkretnych sal świątyni. Jeśli Quinbell robił dokładnie to samo, zamiast rozpocząć współpracę z wykwalifikowanymi czarodziejami, rzeczywiście marnował potencjał.
- Nie, nie ma. Po prostu byłem ciekawy – przyznał, wzruszając przy tym ramionami. Dostrzegł, że Cathal odlatywał gdzieś myślami, ale zinterpretował to raczej jako próbę przypomnienia sobie kolejnych faktów historycznych i ciekawostek na temat ducha, którego Jamil miał wywołać. Nie znał jeszcze tego człowieka, niewiele o nim wiedział poza tym, co powiedzieli mu kojarzący go ludzie. – Ktoś kiedyś w końcu je odczyta. Pytanie tylko, kiedy?
Hieroglify pozostawały dla Egipcjanina jedynie zbiorem obrazków, które odczytywał wyjątkowo dosłownie. Jeśli na płycie przedstawiony został ptak, był zwykłym ptakiem – nie Horusem, niebiosami, zbawieniem, czy co też sobie w starożytności wymyślili. Nie dziwił się, że tylko nieliczni potrafili wtedy czytać. Sam zapewne miałby poważne problemy ze zrozumieniem, co kapłani czy urzędnicy zajmujący się spisami mieli na myśli.
- Teleportacja nie jest tu tak powszechna, większość ludzi wybiera inne środki transportu. Przez magię bezróżdżkową zdarza się zbyt wiele anomalii i przez to rozszczepień – odpowiedział mu, czując dziwną potrzebę wytłumaczenia się z braku tej umiejętności, która dotąd mu nie doskwierała. Najwyraźniej jednak Cathalowi wydawała się na tyle istotna, by o niej wspomnieć. – Wywoływałem raz ducha na dachu budynku, chowając się przed grupą czarnoksiężników, którzy dowiedzieli się, co odkopaliśmy. Pomogło nam to zresztą, bo okazało się bezwartościową, złośliwą zabawką. Przyjemnie było potem patrzeć, jak złazi z nich skóra, kiedy oddaliśmy im tę szkatułę dobrowolnie – ciągnął dalej, wciągając się w kolejną historię. Pracując na wykopaliskach co rusz wpadał w kłopoty, więc miał takich historii na pęczki. Zazwyczaj wykorzystywał je, zabawiając młodsze rodzeństwo podczas kolacji. Nie zawsze mu wierzyli, ale też miał talent do podkoloryzowania rzeczywistości. Shafiqowi jednak mówił prawdę, dochodząc do wniosku, że bajki by na niego nie podziałały – i tak pewnie wiedział na tyle dużo, by wyczuć ewentualne kłamstwo.
Odetchnął z ulgą na wszelkie zabezpieczenia, którymi zajął się szef grupy archeologicznej. Praca w bardziej zorganizowanych warunkach dawała mu też większe pole do popisu i szanse na wykazanie się w kwestii przywołania ducha. Skinął tylko głową, zgarnął ze stołu kartki z dziennika Qiubella i skierował się do kręgu. To wszystko wydawało się podejrzanie zbyt proste. Upuścił torbę poza kręgiem i machnął ręką, przywołując do siebie kilka niewielkich świec, które wyglądały, jakby były niemal wypalone. Zdołał się jednak przekonać, że im mniejsze, tym bezpieczniejsze. W warunkach polowych nie przewracał ich wiatr i chociaż wypalały się szybciej, zapewniały bezpieczeństwo w przypadku groźniejszych duchów. Ich zgaśnięcie nie zawsze, ale dość często odsyłało ducha z powrotem. Sięgnął jeszcze po pojemnik z kadzidłem, które zapaliło się pod pstryknięciem palców, roznosząc po pomieszczeniu stróżkę duszącego dymu o korzennym zapachu. Świece ustawiły się po wewnętrznej stronie kręgu przy kamieniach runicznych, a ich knoty zapłonęły. W namiocie wciąż było jednak jasno, więc nie zwracało się na nie aż takiej uwagi.
- Wiedziałeś, że duchy przemawiają z akcentem? – zapytał, obracając w dłoniach kartki należące do egiptologa, jak gdyby badał ich fakturę. – Kazali mi wywołać żołnierza Aleksandra Macedońskiego, który miał romans z jakimś wezyrem Ptolemeusza X. Mój głos podobno bardzo ładnie brzmi, kiedy śpiewam po grecku – zażartował jeszcze, bardziej po to, żeby rozluźnić samego siebie, niż zabawić Shafiqa. Niespecjalnie pamiętał, dlaczego ten duch w ogóle zaczął śpiewać. Jamil czuł się wtedy, jakby się upił, choć nie tykał alkoholu przez długie tygodnie, by przygotować się na wcześniej zaplanowane sprowadzenie Macedończyka.
W końcu zamilkł i przymknął oczy, chcąc skupić się na zadaniu. Tracił w ten sposób zaczepienie ze światem żywych, ułatwiając sobie wpuszczenie ducha. Gdyby ktokolwiek go o to zapytał, pewnie porównałby to do ciągnięcia nici. Musisz wybrać odpowiednią, a potem przytrzymać ją w palcach, choć drga i próbuje się wymknąć. Czasem trwało to całe wieki, gdy poszukiwał „odpowiedniej”, czasem było zbyt wiele podobnych, a posiadane informacje nie pozwalały mu na selekcję. Musiał wtedy liczyć, że wybrany duch zechce przyjść do niego po dobroci. Nie był już do końca pewien, czy wciąż trzymał tę metaforyczną nić w postaci zapisków Quibella. Jego dłoń automatycznie powędrowała do twarzy, próbując zakręcić palcami nieistniejący zarost.
- Co się stało z moim wąsem? – Usłyszał w myślach głos o silnym, brytyjskim akcencie, wiedząc, że Cathal również musiał zarejestrować te słowa, choć dla niego brzmiały zupełnie inaczej. Duch porozumiewał się z otoczeniem przy pomocy ust Jamila.
- Nie, nie ma. Po prostu byłem ciekawy – przyznał, wzruszając przy tym ramionami. Dostrzegł, że Cathal odlatywał gdzieś myślami, ale zinterpretował to raczej jako próbę przypomnienia sobie kolejnych faktów historycznych i ciekawostek na temat ducha, którego Jamil miał wywołać. Nie znał jeszcze tego człowieka, niewiele o nim wiedział poza tym, co powiedzieli mu kojarzący go ludzie. – Ktoś kiedyś w końcu je odczyta. Pytanie tylko, kiedy?
Hieroglify pozostawały dla Egipcjanina jedynie zbiorem obrazków, które odczytywał wyjątkowo dosłownie. Jeśli na płycie przedstawiony został ptak, był zwykłym ptakiem – nie Horusem, niebiosami, zbawieniem, czy co też sobie w starożytności wymyślili. Nie dziwił się, że tylko nieliczni potrafili wtedy czytać. Sam zapewne miałby poważne problemy ze zrozumieniem, co kapłani czy urzędnicy zajmujący się spisami mieli na myśli.
- Teleportacja nie jest tu tak powszechna, większość ludzi wybiera inne środki transportu. Przez magię bezróżdżkową zdarza się zbyt wiele anomalii i przez to rozszczepień – odpowiedział mu, czując dziwną potrzebę wytłumaczenia się z braku tej umiejętności, która dotąd mu nie doskwierała. Najwyraźniej jednak Cathalowi wydawała się na tyle istotna, by o niej wspomnieć. – Wywoływałem raz ducha na dachu budynku, chowając się przed grupą czarnoksiężników, którzy dowiedzieli się, co odkopaliśmy. Pomogło nam to zresztą, bo okazało się bezwartościową, złośliwą zabawką. Przyjemnie było potem patrzeć, jak złazi z nich skóra, kiedy oddaliśmy im tę szkatułę dobrowolnie – ciągnął dalej, wciągając się w kolejną historię. Pracując na wykopaliskach co rusz wpadał w kłopoty, więc miał takich historii na pęczki. Zazwyczaj wykorzystywał je, zabawiając młodsze rodzeństwo podczas kolacji. Nie zawsze mu wierzyli, ale też miał talent do podkoloryzowania rzeczywistości. Shafiqowi jednak mówił prawdę, dochodząc do wniosku, że bajki by na niego nie podziałały – i tak pewnie wiedział na tyle dużo, by wyczuć ewentualne kłamstwo.
Odetchnął z ulgą na wszelkie zabezpieczenia, którymi zajął się szef grupy archeologicznej. Praca w bardziej zorganizowanych warunkach dawała mu też większe pole do popisu i szanse na wykazanie się w kwestii przywołania ducha. Skinął tylko głową, zgarnął ze stołu kartki z dziennika Qiubella i skierował się do kręgu. To wszystko wydawało się podejrzanie zbyt proste. Upuścił torbę poza kręgiem i machnął ręką, przywołując do siebie kilka niewielkich świec, które wyglądały, jakby były niemal wypalone. Zdołał się jednak przekonać, że im mniejsze, tym bezpieczniejsze. W warunkach polowych nie przewracał ich wiatr i chociaż wypalały się szybciej, zapewniały bezpieczeństwo w przypadku groźniejszych duchów. Ich zgaśnięcie nie zawsze, ale dość często odsyłało ducha z powrotem. Sięgnął jeszcze po pojemnik z kadzidłem, które zapaliło się pod pstryknięciem palców, roznosząc po pomieszczeniu stróżkę duszącego dymu o korzennym zapachu. Świece ustawiły się po wewnętrznej stronie kręgu przy kamieniach runicznych, a ich knoty zapłonęły. W namiocie wciąż było jednak jasno, więc nie zwracało się na nie aż takiej uwagi.
- Wiedziałeś, że duchy przemawiają z akcentem? – zapytał, obracając w dłoniach kartki należące do egiptologa, jak gdyby badał ich fakturę. – Kazali mi wywołać żołnierza Aleksandra Macedońskiego, który miał romans z jakimś wezyrem Ptolemeusza X. Mój głos podobno bardzo ładnie brzmi, kiedy śpiewam po grecku – zażartował jeszcze, bardziej po to, żeby rozluźnić samego siebie, niż zabawić Shafiqa. Niespecjalnie pamiętał, dlaczego ten duch w ogóle zaczął śpiewać. Jamil czuł się wtedy, jakby się upił, choć nie tykał alkoholu przez długie tygodnie, by przygotować się na wcześniej zaplanowane sprowadzenie Macedończyka.
W końcu zamilkł i przymknął oczy, chcąc skupić się na zadaniu. Tracił w ten sposób zaczepienie ze światem żywych, ułatwiając sobie wpuszczenie ducha. Gdyby ktokolwiek go o to zapytał, pewnie porównałby to do ciągnięcia nici. Musisz wybrać odpowiednią, a potem przytrzymać ją w palcach, choć drga i próbuje się wymknąć. Czasem trwało to całe wieki, gdy poszukiwał „odpowiedniej”, czasem było zbyt wiele podobnych, a posiadane informacje nie pozwalały mu na selekcję. Musiał wtedy liczyć, że wybrany duch zechce przyjść do niego po dobroci. Nie był już do końca pewien, czy wciąż trzymał tę metaforyczną nić w postaci zapisków Quibella. Jego dłoń automatycznie powędrowała do twarzy, próbując zakręcić palcami nieistniejący zarost.
- Co się stało z moim wąsem? – Usłyszał w myślach głos o silnym, brytyjskim akcencie, wiedząc, że Cathal również musiał zarejestrować te słowa, choć dla niego brzmiały zupełnie inaczej. Duch porozumiewał się z otoczeniem przy pomocy ust Jamila.