Wszystko zaczęło się od kawałka głogu. Leżał na stole od kilku dni, jakby czekał na dotyk. Drewno było twarde, żyłkowane, o barwie starej miedzi, z zapachem ostrym i cierpkim, pachniało jak krew w zetknięciu z ziemią. Głóg zawsze był szczególny; Savaš wiedział, że nosi w sobie magię przejść między życiem a śmiercią, snem a jawą, światłem i cieniem. Dlatego to właśnie z niego postanowił stworzyć swój dar na Mabon.
Oczyścił powierzchnię ostrzem, pozwalając, by z każdą wiórką drewna opadało z niego coś ciężkiego, dawnego, jakby razem z odpadkami usuwał z powietrza żal. Potem zaznaczył dłutem pierwsze linie. Cicho, z wyczuciem, jakby każda kreska mogła obudzić coś, co spało w drewnie od stuleci. Z początku rzeźba przypominała tylko krąg, prosty i surowy, ale Savaš nadawał jej kształt z niemal nabożną cierpliwością. Palcami śledził włókna, jakby czytał zapisane w nich runy natury. Przez długie godziny drewno nabierało rytmu, pod jego dłutem powstawał medalion równonocy, okrągły, z wyrytym w centrum symbolem Jera runą cyklu, równowagi, daru między światem a światem. Wokół wyżłobił drobne sploty korzeni i liści, subtelne, spiralne, przypominające wirujące ziarna w ziemi. Nie chodziło o ozdobę. Chodziło o gest, o magię życia w tym, co już martwe. Kiedy medalion był gotowy, przetarł go olejem, który sam przygotował: z mieszanki topionej świecy, żywicy sosnowej i odrobiny miodu. Drewno nabrało głębokiego połysku, jakby połknęło ostatnie promienie dnia. Zanim jednak położył go na ołtarzu, musiał dopełnić go tym, co żywe.
Z szuflady wyciągnął małe pudełko. W środku leżały fragmenty darów od stworzeń, które przez lata przewinęły się przez jego warsztat, nic niezwykłego, nic zdobytego przemocą. Od Niuchacza miał kilka błyszczących łusek, które kiedyś sam Stworzak zostawił przy kominku, przyciągnięty blaskiem metalu. Od Lunaballi, dwa maleńkie, wysuszone włoski, mieniące się w świetle jak księżycowy kurz. A z lasu przyniósł spleciony kokon Kolczatnika, delikatny jak szkło, a zarazem trwały jak przysięga. Te rzeczy nie były trofeami. Były śladami współistnienia. Savaš wplótł je w medalion cienkim sznurem z Cyprysu, tworząc subtelną koronę, amulet z fetyszami. Łuski połyskiwały jak ziarna światła, włoski Lunaballi drżały przy każdym ruchu powietrza, a kokon brzmiał cicho, gdy go dotknął. Jak serce zamknięte w drewnie. Kiedy skończył, położył medalion na dłoniach. Nie wyglądał jak święty przedmiot. Był prosty, naturalny, pachniał lasem, woskiem i dymem. Ale w tej prostocie było coś więcej, równowaga, której w jego życiu brakowało.
Podarek na ołtarz był już gotowy. Medalion z głogu leżał pośrodku, otoczony liśćmi, miodem i cieniem. Wokół paliły się świece, niskie, woskowe, nierówne jak szeregi zgaszonych gwiazd, które ktoś na nowo rozpalił w ziemi. Przybył na miejsce składania ofiar. Ciałem, bez duszy. Kiedy przyszła jego kolej, w pierwszej chwili nie ruszył się wcale. Palce ściskały dar z taką ostrożnością, jakby trzymał coś żywego. Ruszył dopiero wtedy, gdy ktoś z tyłu odchrząknął cicho, niecierpliwie. Kroki miał miękkie, niemal bezgłośne, ale jego obecność wydawała się krucha, jakby niebo miało się zawalić, gdyby zrobił coś nie tak. Kiedy w końcu dotarł do ołtarza, przez chwilę tylko stał, patrząc na puste miejsce, które na niego czekało. Potem, bardzo powoli, położył dar. Nie wiedział, czy wypada się modlić. Nie wiedział nawet, czy ktoś słucha. Savaš klęknął, z pokory i z potrzeby. Jego dłonie pachniały woskiem, dymem i drewnem, a serce winą. Nie od razu znalazł słowa. Modlitwy nigdy nie przychodziły mu łatwo; nie znał ich języka, więc tworzył własny, złożony z czułości, żalu i cichego błagania.
- Za ojca… - zaczął cicho, jakby mówił do ziemi, nie do nieba. - Niech świat znowu przypomni sobie jego imię. Niech ludzie, którzy przez lata kradli jego kunszt i jego sny, nauczą się pokory przed tym, kto potrafi dać drewno duszy. Niech Czarna Różdżka wróci do niego, do jedynego, który znał jej prawdziwy język. Niech nie trafi w ręce pyszałków, co wierzą, że moc to władza. Światło świecy zamigotało. Na moment wydawało się, że płomień przybiera kształt dłoni silnej, męskiej, tej samej, która kiedyś prowadziła jego własną, gdy pierwszy raz trzymał dłuto.- Za matkę… - głos mu zadrżał. - Niech spojrzy na mnie nie przez gniew, ale przez wspomnienie. Niech zapomni o przekleństwach, a przypomni sobie, że kiedyś mnie nosiła. Niech odnajdzie we mnie cokolwiek, co mogłaby nazwać swoim. Przy tych słowach jego dłonie zadrżały. Drewno medalionu zdawało się ciepłe, jakby w środku drżało serce. Zamknął oczy.
- A za niego… — wyszeptał. Nie miał odwagi powiedzieć jego imienia na głos. Łzy po jego policzku spłynęły gorzką kroplą.
- Niech żyje spokojnie. Niech nie czuje strachu, który ja czuję co dzień. Niech znajdzie miłość, której ja już nie umiem szukać. A jeśli kiedykolwiek pomyśli o mnie - niech pomyśli dobrze. Niech pamięta nie to, że kłamałem, tylko to, że kochałem.
+20 za rzemiosło ◉◉◉◉○, +5 za profesję rzemieślnika, +30 za trzy wagi ONMS, +20 za dwie wagi Tworzenia przedmiotów drewnianych. Łącznie +75.
Nie był pewien, czy w ogóle cokolwiek się wydarzyło, może to tylko wiatr poruszył liście, może płomień sam się pochylił, może nikt, nawet duch lasu, nie słuchał. A może właśnie w tym milczeniu kryła się odpowiedź. Tylko poprawiał. Starannie, uważnie, z tą delikatnością, którą znał wyłącznie przy tworzeniu. Oczyścił drewno z popiołu, wygładził krawędzie, przetarł medalion miękką szmatką nasączoną woskiem. Dodał nową ozdobę, odrobinę sierści Kuguchara, plecione w cienki sznur, który owinął wokół amuletu. Nie był to dar kosztowny, ale prawdziwy, pochodzący od stworzenia, które żyło, nie ginęło w ofierze. Poprawił jeszcze świece, dodał świeże liście dębu i odrobinę miodu, bo tak mówiono, że natura lubi słodycz. Wszystko poukładał w idealnej symetrii, aż sam zaczął wątpić, czy to wciąż ofiara, czy już rzeźba.
+20 za rzemiosło ◉◉◉◉○, +5 za profesję rzemieślnika, +30 za trzy wagi ONMS, +20 za dwie wagi Tworzenia przedmiotów drewnianych. Łącznie +75.