02.11.2025, 13:36 ✶
Może szkoda, że Atreus nie spytał, czy którejś z nich ktoś urwał ręce, bo wtedy konwersacja przybrałaby jeszcze bardziej zaskakujący kierunek, kiedy Brenna odpowiedziałaby mu, że nie, skąd, nie urwał, tylko odgryzł. A może i lepiej, bo jeszcze zamiast odpowiedzieć ukryłaby twarz w dłoniach, w jakimś przypływie chwilowego podłamania.
Atreus miał naturę pochlebcy, ale wątpiła, czy chciałoby się mu rzucać do niej nieszczere komplementy, otworzyła więc już usta, by mu odpowiedzieć, kiedy pojawiła się wiewiórka, skutecznie chwilowo odwracając uwagę.
Po prawdzie Brennie obecność wiewiórki jakoś straszliwie nie przeszkadzała. Ale ta albo była naprawdę wściekła – oby nie, bo to był marny wieczór na gnanie do Munga – albo mieli do czynienia z animagiem, który nie życzył sobie, by ktoś machał na niego ręką, albo zdenerwowana zareagowała gwałtownie, bo wydała z siebie skrzek i zamiast uciec… skoczyła ku ręce Atreusa. Wbiła ząbki w szatę na nadgarstku i nie wyglądało na to, aby miała zamiar puścić.
Brenna nie zastanawiając się nad tym długo, złapała szklankę i chlusnęła wodą w rudą kitę, z nadzieją, że to ją przegoni. Jak dla niej to zwierzak mógł sobie kraść przystawki ze stoły, ale jednak było miło, żeby nie rzucał się na gości. Celowała raczej w kuper niż w głowę, i bo nie chciała zrobić wiewiórce krzywdy, i by przy okazji nie oblać całego Atreusa.
– Mocno cię pogryzła? Chyba cię nie polubiła – oceniła Brenna, kiedy wiewiórka z dziwnym skrzekiem zeskoczyła ze stolika i umknęła gdzieś w stronę lasu. Z chwilowego braku różdżki sięgnęła po serwetkę, by wytrzeć wodę rozlaną na blacie, tuż obok plakiety z imieniem Mony. Zerknęła ku dłoni Atreusa, by ocenić, czy na ręku znajdowała się rana. Chyba tak naprawdę wiewiórka nie była chora…? Trochę głupio by wyszło, gdyby teraz zaczęli szukać medyka dla potężnego pana aurora, który ucierpiał w starciu z rudym gryzioniem. – W sumie przy zamiłowaniach Yaxleyów do polowań myślałam, że wszystkie zwierzęta tutaj będą zwiewały przed ludźmi w podskokach. Może to była bardzo głupia wiewiórka. Albo animag, który bardzo cię nie lubi.
Atreus miał naturę pochlebcy, ale wątpiła, czy chciałoby się mu rzucać do niej nieszczere komplementy, otworzyła więc już usta, by mu odpowiedzieć, kiedy pojawiła się wiewiórka, skutecznie chwilowo odwracając uwagę.
Po prawdzie Brennie obecność wiewiórki jakoś straszliwie nie przeszkadzała. Ale ta albo była naprawdę wściekła – oby nie, bo to był marny wieczór na gnanie do Munga – albo mieli do czynienia z animagiem, który nie życzył sobie, by ktoś machał na niego ręką, albo zdenerwowana zareagowała gwałtownie, bo wydała z siebie skrzek i zamiast uciec… skoczyła ku ręce Atreusa. Wbiła ząbki w szatę na nadgarstku i nie wyglądało na to, aby miała zamiar puścić.
Brenna nie zastanawiając się nad tym długo, złapała szklankę i chlusnęła wodą w rudą kitę, z nadzieją, że to ją przegoni. Jak dla niej to zwierzak mógł sobie kraść przystawki ze stoły, ale jednak było miło, żeby nie rzucał się na gości. Celowała raczej w kuper niż w głowę, i bo nie chciała zrobić wiewiórce krzywdy, i by przy okazji nie oblać całego Atreusa.
– Mocno cię pogryzła? Chyba cię nie polubiła – oceniła Brenna, kiedy wiewiórka z dziwnym skrzekiem zeskoczyła ze stolika i umknęła gdzieś w stronę lasu. Z chwilowego braku różdżki sięgnęła po serwetkę, by wytrzeć wodę rozlaną na blacie, tuż obok plakiety z imieniem Mony. Zerknęła ku dłoni Atreusa, by ocenić, czy na ręku znajdowała się rana. Chyba tak naprawdę wiewiórka nie była chora…? Trochę głupio by wyszło, gdyby teraz zaczęli szukać medyka dla potężnego pana aurora, który ucierpiał w starciu z rudym gryzioniem. – W sumie przy zamiłowaniach Yaxleyów do polowań myślałam, że wszystkie zwierzęta tutaj będą zwiewały przed ludźmi w podskokach. Może to była bardzo głupia wiewiórka. Albo animag, który bardzo cię nie lubi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.