23.02.2023, 00:51 ✶
Ulysses Rookwood był wzorowym pracownikiem Ministerstwa Magii. Tak bardzo wzorowym, że gdyby zapytać szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof Maxwella Cattlemore’a o jego najbardziej uporządkowanego i działającego zgodnie z wszystkimi procedurami pracownika, niechybnie wskazałby na Ulyssesa. Pewnie też to przygotowane przez niego dokumenty pokazywałby akurat wizytującemu Ministrowi Magii. W garniturze, w wykrochmalonej koszuli, z wypastowanymi butami, prezentował się zawsze nienagannie a jego posągowa, lekko blaga twarz bardziej pasowałaby do kogoś z Departamentu Tajemnic, niż wzywanego na interwencje renowatora i amnezjatora.
Co nie zmieniało tego, że Ulysses był raczej marnym kompanem do rozmowy i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zwykle zajmowało mu sporo czasu ułożenie sobie w głowie tego, co chciał powiedzieć. Większość żartów wcale go nie bawiła a najchętniej spędzał wolny czas pochylając się albo nad teleskopem i obserwując gwiazdy, wczytując się w kolejną książkę o historii magii albo kreśląc wykresy numerologiczne.
Ale na spotkanie po pracy z Theonem Yaxleyem był całkiem chętny. Częściowo dlatego, że znał go jeszcze z Hogwartu. Częściowo przez to, że stykał się z nim czasem podczas wspólnego palenia papierosów i jakby to żałośnie nie zabrzmiało, Rookwood nawet takie znajomości traktował poważnie. Częściowo chodziło też o to, że wbrew całemu swojemu dziwnemu charakterowi i niezgrabności towarzyskiej, Ulysses nie był samotnikiem. Tak, większą część wolnego czasu spędzał samotnie, ale nie był to do końca jego własny wybór.
O otwartej niedawno restauracji Chimera, dowiedział się mniej więcej w tym samym czasie co Yaxley. Sam nie planował odwiedzenia tego miejsca, ale już we dwóch? Czemu nie. Byle tylko usiąść gdzieś w kącie, przy jakimś stoliku, przy którym jak najmniej uderzały w niego wszystkie bodźce z zewnątrz.
Bo nawet siedząc na krześle, Rookwood był spięty. Nie, nie przez obecność Theona. Niemal zawsze był spięty a w nowym miejscu był spięty podwójnie. Oswajał się z nim. Nie chciał, a jednak musiał je poznać. Jego umysł szalał, kategoryzując napotkane dźwięki, obrazy i zapachy.
Podniósł wzrok znad swojego talerza i skierował go na Yaxleya.
- Nie – odpowiedział dość krótko, a potem, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że taka odpowiedź była nie tylko niegrzeczna, ale też zbyt szybko ucinała temat, który wcale nie był wyczerpany, dodał – Ojciec nic o tym nie mówił. – Wypowiedzenie dalszych słów było trudne. Głównie dlatego, że Ulysses wiedział o tym, co łączyło, przynajmniej oficjalnie, Theona z Seraphine. Zakładał, że właśnie przez zerwane narzeczeństwo, siedzący naprzeciwko niego mężczyzna w ogóle poruszył akurat ten temat. – Jeśli mogę sobie pozwolić na prywatną uwagę, wątpię by trzeba było jej szukać. Ma sklep w Carkitt Market. Wcześniej czy później będzie próbowała coś z nim zrobić. – Sprzedać. Może ubezpieczyć i spalić lub spalić, jeśli wcześniej rzeczywiście był już ubezpieczony. Wyciągnąć z niego pieniądze – sklep był w końcu dochodowym interesem. Ulysses uważał, że tego wszystkiego już raczej nie musiał dodawać. Theon pewnie sam zdawał sobie z tego sprawę. – Jeśli plotki, które o niej słyszałem są prawdziwe, z czasem, coraz gwałtowniej, będzie potrzebowała pieniędzy.
Nałogowym hazardzistom ciężko było we właściwym momencie powiedzieć stop. A nawet największe fortuny można było przepuścić w kasynie. Nieważne, gdzie była Seraphine. Jeśli ciągle będzie grała ulegając impulsom, z czasem przegra tyle, by potrzebować gotówki. Nawet rodzinne bogactwo mogło to tylko opóźnić w czasie.
Ulysses zmarszczył brwi. Czuł, że powinien powiedzieć coś jeszcze. Okazać wsparcie, dodać coś w rodzaju: „z pewnością sobie poradzi” – ale nie wiedział, czy Theon naprawdę chciał, by Leroux zdołała sobie poradzić. Z tego samego powodu odpadało także: „wierzę, że w swoim czasie zostanie ukarana”.
- Jeśli chcesz, mogę zapytać ojca, czy jej winiarnia jest obserwowana – zaproponował wreszcie.
Co nie zmieniało tego, że Ulysses był raczej marnym kompanem do rozmowy i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zwykle zajmowało mu sporo czasu ułożenie sobie w głowie tego, co chciał powiedzieć. Większość żartów wcale go nie bawiła a najchętniej spędzał wolny czas pochylając się albo nad teleskopem i obserwując gwiazdy, wczytując się w kolejną książkę o historii magii albo kreśląc wykresy numerologiczne.
Ale na spotkanie po pracy z Theonem Yaxleyem był całkiem chętny. Częściowo dlatego, że znał go jeszcze z Hogwartu. Częściowo przez to, że stykał się z nim czasem podczas wspólnego palenia papierosów i jakby to żałośnie nie zabrzmiało, Rookwood nawet takie znajomości traktował poważnie. Częściowo chodziło też o to, że wbrew całemu swojemu dziwnemu charakterowi i niezgrabności towarzyskiej, Ulysses nie był samotnikiem. Tak, większą część wolnego czasu spędzał samotnie, ale nie był to do końca jego własny wybór.
O otwartej niedawno restauracji Chimera, dowiedział się mniej więcej w tym samym czasie co Yaxley. Sam nie planował odwiedzenia tego miejsca, ale już we dwóch? Czemu nie. Byle tylko usiąść gdzieś w kącie, przy jakimś stoliku, przy którym jak najmniej uderzały w niego wszystkie bodźce z zewnątrz.
Bo nawet siedząc na krześle, Rookwood był spięty. Nie, nie przez obecność Theona. Niemal zawsze był spięty a w nowym miejscu był spięty podwójnie. Oswajał się z nim. Nie chciał, a jednak musiał je poznać. Jego umysł szalał, kategoryzując napotkane dźwięki, obrazy i zapachy.
Podniósł wzrok znad swojego talerza i skierował go na Yaxleya.
- Nie – odpowiedział dość krótko, a potem, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że taka odpowiedź była nie tylko niegrzeczna, ale też zbyt szybko ucinała temat, który wcale nie był wyczerpany, dodał – Ojciec nic o tym nie mówił. – Wypowiedzenie dalszych słów było trudne. Głównie dlatego, że Ulysses wiedział o tym, co łączyło, przynajmniej oficjalnie, Theona z Seraphine. Zakładał, że właśnie przez zerwane narzeczeństwo, siedzący naprzeciwko niego mężczyzna w ogóle poruszył akurat ten temat. – Jeśli mogę sobie pozwolić na prywatną uwagę, wątpię by trzeba było jej szukać. Ma sklep w Carkitt Market. Wcześniej czy później będzie próbowała coś z nim zrobić. – Sprzedać. Może ubezpieczyć i spalić lub spalić, jeśli wcześniej rzeczywiście był już ubezpieczony. Wyciągnąć z niego pieniądze – sklep był w końcu dochodowym interesem. Ulysses uważał, że tego wszystkiego już raczej nie musiał dodawać. Theon pewnie sam zdawał sobie z tego sprawę. – Jeśli plotki, które o niej słyszałem są prawdziwe, z czasem, coraz gwałtowniej, będzie potrzebowała pieniędzy.
Nałogowym hazardzistom ciężko było we właściwym momencie powiedzieć stop. A nawet największe fortuny można było przepuścić w kasynie. Nieważne, gdzie była Seraphine. Jeśli ciągle będzie grała ulegając impulsom, z czasem przegra tyle, by potrzebować gotówki. Nawet rodzinne bogactwo mogło to tylko opóźnić w czasie.
Ulysses zmarszczył brwi. Czuł, że powinien powiedzieć coś jeszcze. Okazać wsparcie, dodać coś w rodzaju: „z pewnością sobie poradzi” – ale nie wiedział, czy Theon naprawdę chciał, by Leroux zdołała sobie poradzić. Z tego samego powodu odpadało także: „wierzę, że w swoim czasie zostanie ukarana”.
- Jeśli chcesz, mogę zapytać ojca, czy jej winiarnia jest obserwowana – zaproponował wreszcie.