Szła przodem, doskonale wiedziała dokąd zmierza, z zamkniętymi oczami trafiłaby do tego miejsca. Nie musiała patrzeć, nogi same ją tutaj prowadziły. Mimo, że od lat nie mieszkała w tej okolicy, to jednak na zawsze miał być jej dom. Co by się nie działo, mogła tu wrócić, przynajmniej tak powtarzali jej rodzice, wolałaby jednak tego nie sprawdzać. Skupiona była na cieście, które trafiło w jej ręce, szkoda by było, żeby potknęła się o jakąś wystającą kostkę brukową.
Starała się myśleć pozytywnie, byli tu razem, był to kolejny krok w wejściu w tą nową rzeczywistość, w której znajdowali się wspólnie, to, że nie określili jak długo to potrwa wcale nie spowodowało, że zamierzała udawać, że nie ma nikogo w jej życiu. Nie wyobrażała sobie, aby Benjy miał spędzić ten wieczór samotnie, to było zupełnie niepotrzebnie, szczególnie, że jej rodzice nie mieli nic przeciwko temu. Być może jego obecność wprowadzi nieco świeżości do ich typowych kolacji, podczas których zwyczajowo wymieniali się historyjkami z pracy jedząc przy tym posiłek przygotowany przez matkę, czasem wychylając o kieliszek wina za dużo, by chwilę później każde z nich mogło rozejść się w swoją własną stronę. To było całkiem wygodne, gra pozorów, pokazywanie, że wszystko jest w porządku, że nic takiego się nie dzieje, że wszystko jest dobrze.
Tym razem faktycznie miała powód ku świętowaniu, sporo się zmieniło, otworzyła się na to, co los miał jej do zaoferowania i wydawało się Prue, że faktycznie warto było zaryzykować, a ona jak wiadomo raczej nie skłonna była do podejmowania spontanicznych decyzji. Chciała, żeby jej rodzice mieli świadomość, że w końcu faktycznie było u niej dobrze, wiedziała, że wcześniej mogli mieć ku temu wątpliwości, nie bez powodu bowiem zaczęła unikać wizyt w ich domu. Pytania, które jej zadawali bywały niewygodne, nie na wszystkie znała odpowiedzi.
W powietrzu unosił się ten charakterystyczny, wrześniowy zapach, zwiastujący nadejście jesieni, już nie było odwrotu, letnie dni odeszły w zapomnienie, miało być coraz chłodniej, ciemniej, wietrzniej, ale mimo tej pory roku wewnątrz czuła raczej wiosnę, która wiele obiecywała. Łatwo było jej się zatracać w tej nowej rzeczywistości, zupełnie straciła czujność, nie szukała dziury w całym, odrzuciła swoje czarne myśli.
Zatrzymała się na moment, gdy dotarli do ostatniego z domów. Odwróciła się na pięcie, by spojrzeć na swojego towarzysza. - To tu. - Powiedziała cicho, chociaż pewnie się domyślił, zresztą była pewna, że bywał u nich, kiedy byli dzieciakami, może niezbyt często, ale na pewno wiedział, gdzie mieszkał jej bliźniak, a co się z tym wiązało i ona, chociaż to nie ją wtedy odwiedzał.
Okolicę rozświetliło światło, zupełnie znienacka, odwróciła się więc w stronę drzwi, spodziewając się tego, iż zaraz znajdzie się tam jej rodzicielka, jak przystało na dobrą gospodynię.
Skinęła matce głową na przywitanie, poczekała, aż Benjy znajdzie się tuż obok niej i dopiero wtedy ruszyła w stronę drzwi. Jeszcze chwila i będą mieli to za sobą, denerwowała się nieco, jednak nie było to uczucie z tych nieprzyjemnych, raczej wiązało się z ekscytacją. Naprawdę chciała przedstawić Fenwicka swoim rodzicom, spędzić razem miło czas, a później wrócić do domu, zahaczając jeszcze o stragany. Dawno sabat jej tak nie cieszył jak ten, nie musiała przed niczym uciekać.
- Nie spóźniliśmy się, prawda? - Zagaiła rozmowę, gdy znaleźli się w progu. Niegrzecznie było ich sobie przedstawić w progu, więc dość szybko weszła do środka, przesuwając się na tyle, by zrobić obok siebie miejsce Benjy'emu.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control