04.11.2025, 09:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2025, 09:18 przez Alexander Mulciber.)
– Ależ nalegam – odpowiedział Alexander obojętnym tonem, który nie pozostawiał jednak miejsca na sprzeciw. Nie żeby spodziewał się go ze strony Lorien. Niemo, bo samym spojrzeniem, nakazał jej zająć miejsce siedzące. Dlaczego pani na Mulciber Manor miałaby bowiem stać w obecności gościa, kiedy to jej należały się wszelkie honory, jako gospodyni? Być może więcej było w jego naturze despoty, aniżeli sam Alexander zdawał sobie z tego sprawę. A może oboje z Lorien zdążyli zwyczajnie wejść w należne im role, nawyknąć do nich, czy też do harmonii, jaką wnosiły do ich życia. Bo czym był spokój, jeżeli nie drobną kobietą po drugiej stronie salonu, zwiniętą w kłębek na kanapie niczym kot? Jej ciężkie, złote kolczyki leżały na książce, którą czytał wczoraj Alexander. Odłożył ją na stolik, zanim usiadł przy kominku, żeby powróżyć z płomieni. Siedział wsparty o kanapę, odwrócony plecami do Lorien, która zasnęła, głaszcząc go po głowie. Czy to wszystko już było, zastanawiał się przez chwilę jasnowidz, wiecznie rozdarty między wspomnieniami przeszłości, a wizjami przyszłości, czy może dopiero miało być? A może i jedno i drugie. Bo chociaż gruby wełniany koc został zwinięty, wciąż leżał na kanapie, przypominając, że mieszka tu teraz Lorien, której czasem było pośród starych murów zwyczajnie zimno. Przypominały o tym wszystkie te drobne rzeczy, jakie zagracały wspólną przestrzeń, bo Alexander pewnego dnia stanął w drzwiach pokoju Lorien, i tym samym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, nakazał jej się rozpakować. "Wróciłaś przecież do domu." A niechby Anthony Shafiq miał pretensje, że próbuje przeniknąć maskę jego opanowania, pomyślał spokojnie, chociaż jeszcze przed kilkoma tygodniami poczułby irytację, odbijając się od protektywnej osłony oklumencji. Jaki brat nie chciałby znać intencji mężczyzny wobec kobiety drogiej mu niby siostra? Bliższej niż żona?
Nie było w nim irytacji, nie było nawet wrogości. Po prawdzie, niewiele w Alexandrze było. Pustka na dnie jego oczu wydawała się przerażającą... A może przerażająco spokojną. Wystarczyło jedynie przeciągłe spojrzenie, którym powiódł po twarzy Lorien. Jak gdyby chciał przypomnieć, że w całym swoim autorytaryźmie, zawsze pozostawiał jej wybór. Tak jak siostra respektowała bowiem rozkazy brata, tak brat respektował życzenia siostry. Więc wybierz, najdroższa. Wyprostował swobodnie rękę, przesuwając łokieć spoczywający dotychczas na szerokim oparciu w taki sposób, aby zrobić jej miejsce u swego boku. Udzielając cichego przyzwolenia na to, aby przysiadła na podłokietniku jego ulubionego fotela niczym ptaszek na żerdzi, jeżeli nie chciała się zanadto oddalać. A wszystko to bawiąc się nieprzerwanie talią kart, którą mu wręczyła.
Niemal się wówczas uśmiechnął.
– Wyjątkowo, tego popołudnia byłem hen daleko od wzgórz Yorkshire. Zdecydowałem się bowiem pochylić nad tekstem spisanym w 1898 roku, przed bitwą pod Omdurmanem. Podczas jednego z tych bezsensownych mugolskich konfliktów na kontynencie afrykańskim. Zniszczono wówczas ośrodki starożytnego kultu, które czarodzieje tak długo chronili przed grabieżcami. Zamordowano wiekowego proroka. Zginął Mahdi, ostatni z wielkich mistyków zakonu derwiszów... A wraz z nim, pamięć o ich tajemnicach. Gdyby nie jeden zbiegły akolita, ocalały w boju, nigdy nie poznalibyśmy ich dzieł. – Alexander skinął głową w stronę ławy, na której, oprócz malowanych, drewnianych paciorków, leżał stos pergaminów: tak starych, zawierających oryginalne teksty, jak i nowych, z tłumaczeniami skreślonymi jego ręką. – Przez wieki, mistycy afrykańscy zgłębiali bowiem problem "imienia boga". Wspólna modlitwa, podczas której chórem recytowali "jego najpiękniejsze imiona", była tak naprawdę potężną czarodziejską inkantacją, której znaczenie próbowali odkryć. A jednak był to rodzaj litanii. Po wypowiedzeniu każdego imienia trzeba było przesunąć jeden z paciorków na sznurze modlitewnym, tasbih, na który nanizano ich dokładnie dziewięćdziesiąt dziewięć. Matematycznie wychodzi z tego klasyczna permutacja. Według przybliżenia Stirlinga liczba kombinacji jest 933 razy 10 do potęgi 53 razy większa niż liczba atomów w Układzie Słonecznym. Niewykonalne obliczenie. Jeżeli jednak ustawi się symbolizujące imiona paciorki w odpowiedniej kolejności... – Alexander wzruszył lekko ramionami. – ...Można powiedzieć, że reguła starożytnego zakonu była zagadką, zapewniającą, że tylko jasnowidzowie będą mieli dostęp do gromadzonej przez lata wiedzy. Z naukowego punktu widzenia, znaczenie ma przede wszystkim jej wykorzystanie do interpretacji wcześniejszych tekstów: zawiera wyrażenia zapożyczone z języka staroegipskiego, które dotychczas często były dla nas niezrozumiałymi. Bo język pełen jest niedosłowności. Myślę, że niektórzy nazwaliby to poezją. – Wyciągnął z talii szóstkę pucharów, obracając ją zręcznie między palcami, niemalże jak kuglarz, nie jak uczony wróżbita. – Ja po prostu wiem, że imiona mają moc. Nawet jeżeli te nanizane na tasbih nie należą do żadnego boga. W tłumaczeniu dotarłem dopiero do pięćdziesiątego ósmego, ale pomyślałem, że ci się spodoba – rzucił Alexander, zwracając się nagle bezpośrednio do Lorien. – "Sprawiedliwość gniewu, który z nieba spada, jak ptak ognisty, paląc niegodziwych wionięciem swych skrzydeł" – wyrecytował poważnie, jak gdyby zdradzał jej największe tajemnice wszechświata, a może po prostu opowiadał żart, który tylko ona zrozumie. A potem nagle zamrugał, wciąż śmiertelnie poważny. – Nie obróciłaś dzisiaj w popiół marzeń o karierze prawniczej żadnego stażysty, prawda?
Nie było w nim irytacji, nie było nawet wrogości. Po prawdzie, niewiele w Alexandrze było. Pustka na dnie jego oczu wydawała się przerażającą... A może przerażająco spokojną. Wystarczyło jedynie przeciągłe spojrzenie, którym powiódł po twarzy Lorien. Jak gdyby chciał przypomnieć, że w całym swoim autorytaryźmie, zawsze pozostawiał jej wybór. Tak jak siostra respektowała bowiem rozkazy brata, tak brat respektował życzenia siostry. Więc wybierz, najdroższa. Wyprostował swobodnie rękę, przesuwając łokieć spoczywający dotychczas na szerokim oparciu w taki sposób, aby zrobić jej miejsce u swego boku. Udzielając cichego przyzwolenia na to, aby przysiadła na podłokietniku jego ulubionego fotela niczym ptaszek na żerdzi, jeżeli nie chciała się zanadto oddalać. A wszystko to bawiąc się nieprzerwanie talią kart, którą mu wręczyła.
Niemal się wówczas uśmiechnął.
– Wyjątkowo, tego popołudnia byłem hen daleko od wzgórz Yorkshire. Zdecydowałem się bowiem pochylić nad tekstem spisanym w 1898 roku, przed bitwą pod Omdurmanem. Podczas jednego z tych bezsensownych mugolskich konfliktów na kontynencie afrykańskim. Zniszczono wówczas ośrodki starożytnego kultu, które czarodzieje tak długo chronili przed grabieżcami. Zamordowano wiekowego proroka. Zginął Mahdi, ostatni z wielkich mistyków zakonu derwiszów... A wraz z nim, pamięć o ich tajemnicach. Gdyby nie jeden zbiegły akolita, ocalały w boju, nigdy nie poznalibyśmy ich dzieł. – Alexander skinął głową w stronę ławy, na której, oprócz malowanych, drewnianych paciorków, leżał stos pergaminów: tak starych, zawierających oryginalne teksty, jak i nowych, z tłumaczeniami skreślonymi jego ręką. – Przez wieki, mistycy afrykańscy zgłębiali bowiem problem "imienia boga". Wspólna modlitwa, podczas której chórem recytowali "jego najpiękniejsze imiona", była tak naprawdę potężną czarodziejską inkantacją, której znaczenie próbowali odkryć. A jednak był to rodzaj litanii. Po wypowiedzeniu każdego imienia trzeba było przesunąć jeden z paciorków na sznurze modlitewnym, tasbih, na który nanizano ich dokładnie dziewięćdziesiąt dziewięć. Matematycznie wychodzi z tego klasyczna permutacja. Według przybliżenia Stirlinga liczba kombinacji jest 933 razy 10 do potęgi 53 razy większa niż liczba atomów w Układzie Słonecznym. Niewykonalne obliczenie. Jeżeli jednak ustawi się symbolizujące imiona paciorki w odpowiedniej kolejności... – Alexander wzruszył lekko ramionami. – ...Można powiedzieć, że reguła starożytnego zakonu była zagadką, zapewniającą, że tylko jasnowidzowie będą mieli dostęp do gromadzonej przez lata wiedzy. Z naukowego punktu widzenia, znaczenie ma przede wszystkim jej wykorzystanie do interpretacji wcześniejszych tekstów: zawiera wyrażenia zapożyczone z języka staroegipskiego, które dotychczas często były dla nas niezrozumiałymi. Bo język pełen jest niedosłowności. Myślę, że niektórzy nazwaliby to poezją. – Wyciągnął z talii szóstkę pucharów, obracając ją zręcznie między palcami, niemalże jak kuglarz, nie jak uczony wróżbita. – Ja po prostu wiem, że imiona mają moc. Nawet jeżeli te nanizane na tasbih nie należą do żadnego boga. W tłumaczeniu dotarłem dopiero do pięćdziesiątego ósmego, ale pomyślałem, że ci się spodoba – rzucił Alexander, zwracając się nagle bezpośrednio do Lorien. – "Sprawiedliwość gniewu, który z nieba spada, jak ptak ognisty, paląc niegodziwych wionięciem swych skrzydeł" – wyrecytował poważnie, jak gdyby zdradzał jej największe tajemnice wszechświata, a może po prostu opowiadał żart, który tylko ona zrozumie. A potem nagle zamrugał, wciąż śmiertelnie poważny. – Nie obróciłaś dzisiaj w popiół marzeń o karierze prawniczej żadnego stażysty, prawda?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat