04.11.2025, 11:08 ✶
Powietrze gęstniało od gryzącego dymu, a w niebo nad Londynem wznosiła się straszliwa, pomarańczowa łuna. Był to widok budzący jednocześnie grozę i fascynację – spektakl zniszczenia, który na zawsze odmienił oblicze dumnej metropolii. Byli świadkiem czegoś, czego nie wiedzieli, że dożyją. Stali teraz we dwójkę, w samym sercu tego piekła, na gruzach ledwo co zgaszonych budynków.
- Nie, nic mi nie zrobił - powiedziała cicho, odpuszczając w końcu czekanie. Przytuliła się do brata, bo potrzebowała tego teraz bardziej niż powietrza. Cała jej sylwetka, nawet w obliczu kataklizmu, emanowała pewną delikatną elegancją, chociaż w tej chwili drżała ze strachu. Jej ubranie pokryte było cieniutką warstwą popiołu, niby żałobnym woalem. Tkanina, niegdyś pewnie gładka, teraz wydawała się poszarzała i zmęczona. Długi, jedwabisty szal, który narzuciła na ramiona, zwisał luźno, jego krawędź była lekko nadpalona. Nie wydawała się jednak przejmować zniszczeniem stroju; jej uwaga była całkowicie skupiona na dramacie rozgrywającym się wokół i na bracie - jej opoce, jej wsparciu.
W pierwszej chwili, gdy patrzyło się na jej twarz, uderzała młodzieńcza, wręcz dziewczęca świeżość – delikatny owal, który normalnie kojarzyłby się z beztroską. Teraz jednak, ten kontur był napięty. Kości policzkowe, zwykle łagodnie zaokrąglone, wyostrzyły się pod wpływem napięcia i wstrząsu, nadając jej obliczu niemal rzeźbiarski, szlachetny wyraz. Włosy były koroną jej urody. Miała je gęste, kasztanowe, z refleksami miedzi i złota, które w normalnym świetle mieniły się subtelnie. Teraz, w świetle pożaru, wydawały się płonąć własnym, ciemnym ogniem. Część z nich została rano misternie upięta, ale puszyste pasma wymknęły się z kontroli, otaczając jej twarz w kontrolowanym nieładzie. Cienkie warstwy popiołu osiadały na nich, tworząc wrażenie lekkiej szadzi. Gdyby zobaczyła się teraz w lustrze, dostałaby szału - zawsze dbała o wygląd, nawet jeżeli mówiła, że to nieprawda.
To jednak jej oczy przykuwały wzrok i nie pozwalały go oderwać. Były niezwykle duże, o intensywnie jasnoniebieskim kolorze, który w normalnych okolicznościach wydawał się być czystą, radosną wodą. Teraz, działały jak lustra. Odbijały apokaliptyczną czerwień i pomarańcz płomieni z taką siłą, że zdawały się jarzyć od środka. Całe miasto w płomieniach malowało się w ich źrenicach, nadając jej spojrzeniu głębię i złowrogą, niemal nadprzyrodzoną moc. Gdy upewniła się, że Ambroise jest zdrowy, jej umysł opanowała wściekłość. Wokół nich skóra była lekko zaczerwieniona i zmęczona od dymu. Roselyn zakaszlała, tłumiąc ten odruch w koszuli brata.
- Dolina... Tam powinno być bezpiecznie, prawda? - zapytała z nadzieją, nagle zdjęta trwogą. Ich dom... Nie, to niemożliwe. Przecież Dolina Godryka była daleko od Londynu. - Muszę... Muszę zobaczyć, co z Florą. Co z ogrodem. Ambroise, myślisz, że pożar dotarł nawet tam?
Nie wiedziała, ale zaczynała się martwić. Patrząc na nią, można było odnieść wrażenie, że nie była tylko widzem. Była uosobieniem piękna w obliczu zniszczenia, kontrastem tak ostrym, że aż bolesnym. Jej nienaruszona, olśniewająca uroda, zestawiona z rozpadającym się, palącym się miastem, tworzyła obraz, który na długo zapadłby w pamięć każdemu, kto miał nieszczęście lub szczęście go zobaczyć. Była aniołem, który zstąpił na ziemię tylko po to, by zobaczyć, jak ta ziemia obraca się w popiół, a w jej pięknych, niebieskich oczach odbijała się cała rozpacz i strach XVII-wiecznego Londynu. To był moment zamrożony w czasie, w którym jej postać, niczym arcydzieło, stała na tle największej tragedii epoki, jej gładka cera i zmysłowe rysy wydawały się wyzywać wszechogarniającą destrukcję. Odsunęła się od brata i spojrzała na niego poważnie. W jej oczach wyschły już łzy, którymi zrosiła jego ubranie.
- Teleportuję się, ale muszę znaleźć bezpieczne miejsce. Uratował mnie Atreus i coś poszło nie tak... Rozerwał sobie nogę. Uderzyłam się w głowę, ale uzdrowiciel już się mną zajął. Roise, proszę, uważaj na siebie, dobrze? - powiedziała cicho, przytulając go raz jeszcze. Wiedziała, że był tu potrzebny. - Bądź ostrożny. Nie narażaj się, a ja zobaczę, co z domem. Zostanę w Dolinie przez jakiś czas.
Bo nie miała przecież pojęcia, że ich dom także oberwał. Uścisnęła jeszcze raz brata, a potem znalazła dogodne miejsce i teleportowała się do Doliny Godryka.
- Nie, nic mi nie zrobił - powiedziała cicho, odpuszczając w końcu czekanie. Przytuliła się do brata, bo potrzebowała tego teraz bardziej niż powietrza. Cała jej sylwetka, nawet w obliczu kataklizmu, emanowała pewną delikatną elegancją, chociaż w tej chwili drżała ze strachu. Jej ubranie pokryte było cieniutką warstwą popiołu, niby żałobnym woalem. Tkanina, niegdyś pewnie gładka, teraz wydawała się poszarzała i zmęczona. Długi, jedwabisty szal, który narzuciła na ramiona, zwisał luźno, jego krawędź była lekko nadpalona. Nie wydawała się jednak przejmować zniszczeniem stroju; jej uwaga była całkowicie skupiona na dramacie rozgrywającym się wokół i na bracie - jej opoce, jej wsparciu.
W pierwszej chwili, gdy patrzyło się na jej twarz, uderzała młodzieńcza, wręcz dziewczęca świeżość – delikatny owal, który normalnie kojarzyłby się z beztroską. Teraz jednak, ten kontur był napięty. Kości policzkowe, zwykle łagodnie zaokrąglone, wyostrzyły się pod wpływem napięcia i wstrząsu, nadając jej obliczu niemal rzeźbiarski, szlachetny wyraz. Włosy były koroną jej urody. Miała je gęste, kasztanowe, z refleksami miedzi i złota, które w normalnym świetle mieniły się subtelnie. Teraz, w świetle pożaru, wydawały się płonąć własnym, ciemnym ogniem. Część z nich została rano misternie upięta, ale puszyste pasma wymknęły się z kontroli, otaczając jej twarz w kontrolowanym nieładzie. Cienkie warstwy popiołu osiadały na nich, tworząc wrażenie lekkiej szadzi. Gdyby zobaczyła się teraz w lustrze, dostałaby szału - zawsze dbała o wygląd, nawet jeżeli mówiła, że to nieprawda.
To jednak jej oczy przykuwały wzrok i nie pozwalały go oderwać. Były niezwykle duże, o intensywnie jasnoniebieskim kolorze, który w normalnych okolicznościach wydawał się być czystą, radosną wodą. Teraz, działały jak lustra. Odbijały apokaliptyczną czerwień i pomarańcz płomieni z taką siłą, że zdawały się jarzyć od środka. Całe miasto w płomieniach malowało się w ich źrenicach, nadając jej spojrzeniu głębię i złowrogą, niemal nadprzyrodzoną moc. Gdy upewniła się, że Ambroise jest zdrowy, jej umysł opanowała wściekłość. Wokół nich skóra była lekko zaczerwieniona i zmęczona od dymu. Roselyn zakaszlała, tłumiąc ten odruch w koszuli brata.
- Dolina... Tam powinno być bezpiecznie, prawda? - zapytała z nadzieją, nagle zdjęta trwogą. Ich dom... Nie, to niemożliwe. Przecież Dolina Godryka była daleko od Londynu. - Muszę... Muszę zobaczyć, co z Florą. Co z ogrodem. Ambroise, myślisz, że pożar dotarł nawet tam?
Nie wiedziała, ale zaczynała się martwić. Patrząc na nią, można było odnieść wrażenie, że nie była tylko widzem. Była uosobieniem piękna w obliczu zniszczenia, kontrastem tak ostrym, że aż bolesnym. Jej nienaruszona, olśniewająca uroda, zestawiona z rozpadającym się, palącym się miastem, tworzyła obraz, który na długo zapadłby w pamięć każdemu, kto miał nieszczęście lub szczęście go zobaczyć. Była aniołem, który zstąpił na ziemię tylko po to, by zobaczyć, jak ta ziemia obraca się w popiół, a w jej pięknych, niebieskich oczach odbijała się cała rozpacz i strach XVII-wiecznego Londynu. To był moment zamrożony w czasie, w którym jej postać, niczym arcydzieło, stała na tle największej tragedii epoki, jej gładka cera i zmysłowe rysy wydawały się wyzywać wszechogarniającą destrukcję. Odsunęła się od brata i spojrzała na niego poważnie. W jej oczach wyschły już łzy, którymi zrosiła jego ubranie.
- Teleportuję się, ale muszę znaleźć bezpieczne miejsce. Uratował mnie Atreus i coś poszło nie tak... Rozerwał sobie nogę. Uderzyłam się w głowę, ale uzdrowiciel już się mną zajął. Roise, proszę, uważaj na siebie, dobrze? - powiedziała cicho, przytulając go raz jeszcze. Wiedziała, że był tu potrzebny. - Bądź ostrożny. Nie narażaj się, a ja zobaczę, co z domem. Zostanę w Dolinie przez jakiś czas.
Bo nie miała przecież pojęcia, że ich dom także oberwał. Uścisnęła jeszcze raz brata, a potem znalazła dogodne miejsce i teleportowała się do Doliny Godryka.
Koniec sesji