05.11.2025, 10:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.11.2025, 21:24 przez Lorraine Malfoy.)
– Jakiś mężczyzna – zawahała się Lorraine, ale przemogła się wreszcie, postanawiając mówić dalej. W ramionach Josephine była przecież bezpieczna. – Jakiś mężczyzna niemagicznego pochodzenia na mnie napadł. Nie wiem nawet, kim był. Był... Był mi zupełnie obcy. A jednak chciał mnie skrzywdzić. Chciał mnie skrzywdzić, bo myślał, że może to zrobić, nie ponosząc żadnych konsekwencji. – Słowa, które padały z jej ust, były bardzo precyzyjne, a cechowała je pewność przekonań wpajanych Lorraine od maleńkości, niezachwianie porównywalne z trwaniem przy prawach wyznawanej wiary. Aut Malfoy aut nihil. Być Malfoyem, albo nikim. Deklaracja ta nie była to czczą przechwałką, lecz wyrażała głębokie przekonanie o tym, że najmniejszy z Malfoyów wciąż będzie przez nich traktowany jako większy od reszty ludzi. A więc to wszystko, co miało miejsce w trakcie Spalonej Nocy, to nie była tylko napaść na nią. Jako na kobietę, jako na wilę. Nie, to była napaść na cały ród Malfoy. Zamach na świętość ich nazwiska, na nietykalność, jaką mogli się dzięki niemu cieszyć.
– Wystarczyło mu zobaczyć moje blond włosy, pierścień na mym palcu, posłyszeć akcent. Wykrzykiwał cały czas, że jestem Malfoy, jak gdyby to była obelga. Wykrzykiwał, że jestem... – Urwała, nie będąc w stanie powtórzyć inwektyw, jakie w tamtym momencie usłyszała, kontynuowała jednak dalej swą opowieść. – Pomylił mnie z moją kuzynką, z najmilszą memu sercu Eden. Wiesz, że bardzo długo chciałam być jak Eden? Dorastając, zawsze patrzyłam na nią z podziwem. – Gdyby tylko Josephine wiedziała, jak wiele godzin mała Lorraine poświęciła na studiowaniu swej twarzy w lustrze, szukając podobieństw łączących ją z Eden, a wręcz naśladując miny starszej kuzynki. Eden długo była jej wzorem, autorytetem, o którego przychylność Lorraine zabiegała, nawet wtedy, gdy zrozumiała, jak wiele je dzieli. Bo w tych różnicach tkwiła przecież siła, która była tak potrzebną rodzinie jako całości. – A gdy wreszcie się nią stałam, gdy pomylono mnie z nią w pijackim amoku podsycanym desperacją, nazwano jej imieniem... Nie czułam dumy. Czułam tylko wstyd, ciociu. Wstydziłam się, gdy ten człowiek obrzucał mnie najgorszymi wyzwiskami, a ja milczałam; gdy krzyczał, a ja nie byłam w stanie dobyć z siebie głosu, bo jego gniew... Wydał mi się słusznym.
Lorraine zbladła i zaczęła drżeć na to straszliwe wyznanie.
– Proszę, nie mów nikomu. Nikomu. Nikt nie może wiedzieć, że tak powiedziałam. Ale ten człowiek krzyczał, że... Że... Że wyrzuciłam go z domu, z mieszkania, które wynajmował ode mnie... To znaczy, od Eden. Krzyczał, że Eden wyrzuciła jego, i jego rodzinę na bruk, ale Eden nigdy przecież nie... – Nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego?, dokończył cichy głos w jej głowie. Wyjątkowo nie był pogardliwy, a przepełniony smutkiem. Bezbrzeżnym smutkiem, który zagościł również na twarzy Lorraine. Urwała gwałtownie, zdając sobie sprawę, że dalsze jej słowa nie chcą przejść przez zaciśnięte nagle gardło. Nie udawaj głupiej, Lorraine, skarciła się w duchu, z trudem powstrzymując łzy. Kiedy niby Eden Malfoy brała pod uwagę wszystkie te pospolite, ludzkie wrażliwości, których Lorraine nie potrafiła się wyzbyć mimo lat spędzonych na ścieżkach? Oczywiście, że by to zrobiła. Zrobiłaby to bez choćby mrugnięcia okiem, i wciąż byś ją kochała, chociaż znaczysz dla niej niewiele więcej niż ten mężczyzna.
Pamiętała przecież o utraconym przed laty domu. Pamiętała, jak licytowano koncertowy fortepian jej matki, jak wynoszono meble, a pośród nich, ulubiony fotel ojca, w którym siadał wtedy, gdy opowiadał jej bajkę na dobranoc. Pamiętała dom z białym drzwiami, z ogrodem, w którym rosły białe jabłonie. Pamiętała rozłożyste głogi, śliwy i potężne magnolie, po których kwiaty wychylała się wiosną zza barierki balkonu, uważając, aby nie przyłapały jej na tym służba i liczne guwernantki. Pachniały tak słodko, że były warte ryzyka. Pamiętała, że popłakała się, gdy odwiedzając po latach tamtą okolicę, odkryła, że wszystkie niemal drzewa ścięto. Te, które ocalały, strawił natomiast pożar. "Cóż oni uczynili", szeptała, "co oni zrobili z moim domem?". Tylko że to od dawna nie był jej dom. Przecież wyrzucono ją z niego na bruk, ledwie zdążyła nauczyć się grać poloneza Mozarta. Jak wiele było takich Lorraine, zastanawiała się, gdy ból przygasł na tyle, aby egoizm mógł ustąpić miejsca empatii. Jak wiele dzieci, których pozbawiono domów?
A jak wiele było takich Eden, które wciąż i wciąż wyrzucały je na bruk?
Najbardziej z tego wszystkiego bolało Lorraine, że godząc się wspomóc w pracy kuzynkę, która zajmowała się obrotem mieszkań, nie przewidziała kompletnie pojawienia się podobnych dylematów. Ale jak zubożała arystokratka, która straciła każdy dom, jaki było jej w życiu dane posiadać, mogłaby nagle pozbawiać tego domu innych, jeszcze uboższych? Bolało ją, że zawiodła Eden zanim jeszcze spróbowała. Bo wiedziała już, że nie będzie w stanie sprostać wyzwaniu. Wiedziała, że była zwyczajnie... Mierna. Miernota była w końcu wyborem, a Lorraine wybrała użalanie się nad sobą w ramionach Josephine.
– Wciąż nie mogę przeżyć, że nie stanęłam w obronie czci mej drogiej kuzynki. Że nie stanęłam w obronie stryja Fortinbrasa, do którego mierzył obelgami. Nie chciałam pozwolić obrażać się temu człowiekowi, a jednak nie odpowiedziałam mu nawet, jak gdyby jego słowa nie były skierowane do mnie. Gdybym zareagowała gniewem, poniżyłabym się. Obojętność jest zbroją damy, Miranda zawsze tak mówiła. Ważne jest, aby w każdej sytuacji zachować odpowiedni dystans. Ale ten człowiek był tak blisko, że mógł mnie dotknąć, gdyby wyciągnął dłoń. A gdyby mnie dotknął... – Lorraine ukryła nagle twarz w dłoniach. – Bałam się. Bałam się tak straszliwie, że nie byłam w stanie nawet się poruszyć. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że nikt nigdy tak mnie nie zaatakował. Nie na Nokturnie. A ten człowiek zaatakował mnie, bo jestem Malfoy. "Czy teraz twój ojczulek ci pomoże?", spytał. "Czy może jest zbyt zajęty paleniem Londynu?" – Głos Lorraine wzniósł się w niebezpiecznie wysokie tony. Nie swojego ojca miała na myśli, rzecz jasna, lecz ojca Eden, szacownego stryjka Fortinbrasa. – "Malfoy", rzucił mi moim własnym nazwiskiem w twarz, niby obelgą, "bądź przeklęta, Malfoy". A Nokturn... Nokturn stanął wtedy mojej obronie. Nie pozwolił mnie skrzywdzić. Nie dlatego, że jestem Malfoy, tylko dlatego, że jestem Lorraine.
– Wystarczyło mu zobaczyć moje blond włosy, pierścień na mym palcu, posłyszeć akcent. Wykrzykiwał cały czas, że jestem Malfoy, jak gdyby to była obelga. Wykrzykiwał, że jestem... – Urwała, nie będąc w stanie powtórzyć inwektyw, jakie w tamtym momencie usłyszała, kontynuowała jednak dalej swą opowieść. – Pomylił mnie z moją kuzynką, z najmilszą memu sercu Eden. Wiesz, że bardzo długo chciałam być jak Eden? Dorastając, zawsze patrzyłam na nią z podziwem. – Gdyby tylko Josephine wiedziała, jak wiele godzin mała Lorraine poświęciła na studiowaniu swej twarzy w lustrze, szukając podobieństw łączących ją z Eden, a wręcz naśladując miny starszej kuzynki. Eden długo była jej wzorem, autorytetem, o którego przychylność Lorraine zabiegała, nawet wtedy, gdy zrozumiała, jak wiele je dzieli. Bo w tych różnicach tkwiła przecież siła, która była tak potrzebną rodzinie jako całości. – A gdy wreszcie się nią stałam, gdy pomylono mnie z nią w pijackim amoku podsycanym desperacją, nazwano jej imieniem... Nie czułam dumy. Czułam tylko wstyd, ciociu. Wstydziłam się, gdy ten człowiek obrzucał mnie najgorszymi wyzwiskami, a ja milczałam; gdy krzyczał, a ja nie byłam w stanie dobyć z siebie głosu, bo jego gniew... Wydał mi się słusznym.
Lorraine zbladła i zaczęła drżeć na to straszliwe wyznanie.
– Proszę, nie mów nikomu. Nikomu. Nikt nie może wiedzieć, że tak powiedziałam. Ale ten człowiek krzyczał, że... Że... Że wyrzuciłam go z domu, z mieszkania, które wynajmował ode mnie... To znaczy, od Eden. Krzyczał, że Eden wyrzuciła jego, i jego rodzinę na bruk, ale Eden nigdy przecież nie... – Nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego?, dokończył cichy głos w jej głowie. Wyjątkowo nie był pogardliwy, a przepełniony smutkiem. Bezbrzeżnym smutkiem, który zagościł również na twarzy Lorraine. Urwała gwałtownie, zdając sobie sprawę, że dalsze jej słowa nie chcą przejść przez zaciśnięte nagle gardło. Nie udawaj głupiej, Lorraine, skarciła się w duchu, z trudem powstrzymując łzy. Kiedy niby Eden Malfoy brała pod uwagę wszystkie te pospolite, ludzkie wrażliwości, których Lorraine nie potrafiła się wyzbyć mimo lat spędzonych na ścieżkach? Oczywiście, że by to zrobiła. Zrobiłaby to bez choćby mrugnięcia okiem, i wciąż byś ją kochała, chociaż znaczysz dla niej niewiele więcej niż ten mężczyzna.
Pamiętała przecież o utraconym przed laty domu. Pamiętała, jak licytowano koncertowy fortepian jej matki, jak wynoszono meble, a pośród nich, ulubiony fotel ojca, w którym siadał wtedy, gdy opowiadał jej bajkę na dobranoc. Pamiętała dom z białym drzwiami, z ogrodem, w którym rosły białe jabłonie. Pamiętała rozłożyste głogi, śliwy i potężne magnolie, po których kwiaty wychylała się wiosną zza barierki balkonu, uważając, aby nie przyłapały jej na tym służba i liczne guwernantki. Pachniały tak słodko, że były warte ryzyka. Pamiętała, że popłakała się, gdy odwiedzając po latach tamtą okolicę, odkryła, że wszystkie niemal drzewa ścięto. Te, które ocalały, strawił natomiast pożar. "Cóż oni uczynili", szeptała, "co oni zrobili z moim domem?". Tylko że to od dawna nie był jej dom. Przecież wyrzucono ją z niego na bruk, ledwie zdążyła nauczyć się grać poloneza Mozarta. Jak wiele było takich Lorraine, zastanawiała się, gdy ból przygasł na tyle, aby egoizm mógł ustąpić miejsca empatii. Jak wiele dzieci, których pozbawiono domów?
A jak wiele było takich Eden, które wciąż i wciąż wyrzucały je na bruk?
Najbardziej z tego wszystkiego bolało Lorraine, że godząc się wspomóc w pracy kuzynkę, która zajmowała się obrotem mieszkań, nie przewidziała kompletnie pojawienia się podobnych dylematów. Ale jak zubożała arystokratka, która straciła każdy dom, jaki było jej w życiu dane posiadać, mogłaby nagle pozbawiać tego domu innych, jeszcze uboższych? Bolało ją, że zawiodła Eden zanim jeszcze spróbowała. Bo wiedziała już, że nie będzie w stanie sprostać wyzwaniu. Wiedziała, że była zwyczajnie... Mierna. Miernota była w końcu wyborem, a Lorraine wybrała użalanie się nad sobą w ramionach Josephine.
– Wciąż nie mogę przeżyć, że nie stanęłam w obronie czci mej drogiej kuzynki. Że nie stanęłam w obronie stryja Fortinbrasa, do którego mierzył obelgami. Nie chciałam pozwolić obrażać się temu człowiekowi, a jednak nie odpowiedziałam mu nawet, jak gdyby jego słowa nie były skierowane do mnie. Gdybym zareagowała gniewem, poniżyłabym się. Obojętność jest zbroją damy, Miranda zawsze tak mówiła. Ważne jest, aby w każdej sytuacji zachować odpowiedni dystans. Ale ten człowiek był tak blisko, że mógł mnie dotknąć, gdyby wyciągnął dłoń. A gdyby mnie dotknął... – Lorraine ukryła nagle twarz w dłoniach. – Bałam się. Bałam się tak straszliwie, że nie byłam w stanie nawet się poruszyć. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że nikt nigdy tak mnie nie zaatakował. Nie na Nokturnie. A ten człowiek zaatakował mnie, bo jestem Malfoy. "Czy teraz twój ojczulek ci pomoże?", spytał. "Czy może jest zbyt zajęty paleniem Londynu?" – Głos Lorraine wzniósł się w niebezpiecznie wysokie tony. Nie swojego ojca miała na myśli, rzecz jasna, lecz ojca Eden, szacownego stryjka Fortinbrasa. – "Malfoy", rzucił mi moim własnym nazwiskiem w twarz, niby obelgą, "bądź przeklęta, Malfoy". A Nokturn... Nokturn stanął wtedy mojej obronie. Nie pozwolił mnie skrzywdzić. Nie dlatego, że jestem Malfoy, tylko dlatego, że jestem Lorraine.