05.11.2025, 10:51 ✶
Brenna przyklękła na moment na krawędzi dołu, gdy Geraldine i inni go mijali. Przyświeciła sobie różdżką, chcąc upewnić się, czy tam na dole, pośród rozbujałych paproci, żółknących powoli wraz z jesienią, i miękkiego mchu, nie leżał amerykański wujek o szeleszczącym, łamiącym język imieniu. Na całe szczęście jednak nie dostrzegła niczego, więc zaraz lewą ręką znów uniosła poły sukni i ruszyła za resztą wycieczki – tym razem przez moment będąc na samym końcu. Musieli stanowić ciekawy widok w tych lasach, dwie kobiety, jedna w bieli, druga w szarości, mężczyzna w stroju kapłana, Ambroise w swojej ślubnej szacie i tylko Benjy nie był tu aż tak nie na miejscu, choć przecież i on pewnie nie chodziłby „normalnie” w takim stroju po puszczy.
Ambroise uniósł rękę, najwyraźniej coś dostrzegając. Brenna szła za nimi, choć rozglądała się, czy nie zauważy innych tropów… i przez to dostrzegła całe to zamieszanie jako ostatnia.
W pierwszej chwili Brenna omal nie skomentowała ze zdziwieniem, że przecież ta dwójka mogła po prostu wybrać dwuoosobowy namiot. W drugiej dotarło do niej, że może na przykład nie chcieliby być widziani w swoim towarzystwie - czy to dlatego, że nie przyszli tutaj razem, czy że gdyby postanowili nocować w parze, pojawiłyby się plotki o złym prowadzeniu. Ursula i Jennifer pewnie wolały uniknąć skandali, gdy szykowały noclegi. Między innymi dlatego jej rzeczy leżały teraz w nieco większym namiocie. Skoro uciekali w takim popłochu, to pewnie właśnie o to chodziło...
Przysłoniła usta, myśląc sobie, że wybuchnięcie śmiechem byłoby teraz niezbyt stosowne.
- Przynajmniej wasze wesele łączy ludzi? Miłość rośnie wokół nas i takie tam - stwierdziła i wciągnęła głęboko powietrze. - Używa dobrych perfum. Potterowskie - dorzuciła, wciąż z pewnym rozbawieniem. A potem jej wzrok padł na Sebastiana, i przez ułamek sekundy naprawdę kusiło ją, aby spytać, skąd właściwie wie, że to ten czarodziej zbałamucił niewinną dziewczynę? Że ona nie zbałamuciła jego?
Zapomniała się trochę i uspokajająco poklepała Macmillana po ramieniu, chociaż taki gest w jej wykonaniu mógł dać efekt odwroty od zamierzonego.
- Słuchaj, skądś muszą się brać nowi wierni w kowenie, prawda? - powiedziała łagodnie. W końcu Macmillan był już dorosły, chyba nie wierzył w to, że dzieci są podrzucane przez sowy? – Może to było… eeee… małżeństwo, które poczuło zew natury.
Ambroise uniósł rękę, najwyraźniej coś dostrzegając. Brenna szła za nimi, choć rozglądała się, czy nie zauważy innych tropów… i przez to dostrzegła całe to zamieszanie jako ostatnia.
W pierwszej chwili Brenna omal nie skomentowała ze zdziwieniem, że przecież ta dwójka mogła po prostu wybrać dwuoosobowy namiot. W drugiej dotarło do niej, że może na przykład nie chcieliby być widziani w swoim towarzystwie - czy to dlatego, że nie przyszli tutaj razem, czy że gdyby postanowili nocować w parze, pojawiłyby się plotki o złym prowadzeniu. Ursula i Jennifer pewnie wolały uniknąć skandali, gdy szykowały noclegi. Między innymi dlatego jej rzeczy leżały teraz w nieco większym namiocie. Skoro uciekali w takim popłochu, to pewnie właśnie o to chodziło...
Przysłoniła usta, myśląc sobie, że wybuchnięcie śmiechem byłoby teraz niezbyt stosowne.
- Przynajmniej wasze wesele łączy ludzi? Miłość rośnie wokół nas i takie tam - stwierdziła i wciągnęła głęboko powietrze. - Używa dobrych perfum. Potterowskie - dorzuciła, wciąż z pewnym rozbawieniem. A potem jej wzrok padł na Sebastiana, i przez ułamek sekundy naprawdę kusiło ją, aby spytać, skąd właściwie wie, że to ten czarodziej zbałamucił niewinną dziewczynę? Że ona nie zbałamuciła jego?
Zapomniała się trochę i uspokajająco poklepała Macmillana po ramieniu, chociaż taki gest w jej wykonaniu mógł dać efekt odwroty od zamierzonego.
- Słuchaj, skądś muszą się brać nowi wierni w kowenie, prawda? - powiedziała łagodnie. W końcu Macmillan był już dorosły, chyba nie wierzył w to, że dzieci są podrzucane przez sowy? – Może to było… eeee… małżeństwo, które poczuło zew natury.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.