05.11.2025, 21:04 ✶
Głos. Szelest. Cień. Gwiazda. Dreszcz przyszedł momentalnie po opuszczeniu namiotu.
Szła, przecież szła. Emocji było wiele, strach płynnie fluktuował w ekscytację, to znów falą i dreszczem opadał na odsłonięte ramiona skrywane pod złotym, półprzezroczystym szalem.
Zmierzchało, a to oznaczało sny. Nikt jednak nie spał. Wszyscy śnili. Na jawie. W musującym szampanie. W dymie z fajki i pieczonego dzika. W płomieniu. Wielkie oczy, złote oczy patrzyły przed siebie, na moment Moody umilkła a kiedy milkła to jej cisza zdawała się głośniejsza, niż najgłośniej krzyczane bluzgi.
Nie przynieś wstydu. Jeden dzień w roku możesz się zachowywać i ten dzień przyszedł akurat dziś.
Kwiaty. Suknia. Krew, którą czuła w ustach, gdy zagryzała sobie policzek, aby trzymać ten pierdolony fason.
Słowa Corneliusa, tak bardzo rzeczywiste, tak bardzo realne, że niemal namacalne sprowadziły ją na ziemię. Były żartobliwe, pewnie tak, i Moody absolutnie nie widziała w nich echa ich dawno przeszłych utarczek. Wręcz przeciwnie. Była mu wdzięczna, że obudził ją. Że przegonił sny. Nie było to jego rolą tego dnia, jej uziemniacz był gdzieś dalej, ale jeszcze nie wypatrywała jego kędzieżawej głowy. Zamiast tego skupiła się na Lestrangu.
- Wiesz, Sebastian to mój kuzyn. Myślę, że ostatnią rzeczą jaką on chce zrobić to powtórzyć przy mnie to pierdolenie o lekcjach pierdolenia się z koronką do serca Matki na ustach. - do pięknych złotych oczu, do kruczych włosów tak cudnie upiętych w kok, do kwiecistej sukienki tak bardzo nie pasował zjadliwy uśmiech Millie, małego wrzodu na dupie, złośliwego chochlika, który nie znał słowa strach.
- Poza tym kurwa mać panie Lestrange czy pan widział wśród jakich gigantów ja się obracam! Na wasz jeden krok przypadają moje popierdółkowate dwa. No jak ja mam szybciej, a jebać to... - z tymi słowami stanęła w miejscu i po prostu ściągnęła buty. Ziemia była zimna. Wilgotna. I było to dobre.
Szkoda, że nie będzie mogła się dzisiaj napić. Ani jutro.
Piorun jednak sięgnął powierzchni płaskiej, Moody całkiem mało dziewczęco przekrzywiła głowę w prawo w lewo pozwalając kręgom trzasnąć. Zawsze mogła zapalić. Po toaście. Czy coś.
Zaraz po tym uwalniającym geście podbiegła do orszaku uśmiechając się szeroko i dotrzymując im bez większego problemu obecnie kroku.
- O której jest tort? Czy będą atrakcje jak na Lammas i strzelanie z łuku do celu? Co będzie na oczepiny? Myślicie, że jak złapie kwiaty, to Sebastian serio poczuje się w obowiązku mnie przydybać na te nauki przedmałżeńskie? - ćwierkała do młodych i do drugiego świadka, niepomna swojego niedawnego stanu.
Szła, przecież szła. Emocji było wiele, strach płynnie fluktuował w ekscytację, to znów falą i dreszczem opadał na odsłonięte ramiona skrywane pod złotym, półprzezroczystym szalem.
Zmierzchało, a to oznaczało sny. Nikt jednak nie spał. Wszyscy śnili. Na jawie. W musującym szampanie. W dymie z fajki i pieczonego dzika. W płomieniu. Wielkie oczy, złote oczy patrzyły przed siebie, na moment Moody umilkła a kiedy milkła to jej cisza zdawała się głośniejsza, niż najgłośniej krzyczane bluzgi.
Rzut Symbol 1d258 - 210
Sztaluga (sukces artystyczny)
Sztaluga (sukces artystyczny)
Nie przynieś wstydu. Jeden dzień w roku możesz się zachowywać i ten dzień przyszedł akurat dziś.
Kwiaty. Suknia. Krew, którą czuła w ustach, gdy zagryzała sobie policzek, aby trzymać ten pierdolony fason.
Słowa Corneliusa, tak bardzo rzeczywiste, tak bardzo realne, że niemal namacalne sprowadziły ją na ziemię. Były żartobliwe, pewnie tak, i Moody absolutnie nie widziała w nich echa ich dawno przeszłych utarczek. Wręcz przeciwnie. Była mu wdzięczna, że obudził ją. Że przegonił sny. Nie było to jego rolą tego dnia, jej uziemniacz był gdzieś dalej, ale jeszcze nie wypatrywała jego kędzieżawej głowy. Zamiast tego skupiła się na Lestrangu.
- Wiesz, Sebastian to mój kuzyn. Myślę, że ostatnią rzeczą jaką on chce zrobić to powtórzyć przy mnie to pierdolenie o lekcjach pierdolenia się z koronką do serca Matki na ustach. - do pięknych złotych oczu, do kruczych włosów tak cudnie upiętych w kok, do kwiecistej sukienki tak bardzo nie pasował zjadliwy uśmiech Millie, małego wrzodu na dupie, złośliwego chochlika, który nie znał słowa strach.
- Poza tym kurwa mać panie Lestrange czy pan widział wśród jakich gigantów ja się obracam! Na wasz jeden krok przypadają moje popierdółkowate dwa. No jak ja mam szybciej, a jebać to... - z tymi słowami stanęła w miejscu i po prostu ściągnęła buty. Ziemia była zimna. Wilgotna. I było to dobre.
Szkoda, że nie będzie mogła się dzisiaj napić. Ani jutro.
Piorun jednak sięgnął powierzchni płaskiej, Moody całkiem mało dziewczęco przekrzywiła głowę w prawo w lewo pozwalając kręgom trzasnąć. Zawsze mogła zapalić. Po toaście. Czy coś.
Zaraz po tym uwalniającym geście podbiegła do orszaku uśmiechając się szeroko i dotrzymując im bez większego problemu obecnie kroku.
- O której jest tort? Czy będą atrakcje jak na Lammas i strzelanie z łuku do celu? Co będzie na oczepiny? Myślicie, że jak złapie kwiaty, to Sebastian serio poczuje się w obowiązku mnie przydybać na te nauki przedmałżeńskie? - ćwierkała do młodych i do drugiego świadka, niepomna swojego niedawnego stanu.