06.11.2025, 00:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 15:07 przez Scylla Greyback.)
Powietrze pomiędzy nimi zgęstniało na moment - nie groźnie, ale dziwnie, jakby coś niewidzialnego zatrzymało się pośrodku i zawisło pomiędzy słowami. Scylla nie drgnęła od razu, nie odpowiedziała natychmiast; wydawała się słuchać czegoś innego niż jego głosu. Szmeru kurzu w powietrzu, może cichego trzasku drewna w ścianie kamienicy.
- Nie wiem, czy właściwe dla mnie miejsce tak naprawdę istnieje. Czasem wydaje mi się, że wszędzie jestem tylko chwilowo, w odwiedzinach. Jak ćma, która przez przypadek wleciała do pokoju, ale finalnie zostanie z jakiegoś powodu wyproszona. - Na ułamek sekundy uniosła kąciki ust, nie w uśmiechu, raczej w czymś, co mogło być jego cieniem. Potem jej wzrok przesunął się na Peregrinusa - uważnie, z tą dziwną, niemal dziecięcą powagą, która potrafiła być bardziej niepokojąca niż gniew. - Ale przyznam, że jest to miejsce, z którego uciekłabym najmniej chętnie. - Skinęła głową, jakby chcąc jeszcze gestem potwierdzić, że nie rzuca słów na wiatr.
- I widzisz, nie każdy, kto rozgniata, robi to celowo - powiedziała jeszcze cicho. - Czasem wystarczy, że jest cięższy. Silniejszy. Że idzie tamtędy, gdzie ktoś już leży. To nie zawsze jest zło, czasem tylko nieuwaga. Ale to nie zmienia skutku. - Jej dłonie, które dotąd spoczywały na kolanach, przesunęły się na krawędź stolika. Paznokcie drapnęły lekko drewno, nie w nerwowym geście, raczej zamyślonym. Zapatrzyła się w ten niewidoczny już poza wspomnieniami ślad, jakby próbowała dostrzec w nim coś, czego nikt inny nie widział.
Myśl o intencjach rozgrzała w niej ciche współczucie. Nie wobec siebie, nie wobec Charliego, ani nawet wobec Peregrinusa - raczej wobec wszystkiego, co kruszało pod cudzym ciężarem. Miała wrażenie, że rozumie ich wszystkich: owady, drzewa, kurz w powietrzu. To oni byli jej równi, nie ludzie, którzy szukali sensu i nadawali imiona rzeczom, zamiast po prostu pozwolić im istnieć. Świat, który znała, zawsze był pełen dźwięków, które inni ignorowali - trzasku łamanych gałęzi, cichego syknięcia świecy, tego drżenia w powietrzu, które zapowiadało deszcz. Czuła, że to właśnie tam, pomiędzy tymi dźwiękami, mieszkała prawda o wszystkim. Nie w rozmowach, nie w imionach, a w drobiazgach. I może tam też było to właściwe miejsce.
Zerknęła jeszcze raz na Peregrinusa. Był inny; ostrożny, jakby świadomy, że można coś zepsuć samym oddechem. To ją ujęło. Nie wszyscy mieli w sobie taką delikatność, nawet jeśli ukrytą.
Na moment zamknęła oczy, jakby chciała zapamiętać tę chwilę, nim się rozsypie. Myśli jeszcze przez chwilę miała łagodne; nie każdy, kto patrzy, chce rozdeptać. Ale każdy, kto stoi zbyt blisko, może to zrobić przypadkiem. To nie był wyrzut - raczej przypomnienie, którego udziela się cicho, żeby nie przestraszyć motyla.
- Co zrobiłbyś, gdym to ja kogoś rozgniotła? - Uniosła spojrzenie na twarz Trelawneya, ale ich oczy się nie spotkały. - Mniej lub bardziej celowo? -
- Nie wiem, czy właściwe dla mnie miejsce tak naprawdę istnieje. Czasem wydaje mi się, że wszędzie jestem tylko chwilowo, w odwiedzinach. Jak ćma, która przez przypadek wleciała do pokoju, ale finalnie zostanie z jakiegoś powodu wyproszona. - Na ułamek sekundy uniosła kąciki ust, nie w uśmiechu, raczej w czymś, co mogło być jego cieniem. Potem jej wzrok przesunął się na Peregrinusa - uważnie, z tą dziwną, niemal dziecięcą powagą, która potrafiła być bardziej niepokojąca niż gniew. - Ale przyznam, że jest to miejsce, z którego uciekłabym najmniej chętnie. - Skinęła głową, jakby chcąc jeszcze gestem potwierdzić, że nie rzuca słów na wiatr.
- I widzisz, nie każdy, kto rozgniata, robi to celowo - powiedziała jeszcze cicho. - Czasem wystarczy, że jest cięższy. Silniejszy. Że idzie tamtędy, gdzie ktoś już leży. To nie zawsze jest zło, czasem tylko nieuwaga. Ale to nie zmienia skutku. - Jej dłonie, które dotąd spoczywały na kolanach, przesunęły się na krawędź stolika. Paznokcie drapnęły lekko drewno, nie w nerwowym geście, raczej zamyślonym. Zapatrzyła się w ten niewidoczny już poza wspomnieniami ślad, jakby próbowała dostrzec w nim coś, czego nikt inny nie widział.
Myśl o intencjach rozgrzała w niej ciche współczucie. Nie wobec siebie, nie wobec Charliego, ani nawet wobec Peregrinusa - raczej wobec wszystkiego, co kruszało pod cudzym ciężarem. Miała wrażenie, że rozumie ich wszystkich: owady, drzewa, kurz w powietrzu. To oni byli jej równi, nie ludzie, którzy szukali sensu i nadawali imiona rzeczom, zamiast po prostu pozwolić im istnieć. Świat, który znała, zawsze był pełen dźwięków, które inni ignorowali - trzasku łamanych gałęzi, cichego syknięcia świecy, tego drżenia w powietrzu, które zapowiadało deszcz. Czuła, że to właśnie tam, pomiędzy tymi dźwiękami, mieszkała prawda o wszystkim. Nie w rozmowach, nie w imionach, a w drobiazgach. I może tam też było to właściwe miejsce.
Zerknęła jeszcze raz na Peregrinusa. Był inny; ostrożny, jakby świadomy, że można coś zepsuć samym oddechem. To ją ujęło. Nie wszyscy mieli w sobie taką delikatność, nawet jeśli ukrytą.
Na moment zamknęła oczy, jakby chciała zapamiętać tę chwilę, nim się rozsypie. Myśli jeszcze przez chwilę miała łagodne; nie każdy, kto patrzy, chce rozdeptać. Ale każdy, kto stoi zbyt blisko, może to zrobić przypadkiem. To nie był wyrzut - raczej przypomnienie, którego udziela się cicho, żeby nie przestraszyć motyla.
- Co zrobiłbyś, gdym to ja kogoś rozgniotła? - Uniosła spojrzenie na twarz Trelawneya, ale ich oczy się nie spotkały. - Mniej lub bardziej celowo? -
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga