23.02.2023, 15:44 ✶
Pierwszym odruchem Mackenzie w takich sytuacjach od zawsze było nie sięganie po różdżkę, a wprawianie w ruch pięści. Dla niej sensem istnienia były miotły, a to wymagało sprawności fizycznej. Od wielu lat to temu podporządkowywała swoje życie – a to oznaczało nie tylko liczne treningi w powietrzu, ze względu na konieczność przechwytywania kafla i jego rzucania wymagające siły, ale też regularne bieganie, ćwiczenia, odpowiednią dietę. Nie wspominając już o tym, że Hogwarcie nie raz, nie dwa, wdawała się w bójki.
Tak naprawdę, gdyby ktoś kazał jej rzucić drętwotę, mogłoby to nie wyjść. Nie tylko nie była jakoś niezwykle utalentowaną czarownicą, ale też poświęcała ćwiczeniom zaklęć po prostu za mało czasu.
Za to była całkiem dobra w prawym sierpowym. A żaden z charłaków, którzy ich napadli, raczej nie spędzał jakichś trzydziestu – czterdziestu godzin w tygodniu na treningach, przez ostatnie kilka lat.
Poradzenie sobie z dwoma na raz, zwłaszcza, że byli rośli, byłoby problemem. Adrenalina strzeliła, podobnie jak na meczu, ale zanim Mackenzie zdążyła zrobić cokolwiek, jeden z przeciwników zaczął nagle poruszać się wolno niby mucha, która utknęła w smole. Greengrass nie zastanawiając się więc zbyt wiele, obróciła się, wymykając spod ciosu mężczyzny, a potem z całej siły uderzyła w splot słoneczny. Dopiero kiedy napastnik cofnął się i zachwiał, a potem przewrócił, Mackenzie przypomniała sobie wreszcie, że jest czarownicą.
Wydobyła różdżkę. Zaklęła, kiedy pierwsze zaklęcie nie zadziałało. Drugie przyniosło lepszy rezultat – sznur pojawił się i skrępował mu ręce.
- Jebana czarownica! – wrzasnął charłak, ale poderwał się i ruszył pędem ku wyjściu z uliczki. Mackenzie nie próbowała go gonić.
Przesunęła spojrzeniem pomiędzy Peregrinem, a pobitym czarodziejem. Obaj wydawali się cali i zdrowi. Mężczyzna trafiony czarem próbował właśnie również uciec, ale z racji na powolność ruchów niezbyt mu to wychodziło.
Do licha, może jednak z tymi charłakami naprawdę coś było nie tak.
– To… ja już pójdę – powiedziała do Peregrina. Miała wobec niego swego rodzaju dług, ale skoro wmieszała się w tę sytuację, uznała, że ten właśnie został spłacony.
Nie cierpiała teleportacji, ale teraz chciała się stąd po prostu wydostać. Obróciła się więc, znikając z uliczki, by aportować się na progu mieszkania, które wynajmowała w niemagicznym Londynie. I popędzić do łazienki, aby tam zwymiotować. Pobitego czarodzieja i charłaka, próbującego umknąć, zostawiła po prostu Peregrinowi.
Tak naprawdę, gdyby ktoś kazał jej rzucić drętwotę, mogłoby to nie wyjść. Nie tylko nie była jakoś niezwykle utalentowaną czarownicą, ale też poświęcała ćwiczeniom zaklęć po prostu za mało czasu.
Za to była całkiem dobra w prawym sierpowym. A żaden z charłaków, którzy ich napadli, raczej nie spędzał jakichś trzydziestu – czterdziestu godzin w tygodniu na treningach, przez ostatnie kilka lat.
Poradzenie sobie z dwoma na raz, zwłaszcza, że byli rośli, byłoby problemem. Adrenalina strzeliła, podobnie jak na meczu, ale zanim Mackenzie zdążyła zrobić cokolwiek, jeden z przeciwników zaczął nagle poruszać się wolno niby mucha, która utknęła w smole. Greengrass nie zastanawiając się więc zbyt wiele, obróciła się, wymykając spod ciosu mężczyzny, a potem z całej siły uderzyła w splot słoneczny. Dopiero kiedy napastnik cofnął się i zachwiał, a potem przewrócił, Mackenzie przypomniała sobie wreszcie, że jest czarownicą.
Wydobyła różdżkę. Zaklęła, kiedy pierwsze zaklęcie nie zadziałało. Drugie przyniosło lepszy rezultat – sznur pojawił się i skrępował mu ręce.
- Jebana czarownica! – wrzasnął charłak, ale poderwał się i ruszył pędem ku wyjściu z uliczki. Mackenzie nie próbowała go gonić.
Przesunęła spojrzeniem pomiędzy Peregrinem, a pobitym czarodziejem. Obaj wydawali się cali i zdrowi. Mężczyzna trafiony czarem próbował właśnie również uciec, ale z racji na powolność ruchów niezbyt mu to wychodziło.
Do licha, może jednak z tymi charłakami naprawdę coś było nie tak.
– To… ja już pójdę – powiedziała do Peregrina. Miała wobec niego swego rodzaju dług, ale skoro wmieszała się w tę sytuację, uznała, że ten właśnie został spłacony.
Nie cierpiała teleportacji, ale teraz chciała się stąd po prostu wydostać. Obróciła się więc, znikając z uliczki, by aportować się na progu mieszkania, które wynajmowała w niemagicznym Londynie. I popędzić do łazienki, aby tam zwymiotować. Pobitego czarodzieja i charłaka, próbującego umknąć, zostawiła po prostu Peregrinowi.