06.11.2025, 16:31 ✶
Matka swego czasu pilnie wbijała synowi do głowy zasady dobrych manier, a ojciec zaszczepił w nim odrobinę zdrowego pragmatyzmu. Dzięki temu Christopher zwalczył chęć odpowiedzenia „a co mnie to obchodzi?!”, gdy Sidonie się przedstawiła. To nie byłoby zgodne z zasadami dobrych manier, i mało pragmatyczne, skoro jak sama zapowiadała, miała go leczyć.
Usiadł na kozetce, dość posłusznie, nie mając zresztą sił na kłótnie. Był blady, ale ciężko było ocenić, czy to rezultat rzadkiego wychodzenia na powietrze, czy niedotlenienia, zresztą sadza osiadła tu i ówdzie na skórze. Otworzył usta, chcąc odpowiedzieć, i zakasłał.
Czuł się, jakby w gardle miał pustynię.
– Rozmazany obraz – powiedział, gdy odzyskał głos, czując nagłe ukłucie paniki. Zakładał, że po prostu oczy łzawiły mu od dymu, ale co jeżeli było to coś poważniejszego? Jak miał pracować, jeśli jego oczy nie będą współpracowały? – Nie było ognia. Tylko ten dym. Dziwna chmura. Nie rozwiewała się, nie działały na nią zaklęcia… – wyjaśnił i znów zakasłał, krzywiąc się, bo bolało go od tego między żebrami. Był pewien, że nie oberwał żadnym zaklęciem, ale może miała rację? – Nie było ognia.
Dach kamienicy wprawdzie zaczął się tlić, Rosier zdołał jednak się wydostać, zanim pojawiły się płomienie. I wpadł do Pracowni Rosierów, nim na dobre zaczęło się piekło. Siedzieli tam wszyscy, w najlepiej zabezpieczonej czarami sali, zabarykadowanej czarami i meblami, gotowi teleportować się, gdyby stwierdzili, że ktoś ośmielił się zaatakować Dom Mody.
– Ale w moim mieszkaniu… zanim stamtąd wyszedłem… – zaciął się, trochę bo nie mógł nabrać tchu, trochę bo ten widok wciąż jakoś nie mieścił się mu w głowie. – Ktoś je chyba przeklął? Na ścianach pojawiły się odciski dłoni – podjął, a potem znów w ostatniej chwili ugryzł się w język. Bo naprawdę mogłaby najpierw podać mu coś, co ułatwi oddychanie, zamiast wypytywać, prawda?! Christopher, wokół którego zwykle skakano, kiedy łapał katar, nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz musiał cierpieć w ten sposób.
Usiadł na kozetce, dość posłusznie, nie mając zresztą sił na kłótnie. Był blady, ale ciężko było ocenić, czy to rezultat rzadkiego wychodzenia na powietrze, czy niedotlenienia, zresztą sadza osiadła tu i ówdzie na skórze. Otworzył usta, chcąc odpowiedzieć, i zakasłał.
Czuł się, jakby w gardle miał pustynię.
– Rozmazany obraz – powiedział, gdy odzyskał głos, czując nagłe ukłucie paniki. Zakładał, że po prostu oczy łzawiły mu od dymu, ale co jeżeli było to coś poważniejszego? Jak miał pracować, jeśli jego oczy nie będą współpracowały? – Nie było ognia. Tylko ten dym. Dziwna chmura. Nie rozwiewała się, nie działały na nią zaklęcia… – wyjaśnił i znów zakasłał, krzywiąc się, bo bolało go od tego między żebrami. Był pewien, że nie oberwał żadnym zaklęciem, ale może miała rację? – Nie było ognia.
Dach kamienicy wprawdzie zaczął się tlić, Rosier zdołał jednak się wydostać, zanim pojawiły się płomienie. I wpadł do Pracowni Rosierów, nim na dobre zaczęło się piekło. Siedzieli tam wszyscy, w najlepiej zabezpieczonej czarami sali, zabarykadowanej czarami i meblami, gotowi teleportować się, gdyby stwierdzili, że ktoś ośmielił się zaatakować Dom Mody.
– Ale w moim mieszkaniu… zanim stamtąd wyszedłem… – zaciął się, trochę bo nie mógł nabrać tchu, trochę bo ten widok wciąż jakoś nie mieścił się mu w głowie. – Ktoś je chyba przeklął? Na ścianach pojawiły się odciski dłoni – podjął, a potem znów w ostatniej chwili ugryzł się w język. Bo naprawdę mogłaby najpierw podać mu coś, co ułatwi oddychanie, zamiast wypytywać, prawda?! Christopher, wokół którego zwykle skakano, kiedy łapał katar, nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz musiał cierpieć w ten sposób.