Pamiętała noc, o której wspomniał. Faktycznie nie należała do najbardziej przyjemnych, nie spodziewała się jednak, że Ambroise w wolnym czasie postanowi zająć się wytwórstwem, no i że odnajdzie do tego jakiś dryg. Jego dzieło naprawdę prezentowało się dobrze. Z drugiej strony często pomagał macosze podczas sabatów, na pewno napatrzył się w swoim życiu na wiele podobnych stroików, dzięki czemu łatwiej było mu stworzyć coś swojego. Yaxley nawet nie próbowała zabierać się za takie rzeczy, potrafiła oskórować zwierzę, może nie jakoś profesjonalnie, ale na tym kończyły się jej zdolności manualne.
- Wygląda naprawdę ładnie. - Dodała jeszcze, warto było doceniać to, że komuś chciało się zrobić coś samemu. Nie spodziewała się może tego, że Greengrass pomyśli o tym, co chce położyć na ołtarzu wcześniej, ale nadal potrafił ją zaskakiwać, aż głupio jej się zrobiło, że sama się nie przygotowała.
Na szczęście dla takich osób jak ona przed kowenem można było znaleźć stoiska, gdzie oferowano podarunki, które można było zakupić. Dzięki temu nie będzie musiała pójść do ołtarza z pustymi rękoma. Matce na pewno nie robiło różnicy to, czy kupiła dla niej coś ładnego, czy sama zrobiła... przecież nie spoglądała na nią ciągle i nie pilnowała każdego z osobna i jego ruchów, na pewno miała teraz coś ciekawszego do robienia...
Geraldine postanowiła zaufać ekspedientce, która postanowiła przygotować coś specjalnie dla niej. Miała nadzieję, że nie potrwa to długo, nie chciała spędzić tutaj zbyt wiele czasu, zwłaszcza, że jutro mieli brać ślub. Wiedziała, że matka i ciotka wolałyby, aby znaleźli się w domu jak najprędzej, bo na pewno pojawiło się jeszcze kilka spraw, w które powinni się zaangażować, a jeszcze wypadało do tego odbębnić rodzinne kolacje, bo w tym roku raczej nieobecność nie byłaby wybaczona. Spoglądała więc na kobietę bardzo intensywnie, a jej spojrzenie mówiło skończ to jak najszybciej, mimo, że na ustach starała się utrzymywać uśmiech. Wiedziała bowiem, że praca w presji czasu dla nikogo raczej nie jest przyjemnością, sprzedawczyni musiała jej wybaczyć - ona naprawdę bardzo, ale to bardzo się spieszyła, a mogła sięgnąć po gotowca. Odetchnęła ciężko, przystawała z nogi na nogę, bo ten czas oczekiwania rozciągał się niesamowicie. Poczuła, że burczy jej w brzuchu, nie miała pojęcia dlaczego nie zjadła nic na straganach, tutaj, przy kowenie nie było szansy złapać nic w locie, więc posili się pewnie dopiero w Snowdonii, mina jej zrzedła na tę myśl.
W końcu stroik był gotowy, odebrała go z rąk kobiety trochę zbyt szybko, wcisnęła jej kilka galeonów, mogli się oddalić w stronę ołtarza. Dopiero gdy znaleźli się kilka kroków od stoiska zobaczyła, jak właściwie prezentowało się to co kupiła. Pomachała przedmiotem przed twarzą Roisa. - Nie wiem, nie do końca, robiła to tyle czasu... - Sama również spoglądała na ten cud rzemieślnictwa... - Jakoś nie jestem przekonana, chyba trochę przepłaciłam. - Nie ma się co dziwić, skoro na ostatnią chwilę postanowiła kupić podarek, powinna się cieszyć, że w ogóle jeszcze coś dostała. - Cóż, liczy się pamięć, co nie? - Spoglądała na Ambroise'a licząc na to, że potwierdzi jej słowa. Potrzebowała teraz jego wsparcia, ostatnio nie była do końca stabilna emocjonalnie, jeszcze tego brakowało, żeby popłakała się dlatego, że stroik, który kupiła nie należał do najładniejszych, kto by się spodziewał, że hormony będą, aż tak na nią wpływać, najwyraźniej i Yaxley nie była w stanie uciec tym typowym objawom...