07.11.2025, 01:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2025, 08:27 przez Alexander Mulciber.)
Alexander przywitał wszystkich należycie, w sposób być może zdystansowany, a jednak właściwy powadze głowy rodu. Przesadnie formalny był czasem w swych gestach i wypowiedziach, ale niespecjalnie odbiegało to od sposobu, w jaki zwykł zachowywać się na spotkaniach bardziej oficjalnej natury. Na pewno był obecny. Może nawet aż za bardzo obecny. Zapominał o mruganiu, co sprawiało dosyć upiorne wrażenie, bo gdy skupiał na kimś spojrzenie, nieruchome jego oczy wydawały się wręcz drążyć dziurę w czaszce. Jakkolwiek dziwacznym, a może wręcz przerażającym nie wydawał by się jasnowidz, bił od niego przede wszystkim spokój. Spokój obecny był zarówno w monotonii głosu mężczyzny, w jego postawie. W twarzy, która nie wyrażała żadnych emocji. Alexander uważnie przyglądał się gościom, witając zgodnie z kolejnością podyktowanej prawidłami etykiety wszystkich, którzy zgromadzili się przy świątecznym stole.
Richarda przywitał uściskiem dłoni.
"Nigdy bym nie przypuszczał, że będziesz chciał mnie tutaj gościć", usłyszał.
– Tak jak mój ojciec nigdy nie odmówił gościny twojemu, tak i ja nie odmawiam jej tobie – odparł uprzejmie Alexander. – "To kwestia tego, czy przyjmiesz moje warunki", powtarzał. A ja powtarzam za nim, tak jak mnie nauczył. – Duncan Mulciber zawsze dbał o to, aby być postrzeganym jako ten, który wyciąga rękę do pojednania jako pierwszy. Pojednanie musiało być bowiem na jego warunkach. Wszystko zawsze było na jego warunkach. A warunki należało przyjąć, uścisnąwszy ojcowską prawicę. Duncan Mulciber nie dążył przecież do pojednania powodowany wyłącznie dobrocią serca. Kierowało nim przekonanie, że w rodzinie powinna panować harmonia, a rolą patriarchy było stać na tej harmonii straży. Uważał, że stojący w hierarchii najniżej jest równie ważny, co ten stojący najwyżej, hen wysoko ponad wszystkimi. Wciąż jednak w hierarchię wierzył. Hańbą nie było więc zstąpić z wyżyny, aby pomóc wznieść się na nią maluczkim. Łaskawie wyciągnąć ku nim dłoń, na której błyszczał dziedziczny sygnet.
Nie, hańbą było tę dłoń odtrącić, a wraz z nią – łaskę Duncana Mulcibera. "Po odtrąceniu wyciągniętej raz dłoni, tylko głupiec wyciąga ją po raz drugi", powtarzał z upodobaniem. A Duncan Mulciber na pewno głupcem nie był. Nie robił wyjątków dla nikogo, nawet dla rodzonego brata. "Gdyby poprosił o wybaczenie pana na Mulciber Manor, otrzymałby je", odpowiedział matce Duncan, gdy ta zapytała go jego kłótnię z Francisem. "Ale prędzej zdechnie, niż poprosi".
Przebłyski dziedzicznego daru trzeciego oka objawiały się u Duncana Mulcibera rzadko, ale były zawsze niesłychanie znamienne w skutkach. Bo Francis rzeczywiście prędzej zdechł, niż poprosił.
– Nie ma przecież większej wartości niż rodzina – powiedział Alexander, przytrzymując łagodnie stojącą u jego boku Lorien, która obejmowała ramię jasnowidza. – Zwłaszcza w tych czasach. Jakąż tragedią byłoby więc zatracić wartości, jakie zawsze odróżniały nas od pospólstwa. Czystość krwi. Poszanowanie tradycji. Gościnność – wyliczył sucho. Nieruchome jego oczy nie przestawały przypatrywać się kuzynowi: nie sposób było przeniknąć znaczenia tego spojrzenia. Było zbyt intensywne. Dopiero po chwili Richard mógł zauważyć, że Alexander w którymś momencie przestał mrugać. I chociaż nie zależało mu bynajmniej na wzbudzeniu strachu, pustka na dnie oczu jasnowidza wydawała się zwyczajnie przerażającą. – W moim przekonaniu nie ma gorszej upadłości moralnej niż wtedy, gdy świętych praw gościnności odmawia się tym, którzy tego potrzebują najbardziej. Wdowom. Sierotom... – Alexander przechylił lekko głowę, jak gdyby zastanawiał się nad słowami, które cedził powoli, ale i zdecydowanie. – Wszystkim tym, których pokrzywdził los bezwzględny w swych wyrokach.
Nie pozwolił odejść od siebie Lorien, dopóki nie skończył mówić.
Odwrócił głowę w jej stronę, gdy zaczęła mówić, na niej skupiając wówczas całą swoją uwagę. Nie zareagował, gdy odruchowo poprawiła mu kołnierzyk, bo dla obojgu był to gest na tyle naturalny, że reakcji nie wymagał. W milczeniu wysłuchał, co miała mu do powiedzenia, skinąwszy głową na znak, że przyjmuje jej słowa do wiadomości. Dopiero wówczas podniósł dłoń Lorien do ust, aby złożyć na niej delikatny pocałunek.
– Dziękuję, że zrobiłaś mi tę przyjemność – odpowiedział poważnie, wciąż z tym samym nieodgadnionym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się dopiero po chwili, jak gdyby z opóźnieniem. Krótki był to zresztą uśmiech. A jednak był. Trudno było powiedzieć, co dokładnie ma na myśli Alexander. Czy dziękuje jej za opiekę nad matką, której równowaga psychiczna pozostawiała wiele do życzenia, czy może podziękowania należały się Lorien za coś zupełnie innego. Być może odpowiedź kryła się w tym uśmiechu, który tak niespodziewanie pojawił się na twarzy Alexandra. W tym, jak powiódł wzrokiem wzdłuż bogato zdobionej sukni siostry, wyjątkowo ukontentowany tym, co widzi, bo przecież rozpoznał od razu własność matki. Jakże miłym był mu ten gest. Miłym było, że Lorien zdecydowała się go w ten sposób oficjalnie wesprzeć w przypadłej mu roli pana na Mulciber Manor. A jednak nie o tym myślał w tej chwili Alexander. Suknia Lorien nie była symboliczym manifestem dla zgromadzonej wokół stołu rodziny. Nie, suknia była dla niego. Dla niego.
Butelka wina, jaką przyniosła za sobą Scarlett, została zgrabnie przejęta przez służbę. Alexander skinął dziewczynie głową, chociaż już się dzisiaj widzieli, dłużej zatrzymując się na niej spojrzeniem dopiero wtedy, gdy podeszła z kwiatami do jego matki. Próżno było doszukiwać się w pustych oczach jasnowidza aprobaty. A jednak aprobata być tam musiała, bo inaczej nie udzieliłby Scarlett przyzwolenia na wizyty u Seliny. Niemniej przywitał ją należycie, podobnie jak i resztę gości. Żalu w oczach Charlotte nie dostrzegł, a może dostrzec nie chciał. Alexander nie żałował w swym życiu niczego. Ale któż mógł o tym wiedzieć lepiej niż Philomena? Przed kolacją rozważał, czy nie oddać jej może ojcowskiego krzesła w posiadanie, porzucił jednak tę myśl. Na swoich barkach dźwignąć musiał ciężar tego spotkania, a gestu sam nie poczytałby jako wyraz szacunku, lecz słabości.
Gdy wszyscy zajęli miejsca, wzniósł kielich w krótkim toaście. Nie zamierzał zmawiać modlitw, bo w bogów nie wierzył. Ojciec jego był człowiekiem charyzmatycznym, i umiał pięknie mówić, ale Alexander talentem krasomówczym nie był obdarzony. Wszystkim zgromadzonym musiały więc wystarczyć proste słowa.
– Za żywych, i za umarłych.
Kolacja oficjalnie się rozpoczęła.
Richarda przywitał uściskiem dłoni.
"Nigdy bym nie przypuszczał, że będziesz chciał mnie tutaj gościć", usłyszał.
– Tak jak mój ojciec nigdy nie odmówił gościny twojemu, tak i ja nie odmawiam jej tobie – odparł uprzejmie Alexander. – "To kwestia tego, czy przyjmiesz moje warunki", powtarzał. A ja powtarzam za nim, tak jak mnie nauczył. – Duncan Mulciber zawsze dbał o to, aby być postrzeganym jako ten, który wyciąga rękę do pojednania jako pierwszy. Pojednanie musiało być bowiem na jego warunkach. Wszystko zawsze było na jego warunkach. A warunki należało przyjąć, uścisnąwszy ojcowską prawicę. Duncan Mulciber nie dążył przecież do pojednania powodowany wyłącznie dobrocią serca. Kierowało nim przekonanie, że w rodzinie powinna panować harmonia, a rolą patriarchy było stać na tej harmonii straży. Uważał, że stojący w hierarchii najniżej jest równie ważny, co ten stojący najwyżej, hen wysoko ponad wszystkimi. Wciąż jednak w hierarchię wierzył. Hańbą nie było więc zstąpić z wyżyny, aby pomóc wznieść się na nią maluczkim. Łaskawie wyciągnąć ku nim dłoń, na której błyszczał dziedziczny sygnet.
Nie, hańbą było tę dłoń odtrącić, a wraz z nią – łaskę Duncana Mulcibera. "Po odtrąceniu wyciągniętej raz dłoni, tylko głupiec wyciąga ją po raz drugi", powtarzał z upodobaniem. A Duncan Mulciber na pewno głupcem nie był. Nie robił wyjątków dla nikogo, nawet dla rodzonego brata. "Gdyby poprosił o wybaczenie pana na Mulciber Manor, otrzymałby je", odpowiedział matce Duncan, gdy ta zapytała go jego kłótnię z Francisem. "Ale prędzej zdechnie, niż poprosi".
Przebłyski dziedzicznego daru trzeciego oka objawiały się u Duncana Mulcibera rzadko, ale były zawsze niesłychanie znamienne w skutkach. Bo Francis rzeczywiście prędzej zdechł, niż poprosił.
– Nie ma przecież większej wartości niż rodzina – powiedział Alexander, przytrzymując łagodnie stojącą u jego boku Lorien, która obejmowała ramię jasnowidza. – Zwłaszcza w tych czasach. Jakąż tragedią byłoby więc zatracić wartości, jakie zawsze odróżniały nas od pospólstwa. Czystość krwi. Poszanowanie tradycji. Gościnność – wyliczył sucho. Nieruchome jego oczy nie przestawały przypatrywać się kuzynowi: nie sposób było przeniknąć znaczenia tego spojrzenia. Było zbyt intensywne. Dopiero po chwili Richard mógł zauważyć, że Alexander w którymś momencie przestał mrugać. I chociaż nie zależało mu bynajmniej na wzbudzeniu strachu, pustka na dnie oczu jasnowidza wydawała się zwyczajnie przerażającą. – W moim przekonaniu nie ma gorszej upadłości moralnej niż wtedy, gdy świętych praw gościnności odmawia się tym, którzy tego potrzebują najbardziej. Wdowom. Sierotom... – Alexander przechylił lekko głowę, jak gdyby zastanawiał się nad słowami, które cedził powoli, ale i zdecydowanie. – Wszystkim tym, których pokrzywdził los bezwzględny w swych wyrokach.
Nie pozwolił odejść od siebie Lorien, dopóki nie skończył mówić.
Odwrócił głowę w jej stronę, gdy zaczęła mówić, na niej skupiając wówczas całą swoją uwagę. Nie zareagował, gdy odruchowo poprawiła mu kołnierzyk, bo dla obojgu był to gest na tyle naturalny, że reakcji nie wymagał. W milczeniu wysłuchał, co miała mu do powiedzenia, skinąwszy głową na znak, że przyjmuje jej słowa do wiadomości. Dopiero wówczas podniósł dłoń Lorien do ust, aby złożyć na niej delikatny pocałunek.
– Dziękuję, że zrobiłaś mi tę przyjemność – odpowiedział poważnie, wciąż z tym samym nieodgadnionym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się dopiero po chwili, jak gdyby z opóźnieniem. Krótki był to zresztą uśmiech. A jednak był. Trudno było powiedzieć, co dokładnie ma na myśli Alexander. Czy dziękuje jej za opiekę nad matką, której równowaga psychiczna pozostawiała wiele do życzenia, czy może podziękowania należały się Lorien za coś zupełnie innego. Być może odpowiedź kryła się w tym uśmiechu, który tak niespodziewanie pojawił się na twarzy Alexandra. W tym, jak powiódł wzrokiem wzdłuż bogato zdobionej sukni siostry, wyjątkowo ukontentowany tym, co widzi, bo przecież rozpoznał od razu własność matki. Jakże miłym był mu ten gest. Miłym było, że Lorien zdecydowała się go w ten sposób oficjalnie wesprzeć w przypadłej mu roli pana na Mulciber Manor. A jednak nie o tym myślał w tej chwili Alexander. Suknia Lorien nie była symboliczym manifestem dla zgromadzonej wokół stołu rodziny. Nie, suknia była dla niego. Dla niego.
Butelka wina, jaką przyniosła za sobą Scarlett, została zgrabnie przejęta przez służbę. Alexander skinął dziewczynie głową, chociaż już się dzisiaj widzieli, dłużej zatrzymując się na niej spojrzeniem dopiero wtedy, gdy podeszła z kwiatami do jego matki. Próżno było doszukiwać się w pustych oczach jasnowidza aprobaty. A jednak aprobata być tam musiała, bo inaczej nie udzieliłby Scarlett przyzwolenia na wizyty u Seliny. Niemniej przywitał ją należycie, podobnie jak i resztę gości. Żalu w oczach Charlotte nie dostrzegł, a może dostrzec nie chciał. Alexander nie żałował w swym życiu niczego. Ale któż mógł o tym wiedzieć lepiej niż Philomena? Przed kolacją rozważał, czy nie oddać jej może ojcowskiego krzesła w posiadanie, porzucił jednak tę myśl. Na swoich barkach dźwignąć musiał ciężar tego spotkania, a gestu sam nie poczytałby jako wyraz szacunku, lecz słabości.
Gdy wszyscy zajęli miejsca, wzniósł kielich w krótkim toaście. Nie zamierzał zmawiać modlitw, bo w bogów nie wierzył. Ojciec jego był człowiekiem charyzmatycznym, i umiał pięknie mówić, ale Alexander talentem krasomówczym nie był obdarzony. Wszystkim zgromadzonym musiały więc wystarczyć proste słowa.
– Za żywych, i za umarłych.
Kolacja oficjalnie się rozpoczęła.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat