07.11.2025, 19:36 ✶
Prośba o uciszenie się bynajmniej nie odnalazła drogi do uszu niezbyt proszonego gościa, podobnie jak lwia część notek służbowych i dokumentacji i nietrafiała na biurko lokalnej watażkinii rządzącej tym całym grajdołkiem.
Gabriel rozłożył się na sofie i być może powinien myśleć nieco więcej, na przykład o tym jak wybrnąć z pewnej drastycznej niezręczności w którą się wpakował licząc na poufną rozmowę w cztery oczy. Zamiast tego wodził opuszkami po miękkiej podłodze, przyjmując informacje Selwyna (tego starszego) z pewnym opóźnieniem, zaś młodszego pokolenia nie słuchając wcale.
– Och Mediolan... czyż ich opera nie jest najpiękniejszą w całej Europie? - uśmiechnął się nieznacznie rozproszony wspomnieniem nawet nie z tego dziesięciolecia, zaraz jednak opuścił te myśli na rzecz innej zagwostki. Podniósł się nieco gwałtownie na fotelu przybierając drugą, bardzo kuriozalną pozę, jakby jego ciało liczyło sobie minimum kilkanaście stawów więcej. Badawczym spojrzeniem obrzucił obie twarze.
– Zaraz zaraz... to jest kuzyn,– wskazał na Hannibala – a to jest chrześniak? Ten sam którego... – urwał zdając sobie sprawę z własnej pomyłki. Chwilę pokrążył palcem między nimi głównie po to, by wybuchnąć serdecznym i zaskakująco otwartym śmiechem. Bez większych zmartwień wstał z fotela i zamaszyście podszedł do barku postanowiwszy zaopatrzyć się w coś mocniejszego samodzielnie.
– Uh, a cóż to za szkaradztwo! – eklektyczność mebla wstrząsnęła nim, wbrew stereotypom jako długowieczna istota całkiem sprawnie podążał za trendami magicznego i mugolskiego świata, choć jego zainteresowania ograniczały się mocno do sztuki, mody i wystroju wnętrz. Tymczasem z twarzą wykrzywioną obrzydzeniem ujął w dwa palce złociste uchwyty do drzwiczek by je uchylić i momentalnie po tym zanurkować pomiędzy butelkami i rozpocząć poszukiwania przy akompaniamencie uderzającego o siebie szkła.
– Nuda nuda... gigantyczna nuda, to śmieć, nawet tego nie otwieraj tylko wyrzuć od razu o! Tu jest coś wartościowego. - w akcie tryumfu wyciągnął kolekcjonerski dwudziestopięcioletni koniak, zaraz potem trzasnął drzwiczkami, że lekko zadzwoniły szyby i z butelką w dłoni uśmiechnął się szeroko do swojej mimowolnej publiczności, wolną dłonią odgarniając wilgotne włosy, rozbijając je lekko chłodnymi palcami.
- Może jednak winienem przedstawić się należycie. Jestem hrabia Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel. Kolekcjoner i sprzedawca sztuki, florysta, obecnie... prywatny detektyw. - ostatnie padło z całkiem sporą dozą dumy a potem wampir ukłonił się przed nimi nisko, z jedną nogą wyprostowaną przed sobą zamiatając wyimaginowaną chusteczką za sobą n modłę francuskiego dworu. Gdy się wyprostował, bezceremonialnie otworzyl butelkę. Takie okazje były warte świętowaia. Ileż to lat marzył, aby z łaski swojej Jonathan przedstawił go swoim bliskim? Co za chwila! Wiekopomna, to pewne. - Choć niestety moja natura odmawia mi posiadania ekscentrycznego wąsa, a zdaje się że jest to niezbędne w tym zawodzie, rozważam więc obecnie karierę florystyczną - dodał i niemalże wygładził górną wargę, zastanawiając się przez ułamek sekundy czy może jednak odwiedzić tych ichnich Garncarskich, czy jak im było na nazwisko, ale powstrzymał się, zamiast tego niedbałym gestem ocierając resztki krwi z kącika ust. Bo przecież to przypomniało mu, po co w ogóle tu się pojawił i nie było to familijne świętowanie cokolwiek śmiertelni chcieli sobie tam świętować.
- Sądzę, że doskonale się składa, takie zacne grono! Bo razem z pewnością będziecie w stanie mi uradzić w sprawie niecierpiącej żadnej zwłoki... - rozpoczął tym razem krążąc butelką w powietrzu lecz bardzo wprawnie nie uraniając tym razem ani jednej kropli.
- Wasza ekspertyza wynikająca z ograniczonych zasobów czasu i żarliwego pragnienia natychmiastowego rozwiązywania problemów będzie idealną wręcz składową tego równania! - zachwycił się. - Dlatego właśnie moi drodzy - parobkowie? Szczęśliwie w porę zmiął to słowo na języku. - p r z y j a c i e l e - bardzo powoli wycedził zamiast tego, by zaraz znów powrócić do normalnego tonu: - wasza barwna komisja pomoże rozwiązać mój problem. Idealnie. Komu koniaczku? - zdobył się na gest zauważania potrzeb swoich rozmówców. I ha! Nawet nikogo z nich nie chciał zaprosić dziś na kolację. A przynajmniej może nie w tym momencie...
Gabriel rozłożył się na sofie i być może powinien myśleć nieco więcej, na przykład o tym jak wybrnąć z pewnej drastycznej niezręczności w którą się wpakował licząc na poufną rozmowę w cztery oczy. Zamiast tego wodził opuszkami po miękkiej podłodze, przyjmując informacje Selwyna (tego starszego) z pewnym opóźnieniem, zaś młodszego pokolenia nie słuchając wcale.
– Och Mediolan... czyż ich opera nie jest najpiękniejszą w całej Europie? - uśmiechnął się nieznacznie rozproszony wspomnieniem nawet nie z tego dziesięciolecia, zaraz jednak opuścił te myśli na rzecz innej zagwostki. Podniósł się nieco gwałtownie na fotelu przybierając drugą, bardzo kuriozalną pozę, jakby jego ciało liczyło sobie minimum kilkanaście stawów więcej. Badawczym spojrzeniem obrzucił obie twarze.
– Zaraz zaraz... to jest kuzyn,– wskazał na Hannibala – a to jest chrześniak? Ten sam którego... – urwał zdając sobie sprawę z własnej pomyłki. Chwilę pokrążył palcem między nimi głównie po to, by wybuchnąć serdecznym i zaskakująco otwartym śmiechem. Bez większych zmartwień wstał z fotela i zamaszyście podszedł do barku postanowiwszy zaopatrzyć się w coś mocniejszego samodzielnie.
– Uh, a cóż to za szkaradztwo! – eklektyczność mebla wstrząsnęła nim, wbrew stereotypom jako długowieczna istota całkiem sprawnie podążał za trendami magicznego i mugolskiego świata, choć jego zainteresowania ograniczały się mocno do sztuki, mody i wystroju wnętrz. Tymczasem z twarzą wykrzywioną obrzydzeniem ujął w dwa palce złociste uchwyty do drzwiczek by je uchylić i momentalnie po tym zanurkować pomiędzy butelkami i rozpocząć poszukiwania przy akompaniamencie uderzającego o siebie szkła.
– Nuda nuda... gigantyczna nuda, to śmieć, nawet tego nie otwieraj tylko wyrzuć od razu o! Tu jest coś wartościowego. - w akcie tryumfu wyciągnął kolekcjonerski dwudziestopięcioletni koniak, zaraz potem trzasnął drzwiczkami, że lekko zadzwoniły szyby i z butelką w dłoni uśmiechnął się szeroko do swojej mimowolnej publiczności, wolną dłonią odgarniając wilgotne włosy, rozbijając je lekko chłodnymi palcami.
- Może jednak winienem przedstawić się należycie. Jestem hrabia Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel. Kolekcjoner i sprzedawca sztuki, florysta, obecnie... prywatny detektyw. - ostatnie padło z całkiem sporą dozą dumy a potem wampir ukłonił się przed nimi nisko, z jedną nogą wyprostowaną przed sobą zamiatając wyimaginowaną chusteczką za sobą n modłę francuskiego dworu. Gdy się wyprostował, bezceremonialnie otworzyl butelkę. Takie okazje były warte świętowaia. Ileż to lat marzył, aby z łaski swojej Jonathan przedstawił go swoim bliskim? Co za chwila! Wiekopomna, to pewne. - Choć niestety moja natura odmawia mi posiadania ekscentrycznego wąsa, a zdaje się że jest to niezbędne w tym zawodzie, rozważam więc obecnie karierę florystyczną - dodał i niemalże wygładził górną wargę, zastanawiając się przez ułamek sekundy czy może jednak odwiedzić tych ichnich Garncarskich, czy jak im było na nazwisko, ale powstrzymał się, zamiast tego niedbałym gestem ocierając resztki krwi z kącika ust. Bo przecież to przypomniało mu, po co w ogóle tu się pojawił i nie było to familijne świętowanie cokolwiek śmiertelni chcieli sobie tam świętować.
- Sądzę, że doskonale się składa, takie zacne grono! Bo razem z pewnością będziecie w stanie mi uradzić w sprawie niecierpiącej żadnej zwłoki... - rozpoczął tym razem krążąc butelką w powietrzu lecz bardzo wprawnie nie uraniając tym razem ani jednej kropli.
- Wasza ekspertyza wynikająca z ograniczonych zasobów czasu i żarliwego pragnienia natychmiastowego rozwiązywania problemów będzie idealną wręcz składową tego równania! - zachwycił się. - Dlatego właśnie moi drodzy - parobkowie? Szczęśliwie w porę zmiął to słowo na języku. - p r z y j a c i e l e - bardzo powoli wycedził zamiast tego, by zaraz znów powrócić do normalnego tonu: - wasza barwna komisja pomoże rozwiązać mój problem. Idealnie. Komu koniaczku? - zdobył się na gest zauważania potrzeb swoich rozmówców. I ha! Nawet nikogo z nich nie chciał zaprosić dziś na kolację. A przynajmniej może nie w tym momencie...