Tym razem zaklęcie zadziałało i byli czyści. Cóż, Gio trochę mniej, ale to ujdzie w tłumie. Był kontent z sukcesu po tej nieprzyjemnej porażce. Teraz nie musi się obawiać, że Cecylka mniej lub bardziej przypadkowo przekaże Zakonowi, że na Urquarta to nie ma co liczyć, bo marny z niego czarodziej. "Banalne" wyjście po zielsko mogłoby się skończyć biletem powrotnym do Hogwartu.
Ruszył za Cecily w stronę rzeki. Mapę mogli na chwilę zamknąć, a kartki notesu obrócić na stronę z ryciną poszukiwanej rośliny. Gio studiował już ten rysunek, ale warto było odświeżyć pamięć.
Rozejrzał się nad brzegiem rzeki. Roślinność była dość zróżnicowana, przeróżne listeczki przeplatały się na cienkich łodyżkach u stóp czarodziejów. Pora zejść na niższy poziom. Gio przykucnął i zaczął lustrować grunt. Koniczyna, mlecz, coś nieznanego, ale to na pewno nie to. Po chwili prawie wydał z siebie dźwięk, ale po przyjrzeniu się uznał, że znaleziony chwast nie jest poszukiwanym ziołem.
— Jak ci idzie, Cecily? — rzucił do towarzyszki starając się nie brzmieć zbyt głośno. Lepiej nie wywoływać zwierzyny z lasu. Z tego co zdążył zaobserwować, panna Lupin raczej nie wskoczy samodzielnie na drzewo.