Yaxley nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby docenić dzieło, które stworzył jej narzeczony. Kiedy coś wydawało jej się warte skomentowania, to to robiła. Tak było i tym razem, szczególnie, że było to dla niej dość zaskakujące. Nie wiedziała, że posiada, aż takie zdolności manualne, z drugiej strony potrafił całkiem nieźle szyć (może pacjentów), jednak najwyraźniej wiązało się to też z jakimiś dodatkowymi umiejętnościami.
Ona nie przygotowała się do tego wszystkiego odpowiednio, czego trochę żałowała, gdy zaczęła obracać w rękach stroik, który kupiła. Nie była z niego zadowolona, mogłaby się cofnąć i złożyć reklamację, ale obawiała się, iż potrwa to trochę za dużo czasu, a on aktualnie był dla niej bardzo cenny. Nie mogła sobie pozwolić na to, by spędzili kolejne piętnaście minut przy stoisku, bo każde z nich miało za jakąś godzinę, może trochę dłużej znaleźć się na kolacjach u swoich rodzin. Nie wypadało się spóźniać, więc musiała sobie radzić z tym, co miała w dłoniach. Trudno. Może nikt nie zauważy, że akurat ona położyła coś tak pokracznego. Starała się trzymać tej myśli, że Matce będzie to obojętne, bo liczyła się pamięć, póki co to wystarczało, aby nieco ją uspokoić. Nie mogła pozwolić dać ponieść się emocjom, zazwyczaj miewała z tym problem, a stan w którym aktualnie się znajdowała tylko to pogłębiał. Głupio byłoby się rozpłakać przy obcych ludziach z takiego błahego powodu, jeszcze gorzej, jakby spotkał ich ktoś znajomy, co mogło się przecież zdarzyć/ Wyprostowała się wiec w końcu, poprawiła warkocz, właściwie to zarzuciła go na lewę ramię - mogli podejść do ołtarza.
Podeszli w końcu do ołtarza, gdzie złożyli swoje dary. Roise'a prezentował się doskonale, a jej, cóż, wolała tego nie komentować. Nie bez powodu dość szybko go tam położyła i udawała, że wcale nie należał do niej. Dyskretnie spoglądała na to, jak prezentował się na tle reszty, nie opuszczała jej myśl, że trochę się z tym wygłupiła, ale z drugiej strony widziała też obok dużo o wiele gorszych wyrobów. Nie, żeby to ją specjalnie pocieszyło, bo miała raczej w zwyczaju równać się z najlepszymi, a nie najgorszymi, w tym wypadku jednak to nie było możliwe. Spędzili chwilę przy ołtarzu, Yaxley pozwoliła sobie w myślach podziękować za ten ostatni czas, który był dla niej wyjątkowo udany, chociaż uważała, że to nie do końca było zasługą Matki, ale gdyby jednak było... no właśnie dlatego pomyślała o niej. O tym, że chciałaby, aby nadal wszystko układało się po ich myśli, by byli tylko i wyłącznie bardziej szczęśliwi.
- Oby tak było. - Powiedziała jeszcze do swojego narzeczonego.
Zrobili swoje, mogli wreszcie udać się na kolacje. Burczenie w brzuchu przypomniało jej o tym, że nie jadła nic od kilku godzin. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona. Kiedy odchodzili od ołtarza zaczęła się jeszcze rozglądać uważnie wokół w poszukiwaniu stanowisk z jedzeniem, gdyby jednak jej jakieś umknęło. Ku swojemu niezadowoleniu okazało się, że pierwszy rekonesans był przeprowadzony odpowiednio, gdyż naprawdę nie widziała nawet jednego, malutkiego stoiska z czymś, co mogłaby zjeść.
Wsunęła dłoń pod ramię Ambroise'a, aby nie zgubić go wśród innych, którzy przyszli również złożyć swoje podarunki. Nie, żeby to było takie łatwe, bo Roise przewyższał wzrostem większość z obecnych tu osób, jednak wolała znajdować się blisko. Ludzie pojawiali się i znikali, wymieniali się właściwie w tym miejscu. Każdy się gdzieś spieszył, ale jednak znajdował czas, chociaż krótką chwilę, by podziękować Bogini, widać wiara w tak trudnych momentach była naprawdę istotna dla czarodziejów.
Udało im się w końcu trafić do wyjścia, był to moment, w którym mieli się rozejść, na kilka najbliższych godzin, spędzić czas ze swoimi najbliższymi. Nie do końca była z tego powodu zadowolona, bo wolałaby, aby razem udali się do Snowdonii, ale nie mogła marudzić, Ambroise miał do niej dotrzeć za kilka godzin. - Widzimy się wieczorem. - Złożyła jeszcze krótki pocałunek na jego ustach, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła dalej, aby za chwilę móc się teleportować do Walii.