08.11.2025, 22:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.11.2025, 20:06 przez Brenna Longbottom.)
Na parkiecie z Atre.
Sen Nocy Letniej niewiele Brennie mówił sam w sobie, zwłaszcza że nie rozmawiała tam z Jenkins, za to całkiem sporo fakt, że Eugenia była Ministrą – bo nie dostawałeś takiego stanowiska przypadkiem, musiała więc pragnąć władzy – i że pokazywała się w towarzystwie dużo młodszych czarodziejów z szanowanych rodzin. Niby mogło to być zwykłe upodobanie, ale jakoś Brenna podejrzewała, że wiązało się z potrzebą bycia adorowaną i tą stroną trzymającą stery w związku.
– W sumie… ja nie miałam pojęcia, że to tak działa – przyznała, i to mimo lat przyjaźni z Patrickiem Stewardem. Ale Patrick zawsze był skryty, jeśli szło o jego talenty trzeciego oka, a i pewnie faktycznie nie mogło to być aż tak proste, inaczej biuro aurorów już dawno zgarnęłoby kilku aurowidzów i działania Voldemorta skończyłyby się szybciej niż się zaczęły. W dodatku wśród Bulstrodów do spraw trzeciego oka podchodzono niemalże religijnie, a przynajmniej takie czasem odnosiła wrażenie.
Milczała przez chwilę, po prostu podążając w korowodzie, w rytm dobrze znanej melodii. To nie był dobry moment, by roztrząsać sprawę Jenkins, nawet przyciszonymi głosami, gdy grała muzyka. Ani by wspominać o mrocznych wizjach jasnowidza, które przecież nie musiały świadczyć o tym, że Jenkins korzysta z jakichś czarnoksięskich artefaktów – może była to symbolika, której na razie nie odszyfrowywali?
– Czy to nie jest męczące? Zawsze wiedzieć, co naprawdę czują ludzie wokół? – spytała w końcu zamiast tego, gdzieś pomiędzy obrotami. Aurowidzenie pewnie wiele ułatwiało: łatwo było wystrzegać się fałszywych przyjaciół, pełnych zazdrości, dostrzec w pracy, że ktoś ma coś do ukrycia, bo jest nietypowo zdenerwowany. Wiedziałeś, kto cieszy się na twój widok, a czyj uśmiech podszyty jest fałszem. Najwyraźniej miałeś i szansę wyłapać, że ktoś sięga po magię, której używać nie powinien. Ale nagle pomyślała, że mogło to być i straszliwie męczące, zwłaszcza że ludzkie emocje bywały szalenie skomplikowane.
Obrót, szelest sukni, dźwięk dziesiątek obcasów, uderzających o parkiet.
– Nie. Jest tu tylu ludzi, że nie zauważyłam. Usłyszałam tylko kolejną plotkę o miejscu pobytu pewnej damy, którą spotkał wypadek – powiedziała, gdy akurat moment umożliwiał ciche rzucenie paru słów, celowo nie wymieniając nazwiska czy imienia, które ktoś mógłby pochwycić, a dwa słowa Francja, Lecznica, dorzuciła już za pomocą fal – krótko, by nie rozproszyć się w tańcu. Mówiła, jakby jej to nie obchodziło i ot powtarzała pogłoski i ze względu na to, gdzie byli, i dlatego, że to, czy to była pogłoska, wymagało weryfikacji – a i nie sądziła, by Atreus był jakoś specjalnie zainteresowany akurat Raphaelą, która powiedziała im już wszystko, co powiedzieć mogła.
Za to informacja o Burke...
Tak. To było nadzwyczajnie ciekawe.
Gdzieś w gronie tancerzy mignął jej Morpheus, jak zawsze dostojny, i Jonathan, również jak zawsze lśniący w towarzystwie. Nie dostrzegała brata, tkwiącego przy barze, i na pewno nie domyślała się, że mówi o niej – i w dodatku tak, jakby wiedziała, co robi. Prawda była taka, że chyba lepiej udawała niż faktycznie wiedziała, i to w każdym aspekcie życia. A w tym prywatnym zwykle po prostu szła do przodu, tak jak i teraz, gdy poddała się już z zastanawianiem, czy postępuje dobrze, czy bardzo głupio, czy powinna tu być, czy nie. Nie zastanawiała się i nad tym, czy takie rzeczy jak przydział Beltane, amortencja w kubku, głupi żart, wiążący dziwną magią, teleportacja wyrzucająca na pustkowie, losy nad morskim brzegiem, zaklęcie dziwnego śpiewaka i wreszcie losowanie par, to zwykły przypadek, czy coś, co jasnowidze mogliby uznać za przeznaczenie. Wystarczyło jej po prostu, że nie żałowała ani żadnej z tych rzeczy, ani że tańczą w jasno oświetlonej sali The Globe.
Sen Nocy Letniej niewiele Brennie mówił sam w sobie, zwłaszcza że nie rozmawiała tam z Jenkins, za to całkiem sporo fakt, że Eugenia była Ministrą – bo nie dostawałeś takiego stanowiska przypadkiem, musiała więc pragnąć władzy – i że pokazywała się w towarzystwie dużo młodszych czarodziejów z szanowanych rodzin. Niby mogło to być zwykłe upodobanie, ale jakoś Brenna podejrzewała, że wiązało się z potrzebą bycia adorowaną i tą stroną trzymającą stery w związku.
– W sumie… ja nie miałam pojęcia, że to tak działa – przyznała, i to mimo lat przyjaźni z Patrickiem Stewardem. Ale Patrick zawsze był skryty, jeśli szło o jego talenty trzeciego oka, a i pewnie faktycznie nie mogło to być aż tak proste, inaczej biuro aurorów już dawno zgarnęłoby kilku aurowidzów i działania Voldemorta skończyłyby się szybciej niż się zaczęły. W dodatku wśród Bulstrodów do spraw trzeciego oka podchodzono niemalże religijnie, a przynajmniej takie czasem odnosiła wrażenie.
Milczała przez chwilę, po prostu podążając w korowodzie, w rytm dobrze znanej melodii. To nie był dobry moment, by roztrząsać sprawę Jenkins, nawet przyciszonymi głosami, gdy grała muzyka. Ani by wspominać o mrocznych wizjach jasnowidza, które przecież nie musiały świadczyć o tym, że Jenkins korzysta z jakichś czarnoksięskich artefaktów – może była to symbolika, której na razie nie odszyfrowywali?
– Czy to nie jest męczące? Zawsze wiedzieć, co naprawdę czują ludzie wokół? – spytała w końcu zamiast tego, gdzieś pomiędzy obrotami. Aurowidzenie pewnie wiele ułatwiało: łatwo było wystrzegać się fałszywych przyjaciół, pełnych zazdrości, dostrzec w pracy, że ktoś ma coś do ukrycia, bo jest nietypowo zdenerwowany. Wiedziałeś, kto cieszy się na twój widok, a czyj uśmiech podszyty jest fałszem. Najwyraźniej miałeś i szansę wyłapać, że ktoś sięga po magię, której używać nie powinien. Ale nagle pomyślała, że mogło to być i straszliwie męczące, zwłaszcza że ludzkie emocje bywały szalenie skomplikowane.
Obrót, szelest sukni, dźwięk dziesiątek obcasów, uderzających o parkiet.
– Nie. Jest tu tylu ludzi, że nie zauważyłam. Usłyszałam tylko kolejną plotkę o miejscu pobytu pewnej damy, którą spotkał wypadek – powiedziała, gdy akurat moment umożliwiał ciche rzucenie paru słów, celowo nie wymieniając nazwiska czy imienia, które ktoś mógłby pochwycić, a dwa słowa Francja, Lecznica, dorzuciła już za pomocą fal – krótko, by nie rozproszyć się w tańcu. Mówiła, jakby jej to nie obchodziło i ot powtarzała pogłoski i ze względu na to, gdzie byli, i dlatego, że to, czy to była pogłoska, wymagało weryfikacji – a i nie sądziła, by Atreus był jakoś specjalnie zainteresowany akurat Raphaelą, która powiedziała im już wszystko, co powiedzieć mogła.
Za to informacja o Burke...
Tak. To było nadzwyczajnie ciekawe.
Gdzieś w gronie tancerzy mignął jej Morpheus, jak zawsze dostojny, i Jonathan, również jak zawsze lśniący w towarzystwie. Nie dostrzegała brata, tkwiącego przy barze, i na pewno nie domyślała się, że mówi o niej – i w dodatku tak, jakby wiedziała, co robi. Prawda była taka, że chyba lepiej udawała niż faktycznie wiedziała, i to w każdym aspekcie życia. A w tym prywatnym zwykle po prostu szła do przodu, tak jak i teraz, gdy poddała się już z zastanawianiem, czy postępuje dobrze, czy bardzo głupio, czy powinna tu być, czy nie. Nie zastanawiała się i nad tym, czy takie rzeczy jak przydział Beltane, amortencja w kubku, głupi żart, wiążący dziwną magią, teleportacja wyrzucająca na pustkowie, losy nad morskim brzegiem, zaklęcie dziwnego śpiewaka i wreszcie losowanie par, to zwykły przypadek, czy coś, co jasnowidze mogliby uznać za przeznaczenie. Wystarczyło jej po prostu, że nie żałowała ani żadnej z tych rzeczy, ani że tańczą w jasno oświetlonej sali The Globe.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.