Brak jego obecności nie wzbudził w niej powątpiewań ani zmartwienia, czy aby na pewno jest w mieszkaniu; wyczuwała jego obecność, wszak na szlaku przeplatanych lat dojrzewania u swojego boku, była w stanie czuć jego duszne jestestwo. Wszak Perseus był jednym z nielicznych, którzy znosili jej opryskliwość oraz jej butę; to, jaką hańbę przynosiła rodowi na bankietach i to, jak niemożliwie cynicznie była nastawiona do całokształtu bytowania. Nigdy jej nie oceniał, a i chronił przed złością matki, która poczynała się na jej staropanieństwie, aby skończyć gdzieś w okolicach nieprzystępnego charakteru, tak niegodnego damy. I choć nigdy nie ubrała tego w malunek słów – była mu wdzięczna. Nie na tyle, aby wykrzesać z siebie odrobinę przyjacielskiej nuty, jednak on musiał to wiedzieć.
On zawsze wiedział.
Dlatego też jej oddech był spokojny, gdy minuty zmieniały się w mnogość kwadransów – wzrok wiódł po literach znaczących drukiem papier; milcząco i spokojnie oczekiwała, aż ten wyjdzie z ukrycia, pokaże się jej z tą cherubinową twarzą i snobistycznym akcentem, które tak w nim uwielbiała. Był nawet bardziej wyniosły niż ona sama; wielokroć dumniejszy i mnogo bardziej czarujący. Gdyby on stanowił łabędzia, ona z pewnością byłaby brzydkim kaczątkiem.
Bo nie było w niej nic z damy – wachlarz podkręconych rzęs nie trzepotał wdzięcznie, spękane usta nie wyginały się w uśmiechu pełnym kurtuazji, a ruchy wyzbyte były z jakiegokolwiek przejawu subtelności. Bo nosiła się po męsku i jedynie niebagatelna uroda, którą skarała ją matka natura, świadczyła o właściwym kariotypie – oddałaby zapewne parę rubli, aby mieć mniej przystępną buzię, bo choć ta była o ostrych rysach, nie brakowało jej w żadnej mierze ogromu urody.
Lubiła jednak sądzić o sobie, jako tej brzydszej z ich dwójki.
Poznawała go po brzmieniu chodu i zapachu wody kolońskiej – wiedziała, że nie lubił zmian; zapewne dlatego jego woń była od lat ta sama, przyjemnie drażniąca nozdrza.
Na jego słowa jednak aż uniosła wzrok, uginając brwi.
– Gdybym nie była narcyzem, to może bym ci uwierzyła – zażartowała, zachowując kamienne oblicze. Przez długie, upływające martwo sekundy spoglądała na jego zmęczoną twarz; nie odzywając się ani słowem, gdy chował tę w dłoniach.
Zawsze wiedziała przecież, gdy jej potrzebował. Zaistniał w jej jakiś dodatkowy zmysł, który przyciągał jej sylwetkę ku niemu za każdy razem, gdy czuł się źle. Nie była dobra w mżawce pocieszeń, nie potrafiła go przytulić, nie potrafiła wykazać zainteresowania, którym przecież tak głęboko się cechowała. Zamiast tego spoczywała na tym fotelu, jak mimoza zaklęta w kamień, jak ta przeklęta Meduza, która ucieka wzrokiem, aby go nie zamienić w kamień.
– Szkocka – odparła bez chwili zawahania, a w kieszeni zadźwięczała drobna flaszka z laudanum, po którą po chwili chwyciła. Bez wątpienia wiedział o jej uzależnieniu od opium, nigdy jednak nie skomentował tego wprost.
– Nie będziemy rozmawiać o tym, co cię trapi. Nie dlatego, że mnie to interesuje; dlatego, że nie umiem reagować odpowiednio na ludzkie troski – rzekła po chwili.