Nienawidziła jego spokoju znacznie bardziej od agresji, a do tej przecież posuwał się ze stalowym chłodem spojrzenia, z opuszkami palców wbijającymi się w miękkość jej ciała, z paznokciami sunącymi po kościstej linii kręgosłupa, z drapieżnym uśmiechem malującym się na jego wargach za każdym razem, gdy ją posiadał. Bo w gniewie pożądali siebie przecież najbardziej; nienawidziła tego przeklętego fatum, które nad nią wisiało wraz z jego jestestwem; nie potrafiła go nie pragnąć, tak jak nie potrafiła umknąć z uścisku jego dłoni, wodzących po jej ciele niespokojnie. Może gdyby posiadała w sobie więcej ogłady, aniżeli charakteru głupiutkiej trzpiotki, potrafiłaby mu się przeciwstawić; on jednak, świadomy swojej władzy nad jej duszą, za każdym razem wyzbywał z niej podrygi człowieczeństwa na nowo. Przecież widział ją niejednokrotnie w szale, w tym ognistym tańcu, w którym nie miała sobie równych – bo właśnie wtedy jej wzrok stawał się mętny, a czyny drapieżne.
Na co dzień jednak, pozostawała w prozie łagodnej sarny, z uśmiechem wlepionym na usta, gładkimi ruchami i miękką gestykulacją. Bo jej fizjonomia była okrutną perfekcją, rubasznym śmiechem na wargach wszechświata – wysokie obcasy i wzorzyste koszule czyniły ją jeszcze bardziej abstrakcyjną na ulicach Londynu, niż gdy ich stukot zapowiadał jej duszną obecność, niosącą zwykle ze sobą naręcze płócien.
Przywykła przecież do bycia rozpoznawalną, do figury wielkiej artystki, którą zaczynała się cechować. Nieliczni znali jej drugie oblicze, przeklętą skazę na lśniącym brylancie, twarz skrywaną pod osłoną nocy.
– Nie – rzuciła o wiele zbyt oschle na jego ofertę umoczenia warg w karmazynowym trunku.
Zamiast tego, podeszła do niego niewymownie spokojnie, niewymownie stoicko, z tym charakterystycznym dla niej zbytkiem elegancji. Chwyciła go za kołnierz koszuli i zniżyła do swojego poziomu, pozwalając wargom rozmyć się w perwersyjnym uśmiechu.
– No dalej. Wiem, że tego chcesz – rzekła, zbliżając swoje wargi do niego, czując jego oddech na wrażliwej skórze, mogąc nieomal musnąć jego usta własnymi. Trwała tak przez moment, ze spojrzeniem brązowych tęczówek świetliście rozgwieżdżonym.