10.11.2025, 01:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 01:11 przez Astoria Avery.)
Astoria obserwowała, jak Prudence przysuwa krzesło i siada obok niej. Z pozoru nieruchoma, wyprostowana, z dłonią lekko opartą o krawędź stołu, sprawiała wrażenie, jakby cały świat poza nimi nagle przestał istnieć. Ale wystarczyło przyjrzeć się bliżej, by dostrzec te subtelne oznaki skupienia: delikatne pochylenie głowy w stronę Prudence, powolne przesunięcie kciuka po łodyżce kieliszka, wzrok, który ani na moment nie zsunął się z twarzy znajomej.
Z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez Pru jej wyraz twarzy miękł. A kiedy padło to jedno słowo "chłopak" kąciki jej ust drgnęły nieznacznie, aż wreszcie uformowały się w autentyczny, ciepły uśmiech. Nie szeroki, nie przesadny - raczej subtelny, prawie konspiracyjny, jakby właśnie usłyszała sekret, którego i tak już się domyślała.
- Tak też wyglądacie - powiedziała cicho, z lekkim rozbawieniem. - Jak para - dodała. Nie okazywała przesadnego entuzjazmu, bo zwyczajnie znała tego mężczyzny. Nieufność nie była tu kaprysem, lecz odruchem; latami wypracowanym instynktem kogoś, kto zbyt dobrze wiedział, jak łatwo pozory potrafią zwodzić. W jej myślach zaczęły rodzić się kolejne pytania - najpierw pojedyncze, drobne jak iskry, które szybko zapalały następne, aż w głowie Astorii rozświetliła się cała sieć domysłów. Jak się poznali? Kiedy dokładnie miał ją uratować? W jakich okolicznościach? Jak wyglądała ich relacja, skoro w jej głosie dało się wyczuć tyle emocji, tyle miękkości?
Zanim jednak zdążyła zadać choć jedno z tych pytań, Prudence poruszyła się nagle, jakby coś ją pchnęło.
Kiwnęła głową w odpowiedzi i patrzyła, jak koleżanka oddala się od stołu. Srebrzyste światło świec tańczyło po materiałach jej sukni, a Astoria śledziła je wzrokiem, aż Pru zniknęła między gośćmi. Avery uznała, że nie będzie przeszkadzać parze, która najwyraźniej miała kilka spraw do przedyskutowania. Nie chciała się narzucać - jeszcze zdąży wypytać o wszystkie nurtujące ją szczegóły. Pozostała przez chwilę sama, skupiając się szerzej na otoczeniu. Muzyka rozlała się wokół, mieszała z rozmowami i śmiechem.
Astoria uniosła wzrok, gdy usłyszała głos - donośny, rozbawiony, zupełnie niepasujący do miękkiej, eleganckiej atmosfery wesela. Zanim zdążyła zrozumieć, co się dzieje, mężczyzna w idealnie skrojonym granatowym fraku podszedł do niej z taką pewnością, jakby właśnie odnalazł dawno zaginioną przyjaciółkę z dzieciństwa.
Zaskoczenie przyszło szybciej, niż zdążyła sięgnąć po jakąkolwiek reakcję. Zamarła, słysząc słowa, które nijak nie przystawały do tonu całej uroczystości ani do niej samej. Jej brew drgnęła niemal niezauważalnie, gdy mężczyzna mówił dalej, wyrzucając z siebie potok wspomnień o jakimś buchorożcu i innych absurdalnych wydarzeniach, o których nie miała najmniejszego pojęcia. Nim zdążyła się odsunąć, objął ją ramieniem. Pachniał drogim alkoholem i kadzidłem, a jego śmiech odbił się echem w jej głowie. Astoria zastygła w miejscu, próbując zachować pozory spokoju. Czuła na sobie spojrzenia kilku osób z pobliskich stolików i przez moment miała wrażenie, że ziemia lekko usuwa się jej spod nóg - nie z powodu zawstydzenia, ale z czystej dezorientacji. Sztywno wyprostowana, z dłonią uniesioną w półgestach, które miały na celu delikatne odsunięcie intruza, próbowała zachować resztki godności w tej osobliwej scenie. W głowie szukała jakiegokolwiek sposobu na wyplątanie się z tej farsy, byle nie urazić nieznajomego i nie zwrócić na siebie jeszcze większej uwagi.
- P-przepraszam, ktoś mnie woła - nie czekała nawet, by sprawdzić, czy mężczyzna dał się nabrać. Odwróciła głowę lekko w bok, jakby dostrzegła znajomą twarz w tłumie, a następnie zrobiła krok w tył. Suknia musnęła parkiet, gdy ruszyła w stronę baru, krokiem nieco zbyt energicznym jak na kogoś, kto po prostu zmienia miejsce. Uciekała, by nie wypatrzył jej w tłumie osób oczekujących na drinki. Sama też stanęła w kolejce, co jakiś czas nerwowo odwracając głowę, czy mężczyzna nie podąży jej śladami.
!weselnicy
(Astoria jest sama przy barze)