Geraldine nie myślała o tym, że będą musieli tu wrócić. Tak naprawdę, najchętniej odwiedzałaby to miejsce raz na kilka lat, a może najlepiej wcale. Wiedziała jednak, że zmiany, które aktualnie działy się w ich życiu niosły ze sobą konieczność kolejnych wizyt w tym miejscu. Jakoś sobie z tym poradzą, oby wszystkie przebiegały tak jak ta, no może mogliby pominąć ten okropny zapach, który unosił się w gabinecie Blacka, no i urzędnik mógłby się trafić milszy - to jednak chyba nie było takie proste. Miała wrażenie, że pracujący tu ludzie podchodzili do swoich zadań raczej mechanicznie, właściwie nie ma się co dziwić, jeśli przyjmowali codziennie hurtowe ilości patentów, chociaż, czy zwalniało ich to od ludzkiego podejścia do nich? No nie wydawało jej się.
Wybrali windę, co miało im ułatwić wydostanie się z Ministerstwa. Dzięki temu uniknęliby ponownego zagubienia się na korytarzach, chociaż może droga powrotna nie należałaby do takich skomplikowanych. Nie mieli tego sprawdzić, bo postanowili skorzystać z tego, jakże wspaniałego udogodnienia. Gdyby tylko miała świadomość, że okaże się to złym wyborem... nie mogli jednak tego przewidzieć, żadne z nich nie było jasnowidzem. Czy właściwie jasnowidz mógłby uniknąć takiej sytuacji? Nie miała pojęcia, czy korzystali ze swoich zdolności do przewidywania wszystkich możliwych niespodzianek, czy raczej trafiało to w nich zupełnie przypadkowo i dostawali informacje zupełnie od czapy. Nigdy jakoś specjalnie się w to nie zagłębiała.
Winda drgnęła, zachwiała się, nie sądziła jednak, że to od razu musi zwiastować coś złego. Czasem tak się działo, czyż nie? To wcale nie oznaczało, że utkną w niej, czy spadną na sam dół, bo przecież i to mogło im się przytrafić. Czy mogliby tu umrzeć? To byłaby chyba najbardziej głupia śmierć z możliwych, wolałaby, żeby ją coś zeżarło...
Kolejny dźwięk dotarł do ich uszu. Nie wróżył niczego dobrego. Winda stanęła. Nie poruszała się. Zawisła w eterze i najwyraźniej póki co nie miała zamiaru dowieźć ich na dół, nie wyglądało też, aby miała ruszyć się do góry.
Geraldine ciężko westchnęła. Naprawdę bardzo chciała znaleźć się na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem, tymczasem zostali zamknięci, chuj wie na jakim piętrze, w jebanej windzie. Co teraz?
- Ja pierdole. - Zaczęła elokwentnie jak zawsze, ale nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Roise wiedział, co się działo. Na pewno również domyślił się, że tu utknęli, przynajmniej na jakąś chwilę.
Podeszła do panelu, to było jedyne, co przyszło jej na myśl. Jako, że była zirytowana to zaczęła naciskać wszystkie guziki jednocześnie, jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc im się stąd wydostać. Po krótkiej chwili uderzyła w nie pięścią. Nigdy nie należała do szczególnie cierpliwych osób.
- Co za syf. - Mruknęła jeszcze pod nosem.
- i co teraz? - Odwróciła się do męża, w jej oczach widać było irytację, nie sądziła, że ma na to jakiś plan, bo chyba żadne z nich nie było na to przygotowane.