10.11.2025, 23:59 ✶
To nie tak, że celowo lubiła znajdować się w centrum każdej sytuacji. Owszem, lubiła zainteresowanie, ale nie musiała go na siebie ściągać. Ona po prostu miała coś takiego w sobie. Coś, co niemalże bezwiednie, często nawet zupełnie bezrefleksyjnie czyniło z niej kogoś więcej niż tylko smutnego statystę z mokrych londyńskich ulic. Takiego...
...o!
Nie trzeba było nawet uciekać się do przykładów, które byłyby jakoś wyjątkowo odległe lub całkowicie hipotetyczne. Wystarczył ten jeden, jaki sam znalazł się przed nosem Alice. Albo raczej pod ostrzałem jej torby. Bezwładnej, ciężkiej i całkiem rozpędzonej. Nic więc dziwnego, że zupełnie nie zapanowała nad torem lotu, czyż nie?
Jak wiele z tych dobrych przypadków (jak i tych złych, ale zostawmy je na później, dobrze?) to stało się zupełnie samo z siebie. Torebka, jednocześnie będąca całym jej dobytkiem, zwyczajnie trafiła w tę nieszczęsną, smutną, przemoczoną sierotkę, która w oczach królowej życia* niemal perfekcyjnie wpisywała się w grono tych ludzi, którzy istnieli nie po to, żeby błyszczeć, tylko po to, aby inni mogli przyciągać uwagę.
Nawet częściowo nie w formie, była bowiem pewna, że prezentowała się teraz znacznie, znacznie lepiej od nieszczęśnicy, która wpadła butami prosto w kałużę, wywołując kilka rozbawionych parsknięć ze strony młodzików wyglądających zbyt młodo, aby być straganiarzami. Alice uniosła starannie wyregulowaną brew, jednocześnie posyłając spojrzenie na stragan i bez słowa wyciągnęła rękę do kobiety obok, żeby w miarę chęci tamtej, pomóc jej opuścić zimną kałużę.
Jeśli nie, to nie. Nie zamierzała pomagać na siłę, ale mimo wszystko postanowiła zrobić dobry uczynek. Miała skórzane rękawiczki, idealne na jesień, ukrywające trochę znoszony manicure, ale przecież czego oczy nie widzą...
Najważniejsze, że była miła, czyż nie? Nawet jeśli w tej chwili patrzyła w zupełnie inną stronę, żywiąc coraz głębsze przekonanie, że...
- To kradzione - uderzyła językiem o podniebienie, wydymając swoje idealnie pomalowane wargi.
Jeden z palców jej wolnej dłoni został wycelowany w dokładnie tę samą srebrną, lekko zaśniedziałą pozytywkę, która wcześniej przyciągnęła wzrok Prudence. Paradoksalnie, blondynka wyglądała na bardziej zaciekawioną niż zgorszoną. Zdecydowanie badała reakcję młodzieży na tę informację. Oni natomiast, równie paradoksalnie, nie przeszli od razu w defensywę. Skwitowali to jedynie wzruszeniem ramion i burknięciem brzmiącym wyjątkowo mocno jak:
- I? A następnie równie bezczelnym. - Bierzesz czy nie? - Skierowanym jednocześnie w kierunku jednej i drugiej z kobiet.
*na przymusowym urlopie.
...o!
Nie trzeba było nawet uciekać się do przykładów, które byłyby jakoś wyjątkowo odległe lub całkowicie hipotetyczne. Wystarczył ten jeden, jaki sam znalazł się przed nosem Alice. Albo raczej pod ostrzałem jej torby. Bezwładnej, ciężkiej i całkiem rozpędzonej. Nic więc dziwnego, że zupełnie nie zapanowała nad torem lotu, czyż nie?
Jak wiele z tych dobrych przypadków (jak i tych złych, ale zostawmy je na później, dobrze?) to stało się zupełnie samo z siebie. Torebka, jednocześnie będąca całym jej dobytkiem, zwyczajnie trafiła w tę nieszczęsną, smutną, przemoczoną sierotkę, która w oczach królowej życia* niemal perfekcyjnie wpisywała się w grono tych ludzi, którzy istnieli nie po to, żeby błyszczeć, tylko po to, aby inni mogli przyciągać uwagę.
Nawet częściowo nie w formie, była bowiem pewna, że prezentowała się teraz znacznie, znacznie lepiej od nieszczęśnicy, która wpadła butami prosto w kałużę, wywołując kilka rozbawionych parsknięć ze strony młodzików wyglądających zbyt młodo, aby być straganiarzami. Alice uniosła starannie wyregulowaną brew, jednocześnie posyłając spojrzenie na stragan i bez słowa wyciągnęła rękę do kobiety obok, żeby w miarę chęci tamtej, pomóc jej opuścić zimną kałużę.
Jeśli nie, to nie. Nie zamierzała pomagać na siłę, ale mimo wszystko postanowiła zrobić dobry uczynek. Miała skórzane rękawiczki, idealne na jesień, ukrywające trochę znoszony manicure, ale przecież czego oczy nie widzą...
Najważniejsze, że była miła, czyż nie? Nawet jeśli w tej chwili patrzyła w zupełnie inną stronę, żywiąc coraz głębsze przekonanie, że...
- To kradzione - uderzyła językiem o podniebienie, wydymając swoje idealnie pomalowane wargi.
Jeden z palców jej wolnej dłoni został wycelowany w dokładnie tę samą srebrną, lekko zaśniedziałą pozytywkę, która wcześniej przyciągnęła wzrok Prudence. Paradoksalnie, blondynka wyglądała na bardziej zaciekawioną niż zgorszoną. Zdecydowanie badała reakcję młodzieży na tę informację. Oni natomiast, równie paradoksalnie, nie przeszli od razu w defensywę. Skwitowali to jedynie wzruszeniem ramion i burknięciem brzmiącym wyjątkowo mocno jak:
- I? A następnie równie bezczelnym. - Bierzesz czy nie? - Skierowanym jednocześnie w kierunku jednej i drugiej z kobiet.
*na przymusowym urlopie.