11.11.2025, 15:46 ✶
– Powiedziałabym, że je spalimy, ale ogień najwyraźniej się go nie ima – stwierdziła Charlotte z pewnym zamyśleniem, wędrując po schodach w ślad za swoim synem. Minęło trochę czasu, zanim się tu pojawili, na co złożyło się sporo czynników: szaleńcze nadgodziny w Departamencie Tajemnic (na które zgadzała się i trochę dlatego, że lubiła być Idealna, a to obejmowało bycie Idealnym Pracownikiem, a trochę, bo teraz potrzebowali pieniędzy), ale też konieczność zadbania o podstawowe zakupy i upewnienia się, że nikt nie zabije ich na progu własnego mieszkania.
Nawet teraz Charlotte leniwym gestem przesuwała palcami po różdżce, której nie schowała po tym, jak się teleportowali.
– Nie martw się, Jasperze, mamy tutaj klątwołamacza i najbardziej utalentowaną pracownicę Komnaty Śmierci, na pewno coś wymyślimy – uspokoiła go Charlotte, która, rzecz oczywista, o tym, że jest najbardziej utalentowaną pracownicą Komnaty Śmierci zadecydowała sama. I nie miała wątpliwości wobec tego osądu. (Była też najładniejszą pracownicą Departamentu Tajemnic, o czym też przesądziło jednoosobowe grono decyzyjne, złożone z Charlotte Kelly.)
Skrzywiła się lekko, rozglądając po zniszczonych wnętrzach. Wyniesiono stąd już to, co nie spłonęło – przede wszystkim książki, równie ognioodporne jak Charlotte i dwoje jej dzieci, ubrania, które zamówiła wcześniej u Enzo Remingtona, a także trochę drobiazgów, które ocalały głównie dzięki ryzyku, jakie podjął Jessie. Teraz pozostały ściany, wymagające oczyszczenie, podłogi i okna, które trzeba było wymienić, i Charlotte na myśl o tym wszystkim bolała głowa.
Zatrzymała się przy futrynie jednych drzwi i przesunęła po niej palcami, z pewnym zamyśleniem.
– Lakier przeciwogniowy. Pomyślałabym też o jakiejś morderczej pułapce, ale mam obawy, że Theo albo Jonathan niechcący by ją uruchomili – stwierdziła, takim tonem, że ciężko było orzec, czy mówiła poważnie, czy też nie.
Nigdzie nie widziała krzesła. Jessie jednak dość szybko odnalazł je w łazience. To było zwykłe krzesło, ale Charlotte w Departamencie Tajemnic zetknęła się już z morderczym artefaktem, który wyglądał jak filiżanka, więc niczego nie wykluczała.
– Chcesz spróbować najpierw sam, czy mam wkroczyć? – spytała uprzejmie, chociaż jeśli szło o jej pomysł, to zamierzała zacząć z typowym dla siebie wdziękiem czyli od próby roztrzaskania go na kawałki.
!Strach przed imieniem
Nawet teraz Charlotte leniwym gestem przesuwała palcami po różdżce, której nie schowała po tym, jak się teleportowali.
– Nie martw się, Jasperze, mamy tutaj klątwołamacza i najbardziej utalentowaną pracownicę Komnaty Śmierci, na pewno coś wymyślimy – uspokoiła go Charlotte, która, rzecz oczywista, o tym, że jest najbardziej utalentowaną pracownicą Komnaty Śmierci zadecydowała sama. I nie miała wątpliwości wobec tego osądu. (Była też najładniejszą pracownicą Departamentu Tajemnic, o czym też przesądziło jednoosobowe grono decyzyjne, złożone z Charlotte Kelly.)
Skrzywiła się lekko, rozglądając po zniszczonych wnętrzach. Wyniesiono stąd już to, co nie spłonęło – przede wszystkim książki, równie ognioodporne jak Charlotte i dwoje jej dzieci, ubrania, które zamówiła wcześniej u Enzo Remingtona, a także trochę drobiazgów, które ocalały głównie dzięki ryzyku, jakie podjął Jessie. Teraz pozostały ściany, wymagające oczyszczenie, podłogi i okna, które trzeba było wymienić, i Charlotte na myśl o tym wszystkim bolała głowa.
Zatrzymała się przy futrynie jednych drzwi i przesunęła po niej palcami, z pewnym zamyśleniem.
– Lakier przeciwogniowy. Pomyślałabym też o jakiejś morderczej pułapce, ale mam obawy, że Theo albo Jonathan niechcący by ją uruchomili – stwierdziła, takim tonem, że ciężko było orzec, czy mówiła poważnie, czy też nie.
Nigdzie nie widziała krzesła. Jessie jednak dość szybko odnalazł je w łazience. To było zwykłe krzesło, ale Charlotte w Departamencie Tajemnic zetknęła się już z morderczym artefaktem, który wyglądał jak filiżanka, więc niczego nie wykluczała.
– Chcesz spróbować najpierw sam, czy mam wkroczyć? – spytała uprzejmie, chociaż jeśli szło o jej pomysł, to zamierzała zacząć z typowym dla siebie wdziękiem czyli od próby roztrzaskania go na kawałki.
!Strach przed imieniem