Geraldine nie znała się szczególnie na klątwach. To nie były dziedziny, które ją najbardziej ciekawiły. Od najmłodszych lat miała raczej jasno ukierunkowane zainteresowania. Miała sporo szczęścia, bo odnalazła się w swoim rodzinnym dziedzictwie. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby zajmować się czymś innym. Być może miała przez to braki w innych magicznych obszarach, ale nie przejmowała się tym jakoś szczególnie. Nie dało się być przecież specjalistą w każdej dziedzinie.
Wydawało jej się, że ostatnio nie poradzili sobie tutaj najgorzej. W końcu wyszli stąd o własnych siłach, nikomu tak naprawdę nic się nie stało, no poza tą uszkodzoną nogą Ambroise'a, ale to i tak nie było, aż tak źle. No, do tego wtedy coś w nich jebło, a raczej otworzyły im się oczy na siebie nawzajem, z początku to też uznali za klątwę. Nie udało im się do końca wyjaśnić o co właściwie chodziło z tym dziwnym, bardzo silnym uczuciem, które ich tutaj połączyło, tą więzią, to znaczy, nie udało im się tego ustalić przez wiele lat, bo zmieniło się to w tym miesiącu. Rychło w czas.
Wrócili do dworku na oględziny, bo skoro stwierdzili, że dobrym pomysłem będzie zakup akurat tej nieruchomości to warto było zaangażować kogoś, kto znał się na klątwach bardziej od nich, na szczęście mieli pod ręką wyjątkowego specjalistę, nie miał nic przeciwko temu, by im towarzyszyć. Mogli zdać się na niego. Nie musieli korzystać ze swojej bardzo ubogiej wiedzy na temat klątw.
Miejsce wydawało się być spokojne, jakby faktycznie, to co w nim mieszkało kiedy ostatni raz tutaj byli zniknęło - przynajmniej częściowo. Okolica była cicha, może nawet nieco zbyt cicha, a może to aura tej rezydencji powodowała, że wszystkie odgłosy gdzieś się rozmywały.
Skoro Benjy stwierdził, że było po wszystkim... to chyba nieźle wróżyło. Nie warto było jednak chwalić dnia przed zachodem słońca, czyż nie? Właśnie mieli się o tym przekonać.
- Było inaczej, tak. - Skomentowała jeszcze słowa męża. Jakże byli zgodni. Poprzednio nie było tak, tylko inaczej. Naprawdę świetnie sobie radzili z opisywaniem tego, co ich wtedy spotkało. Faktycznie ostatnim razem nie było słychać w dworku takich dziwnych dźwięków, lamentu... wtedy wszystko wydawało się być ułożone i idealne, nic nie wzbudzało ich podejrzeń, zresztą, jak niby miałoby wzbudzać, skoro znajdowali się w jakimś dziwnym transie. Teraz czuła, że nadal tutaj byli i ciałem i duchem.
Prychnęła, gdy usłyszała słowa Fenwicka. - Wolałabym jednak nie wnikać w Twoje upodobania. - Najwyraźniej byli zgodni co do tego, że nie warto było tym razem wchodzić oknem... mogło się to zakończyć niekoniecznie najlepiej.
- Więc chodźmy. - W prawo, jak stwierdził Ambroise, nie miała ku temu żadnych obiekcji.
Dźwięk nie ucichł. Co jakiś czas lament znowu się odzywał, gdy zbliżali się od drugiej strony wydawał się być coraz głośniejszy. Najwyraźniej szli w dobrym kierunku, to był jakiś sukces, prawda?
Dotarli do zejścia, najpewniej właśnie do piwnicy. Oczywiście, że się odsunęła, kiedy ich o to poprosił, nie miała zamiaru przeszkadzać mu w pracy. Benjy wykonał jakieś swoje tajemne sztuczki. Geraldine przyglądała się temu z pewnym podziwem, dobrze było widzieć profesjonalistę podczas pracy. Poczekali, aż skończy, wtedy mogli mieć pewność, że nic im nie groziło.
Fenwick zakończył te swoje czary-mary, a później nacisnął klamkę od drzwi, które prowadziły do piwnicy. Mogli tam wejść. Geraldine nadal znajdowała się na samym końcu ich korowodu. Piwnica - jak to piwnica. W powietrzu można było wyczuć zapach stęchlizny i wilgoć. Schody po których schodzili były uszczerbione, warto więc było spoglądać pod nogi. Geraldine sięgnęła po różdżkę, by nieco ułatwić sobie poruszanie się w ciemnościach.
Gdy znaleźli się w środku, lament zaczął brzmieć coraz bardziej wyraźnie, można było odróżnić kilka różnych tonów, nie miała pojęcia, co tam znajdą, ale gotowa była właściwie na wszystko.
Dość szybko zrozumieli, że nie był to żaden nadprzyrodzony byt, a kocia mama ze swoimi dzieciakami, która najwyraźniej potrzebowała ludzkiego towarzystwa, a może drobnej pomocy, bo przy pierwszym liczeniu udało im się naliczyć, aż siedem kociąt. Dużo, a jeszcze kocia mama.
Geraldine nie miała pojęcia, jak to możliwe, że po raz kolejny na drodze jej i Fenwicka pojawiło się zwierzę w potrzebie, nie skomentowała tego nawet, ale wiedziała, że będzie musiała uważać. Być może ich trójka wyglądała na ludzi, którzy mogli bez momentu zawahania dać w zęby komu trzeba, jednak nie byli w stanie przejść obok zwierząt w potrzebie, mieli za miękkie serduszka. Po chwili dyskusji jasne było, że ich tak nie zostawią samych sobie. Zabrali więc ich kocie demony ze sobą, poupychali sobie do kieszeni, by zwierzaki czuły się bezpiecznie. Mężczyźni mieli jakiś pomysł co z nimi zrobią, bo wspominali coś o kocim azylu, przynajmniej nie skończą z kolejnym zwierzakiem w swoim własnym domu, nie była jednak przekonana, czy Benjy nie zabierze jednego z nich, patrzył na niego w ten sposób i wiedziała, co to oznacza. W sumie spowodowało uśmiech na jej twarzy, bo nie chciał wziąć psa, jeszcze dwa tygodnie temu, a teraz najwyraźniej zmienił zdanie, co do posiadania pupila, wiedziała, że to wiąże się z czymś więcej. Opuścili dworek, na pewno zamierzali jeszcze tutaj wrócić, być może żadne stworzenia w potrzebie wtedy nie odwrócą ich uwagi.