12.11.2025, 10:04 ✶
Zaśmiał się lekko na jej słowa, kiwając ze zrozumieniem głową.
- W świecie w którym magia i klątwy, w którym trupy przechadzają się z kimś całkiem żywym, lecz bardzo, bardzo zimnym po ogrodzie zamieszkanym przez wróżki… Naturalność zdaje się czymś niesamowicie umownym. Daję jednak wiarę, że jest to znacząca anomalia wykraczająca poza zwyczaje tego miejsca i pochylam się nad nią zatem z niepokojem. Jego róże, jego piękne róże… idąc tym tropem nie miały w sobie nic naturalnego, pojone przez wieki energią plugawej rzeźby i przelanej ku jej czci krwi. Teraz, w XX wieku zdawał się on sam być tak bardzo cywilizowany, wobec tego co potrafił robić… Ale krzewy? One pamiętały.
Zatrzymał się przy jednym z obcych krzewów, zgodnie z prośbą gospodyni nie dotykając płatków, ani liści ani tym bardziej kolców.
- Ktoś próbował z nimi porozmawiać? Skontaktować się? Te duszki są bardzo przesądne, ale czują o wiele więcej niż my jak mi się zdaje. - zauważył choć jako istota nocy miał z nimi szalenie rzadko do czynienia, a już z tego co pamiętał to angielski ludek był jeszcze złośliwszy niż jego kontynentalni pobratymcy. Mógł oczywiście się mylić, mógł tylko konfabulować fakty w swojej wiekowej głowie, ale wolał mieć jakąś - nawet niepotwierdzoną - opinię niż udawać, że nie ma jej wcale.
- Raczej Lestrange - odpowiedział w zastanowieniu, nie odwracając wzroku od kwiatu, zasmucony, że nie może zwyczajnie zapytać go o jego historię. - Kuzyn. - Nie żeby zamierzał głęboko wchodzić z genealogiczny splot tej familii, ale były to istotę dzielące krew z kimś obecnie dla niego bardzo ważnym, więc skrupulatnie zachował ten fakt w głowie na później, do tej rozmowy nie mając na ten przykład powiązania między Lucille a Williamem, a przecież poza podwójnym ll w imieniu, jakby nie było dzielili nazwisko, przynajmniej przez jakiś czas.
- Cóż, nie jest to z pewnością moja sprawka, ostatnio gdy rozmawialiśmy zdecydowanie nie był nieumarłym. - Nie było to jakoś wyjątkowo zabawne z jego strony, a i tak uśmiechnął się, jakby był najwybitniejszym komikiem tych jak i minionych czasów. - Więcej, może podejmę próbę wyciągnięcia go z tego domu, bo zdaje mi się, że rzecz to dla niego będzie bardziej niż fascynująca. - Mówił dalej gdy i szli dalej w kierunku oranżerii.
Widok pajęczyn i popękanej boazerii wykrzywił mu twarz niesmakiem. Dziwne to było wobec tak zadbanego ogrodu, nawet jeśli zalęgło się w nim coś… dziwnego. Obcego.
- Naturalne, czy nienaturalne? - zapytał Victorię patrząc na nią z ukosa, nie przekraczając jednak progu opustoszałego miejsca.
- W świecie w którym magia i klątwy, w którym trupy przechadzają się z kimś całkiem żywym, lecz bardzo, bardzo zimnym po ogrodzie zamieszkanym przez wróżki… Naturalność zdaje się czymś niesamowicie umownym. Daję jednak wiarę, że jest to znacząca anomalia wykraczająca poza zwyczaje tego miejsca i pochylam się nad nią zatem z niepokojem. Jego róże, jego piękne róże… idąc tym tropem nie miały w sobie nic naturalnego, pojone przez wieki energią plugawej rzeźby i przelanej ku jej czci krwi. Teraz, w XX wieku zdawał się on sam być tak bardzo cywilizowany, wobec tego co potrafił robić… Ale krzewy? One pamiętały.
Zatrzymał się przy jednym z obcych krzewów, zgodnie z prośbą gospodyni nie dotykając płatków, ani liści ani tym bardziej kolców.
- Ktoś próbował z nimi porozmawiać? Skontaktować się? Te duszki są bardzo przesądne, ale czują o wiele więcej niż my jak mi się zdaje. - zauważył choć jako istota nocy miał z nimi szalenie rzadko do czynienia, a już z tego co pamiętał to angielski ludek był jeszcze złośliwszy niż jego kontynentalni pobratymcy. Mógł oczywiście się mylić, mógł tylko konfabulować fakty w swojej wiekowej głowie, ale wolał mieć jakąś - nawet niepotwierdzoną - opinię niż udawać, że nie ma jej wcale.
- Raczej Lestrange - odpowiedział w zastanowieniu, nie odwracając wzroku od kwiatu, zasmucony, że nie może zwyczajnie zapytać go o jego historię. - Kuzyn. - Nie żeby zamierzał głęboko wchodzić z genealogiczny splot tej familii, ale były to istotę dzielące krew z kimś obecnie dla niego bardzo ważnym, więc skrupulatnie zachował ten fakt w głowie na później, do tej rozmowy nie mając na ten przykład powiązania między Lucille a Williamem, a przecież poza podwójnym ll w imieniu, jakby nie było dzielili nazwisko, przynajmniej przez jakiś czas.
- Cóż, nie jest to z pewnością moja sprawka, ostatnio gdy rozmawialiśmy zdecydowanie nie był nieumarłym. - Nie było to jakoś wyjątkowo zabawne z jego strony, a i tak uśmiechnął się, jakby był najwybitniejszym komikiem tych jak i minionych czasów. - Więcej, może podejmę próbę wyciągnięcia go z tego domu, bo zdaje mi się, że rzecz to dla niego będzie bardziej niż fascynująca. - Mówił dalej gdy i szli dalej w kierunku oranżerii.
Widok pajęczyn i popękanej boazerii wykrzywił mu twarz niesmakiem. Dziwne to było wobec tak zadbanego ogrodu, nawet jeśli zalęgło się w nim coś… dziwnego. Obcego.
- Naturalne, czy nienaturalne? - zapytał Victorię patrząc na nią z ukosa, nie przekraczając jednak progu opustoszałego miejsca.