12.11.2025, 11:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2025, 11:52 przez Brenna Longbottom.)
Zamkowe wieże odcinały się na tle nieba, powoli blednącego, w miarę jak nadciągał zmierzch. Zamek wzniesiono na klifie, z ciemnego kamienia, który teraz, wiele lat po tym, jak budowlę opuszczono, w wielu miejscach pokrył się mchem i bluszczem, a w innych zaczął kruszeć. Główna brama dawno temu została zniszczona – być może wtedy, gdy wymordowano ostatnich właścicieli tego miejsca – ale zamek wciąż stał i patrząc na niego z dołu, z morskiego brzegu, można by prawie uwierzyć, że wszystko tutaj jest w porządku.
– No cóż… – powiedziała Brenna, gdy dotarli na brzeg wyspy. Nienanoszalnej, ukrytej przed oczami mugoli, by przypadkiem w mugolskiej prasie ktoś nie napisał o miejscu wypełnionym krwiożerczymi potworami bądź o wielu zaginionych marynarzach. A jeśli szło o czarodziejów? Ci rozsądniejsi doskonale wiedzieli, by się tu nie zbliżać. Ale Cormac Frasser był człowiekiem genialnym, niekoniecznie zaś rozsądnym. A oni też nie zawsze rozsądkiem mogli się kierować. – Przynajmniej jest blisko wody, więc jakby co łatwiej zwiewać. Jeśli ktoś zobaczy w pobliżu wielkie potwory – kanibali, które chcą nas zeżreć, niech krzyczy?
*
Wiadomość od Cormaca Frassera, poszarpana i dostarczona przez wyczerpaną sowę, nadeszła nad ranem. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo chcieliby ruszyć na pomoc uczonemu, który utknął na Posępnej Wyspie, i jak bardzo chcieliby zdobyć informacje, które tam ponoć znalazł – o klątwach, runach i magii, po którą tak chętnie sięgali czarnoksiężnicy, i o sposobach walczenia z tą – nie mogli zrobić tego ot tak, w pięć minut. Brenna wiedziała, że dyżury w pracy należało dokończyć, choćby po to, by nie zwrócić nadmiernej uwagi, kilku ludzi zebrać, podobnie jak zasoby i informacje. Rozesłała więc wiadomości, z pytaniami, kto akurat jutro nie musi być w pracy i będzie gotów zaryzykować: bo wyprawa do miejsca pełnego kwintoped właśnie tym była. Ryzykiem. Wartym podjęcia, skoro Cormac znalazł jakieś informacje klanu, który badał klątwy i sposoby ich zdejmowania, i skoro na Wyspie utknęły dwie osoby do uratowania, ale wciąż ryzykiem. Innych poprosiła o naszykowanie zasobów, zgarnięcie z biblioteki map i zapisków. Sama w przerwie obiadowej zamiast jeść lunch sprawdzała w archiwum zgłoszenia, a tuż przed wyruszeniem teleportowała się pod dom Carmaca, aby przeszukać notatki, które po sobie zostawił. Brata i Heather poprosiła o zabranie mioteł, bo nie wiedziała wiele o kwintopedach, ale zakładała, że te nie latają, Jonathana, czy zdąży zrobić podstawowe zakupy, Thomasa, aby sprawdził w swoich księgach informacje o domniemanej klątwie, rzuconej przez McClivertów, a Dorę o przetrząśnięcie książek w Stawie, by sprawdzić, czy nie będzie tam czegoś o McClivertach i o kwintopedach.
Trudno było uznać, że byli naprawdę dobrze przygotowani, ale nie mogli szykować się tygodniami, a jak na tak krótki czas – zrobili co mogli, zanim wieczorem trafili na owianą złą sławą Wyspę Posępną, w pobliżu zamku McClivertów.
*
Według Cormaca McClivertowie rzucili klątwę na sąsiedni klan, w zemście za śmierć swojego przywódcy. Zamienili ich wszystkich w potwory, ale nie przewidzieli jednego: że nie będą w stanie sobie z nimi poradzić. McBoonowie jako stwory, które teraz nazywamy kwintopedami, wymordowali ich, zanim McClivertowie zdołali znaleźć sposób na odczarowanie ich… Ministerstwo próbowało złapać kwintopedę, aby spróbować ją zbadać i zdjąć klątwę, ale to się nigdy nie udało, Wyspę więc w końcu zaczęto ignorować. Cormac i jego współpracownik wierzą, że wśród McClivertów byli specjaliści od klątw. I że na wyspie mogła przetrwać ich wiedza. Po Spalonej Nocy zdecydowali się to sprawdzić, ale najwyraźniej wpadli w kłopoty. Frasser nie podał szczegół, zakładam jednak, że te kłopoty mogą być krwiożercze i włochate.
Ich bazą był zamek McClivertów. W sumie można by to uznać za dziwne, ale jakby się zastanowić, po co kwintopedy miałyby na nim siedzieć, skoro wszystkich mieszkańców zeżarły dawno temu…
Sprawdzimy więc, czy Cormac i Finn tam są. I czy damy radę zabezpieczyć dla siebie kryjówkę. Jeśli natkniemy się na stado kanibali, wycofujemy się, w porządku?
*
– Heather, Erik, co wy na to, żeby zacząć od waszego rekonesansu z góry? Z zaklęciem kameleona najlepiej, cholera wie, czy te kwintopedy was zauważą, czy nie. Nie lądujcie, proszę. Jeśli wszystko będzie w porządku, pokonamy ten kawałek do zamku i rozejrzymy się po budynku tak ogólnie, czy możemy z niego startować z poszukiwaniami… chociaż chciałabym, żeby Cormac po prostu czekał na nas w progu. Ktoś ma jakieś inne pomysły albo sugestie? – spytała Brenna, kiedy opuścili plażę i z klifów mogli rozejrzeć się za stworami. Na razie nie widzieli ani potworów, ani żadnych ich śladów: jedynie zielone klify, malownicze wybrzeże, wolne od ingerencji człowieka i wreszcie sam zamek, kilkanaście minut drogi piechotą pod górę. Ciszę zakłócały jedynie wiatr i szum fal, rozbijających się o klify.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=YjXFoSk.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YjXFoSk.png)
Proszę was o odpisy do 9 rano 16.11.
– No cóż… – powiedziała Brenna, gdy dotarli na brzeg wyspy. Nienanoszalnej, ukrytej przed oczami mugoli, by przypadkiem w mugolskiej prasie ktoś nie napisał o miejscu wypełnionym krwiożerczymi potworami bądź o wielu zaginionych marynarzach. A jeśli szło o czarodziejów? Ci rozsądniejsi doskonale wiedzieli, by się tu nie zbliżać. Ale Cormac Frasser był człowiekiem genialnym, niekoniecznie zaś rozsądnym. A oni też nie zawsze rozsądkiem mogli się kierować. – Przynajmniej jest blisko wody, więc jakby co łatwiej zwiewać. Jeśli ktoś zobaczy w pobliżu wielkie potwory – kanibali, które chcą nas zeżreć, niech krzyczy?
*
Wiadomość od Cormaca Frassera, poszarpana i dostarczona przez wyczerpaną sowę, nadeszła nad ranem. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo chcieliby ruszyć na pomoc uczonemu, który utknął na Posępnej Wyspie, i jak bardzo chcieliby zdobyć informacje, które tam ponoć znalazł – o klątwach, runach i magii, po którą tak chętnie sięgali czarnoksiężnicy, i o sposobach walczenia z tą – nie mogli zrobić tego ot tak, w pięć minut. Brenna wiedziała, że dyżury w pracy należało dokończyć, choćby po to, by nie zwrócić nadmiernej uwagi, kilku ludzi zebrać, podobnie jak zasoby i informacje. Rozesłała więc wiadomości, z pytaniami, kto akurat jutro nie musi być w pracy i będzie gotów zaryzykować: bo wyprawa do miejsca pełnego kwintoped właśnie tym była. Ryzykiem. Wartym podjęcia, skoro Cormac znalazł jakieś informacje klanu, który badał klątwy i sposoby ich zdejmowania, i skoro na Wyspie utknęły dwie osoby do uratowania, ale wciąż ryzykiem. Innych poprosiła o naszykowanie zasobów, zgarnięcie z biblioteki map i zapisków. Sama w przerwie obiadowej zamiast jeść lunch sprawdzała w archiwum zgłoszenia, a tuż przed wyruszeniem teleportowała się pod dom Carmaca, aby przeszukać notatki, które po sobie zostawił. Brata i Heather poprosiła o zabranie mioteł, bo nie wiedziała wiele o kwintopedach, ale zakładała, że te nie latają, Jonathana, czy zdąży zrobić podstawowe zakupy, Thomasa, aby sprawdził w swoich księgach informacje o domniemanej klątwie, rzuconej przez McClivertów, a Dorę o przetrząśnięcie książek w Stawie, by sprawdzić, czy nie będzie tam czegoś o McClivertach i o kwintopedach.
Trudno było uznać, że byli naprawdę dobrze przygotowani, ale nie mogli szykować się tygodniami, a jak na tak krótki czas – zrobili co mogli, zanim wieczorem trafili na owianą złą sławą Wyspę Posępną, w pobliżu zamku McClivertów.
*
Według Cormaca McClivertowie rzucili klątwę na sąsiedni klan, w zemście za śmierć swojego przywódcy. Zamienili ich wszystkich w potwory, ale nie przewidzieli jednego: że nie będą w stanie sobie z nimi poradzić. McBoonowie jako stwory, które teraz nazywamy kwintopedami, wymordowali ich, zanim McClivertowie zdołali znaleźć sposób na odczarowanie ich… Ministerstwo próbowało złapać kwintopedę, aby spróbować ją zbadać i zdjąć klątwę, ale to się nigdy nie udało, Wyspę więc w końcu zaczęto ignorować. Cormac i jego współpracownik wierzą, że wśród McClivertów byli specjaliści od klątw. I że na wyspie mogła przetrwać ich wiedza. Po Spalonej Nocy zdecydowali się to sprawdzić, ale najwyraźniej wpadli w kłopoty. Frasser nie podał szczegół, zakładam jednak, że te kłopoty mogą być krwiożercze i włochate.
Ich bazą był zamek McClivertów. W sumie można by to uznać za dziwne, ale jakby się zastanowić, po co kwintopedy miałyby na nim siedzieć, skoro wszystkich mieszkańców zeżarły dawno temu…
Sprawdzimy więc, czy Cormac i Finn tam są. I czy damy radę zabezpieczyć dla siebie kryjówkę. Jeśli natkniemy się na stado kanibali, wycofujemy się, w porządku?
*
– Heather, Erik, co wy na to, żeby zacząć od waszego rekonesansu z góry? Z zaklęciem kameleona najlepiej, cholera wie, czy te kwintopedy was zauważą, czy nie. Nie lądujcie, proszę. Jeśli wszystko będzie w porządku, pokonamy ten kawałek do zamku i rozejrzymy się po budynku tak ogólnie, czy możemy z niego startować z poszukiwaniami… chociaż chciałabym, żeby Cormac po prostu czekał na nas w progu. Ktoś ma jakieś inne pomysły albo sugestie? – spytała Brenna, kiedy opuścili plażę i z klifów mogli rozejrzeć się za stworami. Na razie nie widzieli ani potworów, ani żadnych ich śladów: jedynie zielone klify, malownicze wybrzeże, wolne od ingerencji człowieka i wreszcie sam zamek, kilkanaście minut drogi piechotą pod górę. Ciszę zakłócały jedynie wiatr i szum fal, rozbijających się o klify.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=YjXFoSk.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YjXFoSk.png)
Proszę was o odpisy do 9 rano 16.11.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.