12.11.2025, 21:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2025, 22:07 przez Alexander Mulciber.)
"Czy jesteś martwy, Alexandrze?"
– Nie – odpowiedział miękko Mulciber. – Jeszcze nie.
Nie otrzymał jeszcze wizji swej śmierci. Śmierć była bogiem jego matki. "Devla", szeptała Selina Ayers, modląc się w starych, cygańskich dialektach przed nagą czaszką, "Śmierć". Nigdy nie było dane jej otrzymać wizji własnej śmierci, choć przepowiedziała śmierć tak wielu. Może dlatego tak żarliwie modliła się przed jej ołtarzem. Jej życie było wiecznym oczekiwaniem na śmierć, która nie chciała nadejść. Alexander nie nazywał śmierci bogiem. Wiedział, że śmierć, czy też entropia, należała do praw czasu. A kim byli jasnowidzowie, w oczach których mieszały się przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, jeżeli nie dziećmi czasu?
Czas nie był bogiem, choć był obojętnym jak bogowie.
Czas nie wymagał deifikacji ani ofiary, bo wszyscy padali jego ofiarą, prędzej czy później.
I po cóż toczyłeś swoją cenną krew, Morpheusie? Po cóż składałeś swe ofiary? Czy przybliżyłeś się do poznania, którego tak pragnąłeś? Czy przybliżyłeś się do swych bogów, gdy ulatywało z ciebie życie?
Alexandra napełniało frustracją, gdy Morpheus mówił o bogach obdarzonych formą, obdarzonych kształtem. Jeżeli boskość można zamknąć w płaszczyźnie bytu, nie jest boskością, myślał sfrustrowany. Sugerowałoby to bowiem, że bogowie byli istotami dostępnymi poznaniu. A przecież wiara zaczynała się tam, gdzie kończyło się poznanie. Gdzie kończyła się wiedza, a może język, potrzebny do spisania tej wiedzy. Nawet mówiąc: "bogowie istnieją", popełniało się w przekonaniu Alexandra błąd. Bo istnienie miało swoje ograniczenia. Wszystko, co istniało, było domeną wiedzy: zostało nazwanym, opisanym. Boskim było tylko to, czego nie dało się nazwać.
Jak to dobrze, że Alexander w bogów nie wierzył. Drżałby wówczas na myśl, że Morpheus modląc się, wzywa swych bogów po imieniu. Jakież to było bowiem bluźnierstwo wobec boskości.
"Gdybyś wymienił ten złoty na porcelanę, twoja szczęka wyglądałaby normalnie."
Alexander prychnął, po czym wierzchem dłoni starł ślinę z twarzy. Nigdy nie wyglądał normalnie. A już na pewno nie wtedy, kiedy się uśmiechał, pomyślał żartobliwie. Nieważne, jak bardzo by się starał, widać było, że jest z nim coś... Nie tak. Słowa Morpheusa zaintrygowały go jednak. Alexander nie miał w zębach złotej koronki. A więc musiała być to wróżba. Przyjął ją z uśmiechem rzędu białych zębów, na których wciąż miał resztki psychotropowej pasty.
– Ale obiecuję, że gdy już dowiem się, kiedy przyjdzie mi umrzeć, sprawię sobie złoty ząb. Nie dla mojej próżności, lecz dla twojej. Przemawia bowiem przez ciebie pycha, przyjacielu – zauważył Alexander, przywracając właściwy tor dyskusji. – Pełny jesteś próżności. – ...A przez to podobny bogom, dokończył żartobliwie w przestrzeni myśli. A sądziłem, że to ja jestem arogancki. – Bo widzisz, źle mnie zrozumiałeś. Ja nie widzę w pozostawionym przez bogów piętnie wyróżnienia. Moc bogów, o której mówisz, jest niewyobrażalna. Wykracza poza zwykłą ludzką percepcję. Oczywiście, że pozostawi blizny. Nie dlatego, że coś dla nich znaczysz, lecz dlatego, że nie znaczysz nic. Spróbuj wsadzić rękę w ogień i się nie sparzyć. Taka już natura ognia, że parzy. – Alexander wzruszył lekko ramionami. – Bogowie zmieniają człowieka, bo tego wymaga sama natura ich boskości. A ty mówisz, że jako człowiek posiadasz wystarczającą moc, aby zmienić kształt i formę bogów. Tych samych, do których zanosisz modły – wyrzekł powoli, tym swoim mdłym, wypranym z emocji monotonnym tonem, w którym nie było ani przygany, ani pochwały.
– Może to dlatego nie lubisz wróżyć z luster. Musisz stawać twarzą w twarz ze swym bogiem za każdym razem, gdy widzisz swoje odbicie.
Alexander przymknął oczy, przysnute nagle prorocką mgłą, odchylając powoli głowę do tyłu. Zadrgała odsłonięta grdyka, gdy wypuścił głośno powietrze z piersi, wzruszywszy przy tym barkami. Jak gdyby był pytyjską wyrocznią, gotującą się do tego, aby od tej pory oddychać jedynie wyziewami wydobywającymi się z wnętrza ziemi: przytępiającymi, a może wyostrzającymi zmysły. Następny jego oddech był już spokojnym, nie otworzył jednak oczu.
– Jak to dobrze, że ja w twoich bogów nie wierzę.
– Nie – odpowiedział miękko Mulciber. – Jeszcze nie.
Nie otrzymał jeszcze wizji swej śmierci. Śmierć była bogiem jego matki. "Devla", szeptała Selina Ayers, modląc się w starych, cygańskich dialektach przed nagą czaszką, "Śmierć". Nigdy nie było dane jej otrzymać wizji własnej śmierci, choć przepowiedziała śmierć tak wielu. Może dlatego tak żarliwie modliła się przed jej ołtarzem. Jej życie było wiecznym oczekiwaniem na śmierć, która nie chciała nadejść. Alexander nie nazywał śmierci bogiem. Wiedział, że śmierć, czy też entropia, należała do praw czasu. A kim byli jasnowidzowie, w oczach których mieszały się przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, jeżeli nie dziećmi czasu?
Czas nie był bogiem, choć był obojętnym jak bogowie.
Czas nie wymagał deifikacji ani ofiary, bo wszyscy padali jego ofiarą, prędzej czy później.
I po cóż toczyłeś swoją cenną krew, Morpheusie? Po cóż składałeś swe ofiary? Czy przybliżyłeś się do poznania, którego tak pragnąłeś? Czy przybliżyłeś się do swych bogów, gdy ulatywało z ciebie życie?
Alexandra napełniało frustracją, gdy Morpheus mówił o bogach obdarzonych formą, obdarzonych kształtem. Jeżeli boskość można zamknąć w płaszczyźnie bytu, nie jest boskością, myślał sfrustrowany. Sugerowałoby to bowiem, że bogowie byli istotami dostępnymi poznaniu. A przecież wiara zaczynała się tam, gdzie kończyło się poznanie. Gdzie kończyła się wiedza, a może język, potrzebny do spisania tej wiedzy. Nawet mówiąc: "bogowie istnieją", popełniało się w przekonaniu Alexandra błąd. Bo istnienie miało swoje ograniczenia. Wszystko, co istniało, było domeną wiedzy: zostało nazwanym, opisanym. Boskim było tylko to, czego nie dało się nazwać.
Jak to dobrze, że Alexander w bogów nie wierzył. Drżałby wówczas na myśl, że Morpheus modląc się, wzywa swych bogów po imieniu. Jakież to było bowiem bluźnierstwo wobec boskości.
"Gdybyś wymienił ten złoty na porcelanę, twoja szczęka wyglądałaby normalnie."
Alexander prychnął, po czym wierzchem dłoni starł ślinę z twarzy. Nigdy nie wyglądał normalnie. A już na pewno nie wtedy, kiedy się uśmiechał, pomyślał żartobliwie. Nieważne, jak bardzo by się starał, widać było, że jest z nim coś... Nie tak. Słowa Morpheusa zaintrygowały go jednak. Alexander nie miał w zębach złotej koronki. A więc musiała być to wróżba. Przyjął ją z uśmiechem rzędu białych zębów, na których wciąż miał resztki psychotropowej pasty.
– Ale obiecuję, że gdy już dowiem się, kiedy przyjdzie mi umrzeć, sprawię sobie złoty ząb. Nie dla mojej próżności, lecz dla twojej. Przemawia bowiem przez ciebie pycha, przyjacielu – zauważył Alexander, przywracając właściwy tor dyskusji. – Pełny jesteś próżności. – ...A przez to podobny bogom, dokończył żartobliwie w przestrzeni myśli. A sądziłem, że to ja jestem arogancki. – Bo widzisz, źle mnie zrozumiałeś. Ja nie widzę w pozostawionym przez bogów piętnie wyróżnienia. Moc bogów, o której mówisz, jest niewyobrażalna. Wykracza poza zwykłą ludzką percepcję. Oczywiście, że pozostawi blizny. Nie dlatego, że coś dla nich znaczysz, lecz dlatego, że nie znaczysz nic. Spróbuj wsadzić rękę w ogień i się nie sparzyć. Taka już natura ognia, że parzy. – Alexander wzruszył lekko ramionami. – Bogowie zmieniają człowieka, bo tego wymaga sama natura ich boskości. A ty mówisz, że jako człowiek posiadasz wystarczającą moc, aby zmienić kształt i formę bogów. Tych samych, do których zanosisz modły – wyrzekł powoli, tym swoim mdłym, wypranym z emocji monotonnym tonem, w którym nie było ani przygany, ani pochwały.
– Może to dlatego nie lubisz wróżyć z luster. Musisz stawać twarzą w twarz ze swym bogiem za każdym razem, gdy widzisz swoje odbicie.
Alexander przymknął oczy, przysnute nagle prorocką mgłą, odchylając powoli głowę do tyłu. Zadrgała odsłonięta grdyka, gdy wypuścił głośno powietrze z piersi, wzruszywszy przy tym barkami. Jak gdyby był pytyjską wyrocznią, gotującą się do tego, aby od tej pory oddychać jedynie wyziewami wydobywającymi się z wnętrza ziemi: przytępiającymi, a może wyostrzającymi zmysły. Następny jego oddech był już spokojnym, nie otworzył jednak oczu.
– Jak to dobrze, że ja w twoich bogów nie wierzę.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat