Yaxley naprawdę cieszyła się z jego towarzystwa, tyle, że ostatnio nie do końca wiedziała, jak powinna się zachowywać. Niby byli przyjaciółmi, niby spotykali się bardzo często, całkiem prosty układ, tyle, że jako przyjaciółka nie powinna chyba wpatrywać się w niego w ten specyficzny sposób i zastanawiać nad tym, jakby to było, gdyby przekroczyli granice przyjaźni. Od samego początku za bardzo ją do niego ciągnęło, szczególnie po tym, jak na jednym z pierwszych spotkań poznała smak jego ust. Był to tylko jeden, całkiem niewinny pocałunek, przedstawienie na które pokusili się przed salą bankietową pełną ludzi. Nie powinna chcieć tego powtórzyć, prawda? Nie, kiedy nazywali się przyjaciółmi, ale jakoś nie potrafiła przestać o tym myśleć. Być może w między czasie ich relacja nie układała się najlepiej, co było całkiem zrozumiałe, dość szybko przyszło im razem zakopać trupa w lesie, co raczej nie należało do prostych sytuacji. Miała wrażenie, że mogło to skomplikować nawet dużo bliższe relacje, jednak jakoś udało im się wrócić na tę przyjacielską stopę, miała jednak wrażenie, że przestaje jej ona wystarczać. Niekoniecznie chciała wiedzieć, co on o tym myślał, a raczej bała się tego, że nie odwzajemni jej uczuć, które istniały, i bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Widziała jak reaguje na jego wizyty, nie potrafiła powstrzymywać tych odruchów ciała, liczyła tylko na to, że nie usłyszy, że serce bije jej szybciej na jego widok. Tak, na pewno nie mógł tego ogarnąć. Nie dało się usłyszeć przecież bicia serca, bez tego specjalistycznego sprzętu...
Jedli więc posiłek przygotowany przez Triss. Nie mogła narzekać. Skrzatka dbała o to, by Geraldine nie umarła z głodu, w sumie teraz już nie tylko Geraldine, dbała również o to by jej towarzysz mógł się u niej posilić. Triss była bardzo bystra, szybko łączyła fakty, nie trzeba było jej o nic prosić, zazwyczaj sama reagowała przed czasem. Yaxley doceniała to stworzenie, powtarzała jej, że jest niezastąpiona, przez co chyba stała się jej ulubienicą, no, może poza ojcem, Gerard odkąd pamiętała miał swoje miejsce, oczywiście pierwsze w hierarchii ich uroczej skrzatki.
Geraldine nie zjadła wszystkiego, zostawiła na talerzu jakieś warzywa, za którymi nie przepadała. Postawiła talerz na stole. Mieli za sobą posiłek, teraz mogli sięgnąć po alkohol. Wspaniale, potrzebowała czegoś mocniejszego, Ambroise wydawał się dzisiaj jakiś taki wyciszony, przeniosła na niego wzrok, wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę, ciekawa, o czym myśli. Pewnie miała się tego nigdy nie dowiedzieć.
- To było dwa dni temu, teraz chcę żebyś gadał. - Wzruszyła jedynie ramionami. Prosta sprawa, czyż nie? Nie było sensu się nad tym rozdrabniać. Oczywiście, że wiedziała, że Roise nie miał w zwyczaju wykonywać poleceń, robił tylko to na co miał ochotę, ale naprawdę mógł się do niej odezwać, nie miałaby nic przeciwko temu. Ta cisza dzisiaj była dla niej nieco niewygodna.
- Wezmę Cię każdego, tak właściwie to już chyba jesteś mój? - Przyjaźnili się od kilku miesięcy, mogła sobie rościć do niego prawa, czyż nie? - Musisz tylko znaleźć złoty środek, nie milczeć zbyt wiele, ale też nie paplać za dużo, bo wtedy zaczyna boleć mnie głowa. - Szczególnie, jak się na czymś fiksował i zaczynał jej o tym opowiadać, kilka minut nie było problemem, gdy trwało to zbyt długo.. zaczynała gubić wątek i przestawała się skupiać, przez co nie do końca była w temacie.