24.02.2023, 12:21 ✶
- Nigdy nie lubiłem tego miliona znaczeń. Tak jakby szakal nie mógł być szakalem.
Rzeczywiście, nawet gdyby jakimś cudem, po pewnie długich miesiącach, jeśli nie lata przechodzenia przez męki, Jamil przywołałby najbardziej starożytnego ducha, jakiego był w stanie wyłapać, zupełnie by się nie zrozumieli. Nie miałby tłumacza, który wyłapałby poszczególne kwestie i pomógł w porozumieniu się z duchem. Umiejętności Egipcjanina nie dawały zupełnie żadnych możliwości w chwili, gdy nikt nie potrafił z danym duchem się dogadać.
- To ta blondynka, która wskazała mi do Ciebie drogę? – dopytał. Przypomniał sobie ładną dziewczynę z naręczem zwojów, którą zaczepił, gdy zbyt mocno zagapił się na prace mugolskich archeologów i stracił poczucie, w którym kierunku powinien się udać. – Dwa metry? Jak najbardziej. Trzy mile? Podziękuję! – zawołał, unosząc przy tym ręce dla zaznaczenia, że to nie dla niego i się od takiej przechadzki zdecydowanie odgradza.
Jamil znał jedynie równikowy klimat Ugandy i warunki panujące na egipskiej pustyni. Przy czym w pierwszym przypadku nieznośne wiatry panujące na zboczu góry neutralizowano magią, by uczniowie mogli w spokoju pobierać nauki w szkole bez martwienia się o to, że zwieje im notatki. Nie dotyczyła ich też pora sucha i deszczowa, zaklęcia pozwalały dostosować wszystko pod czarodziejów. Dopiero pustynia tak naprawdę hartowała, ale o ile Anwar potrafił poradzić sobie z palącym słońcem (nawet jeśli i jemu doskwierało), tak nawet nie myślał o tym, jakie trudności by mu sprawiła europejska zima, do której w ogóle nie przywykł.
- Nie mam zamiaru dzielić się odkryciami z jakimiś zbirami od siedmiu boleści. Odkopaliśmy motykę, wazę i na wpół zniszczony shaduf, nic tu po was, kilabi – mówił, dodając na końcu określenie mające obrazić rozmówców – jak sądził, raczej znane Cathalowi, jeśli spędził już jakiś czas w Egipcie. Kiedy jasno mu się zaznaczyło, że miał o czymś nie informować osób spoza ekipy, tego właśnie się trzymał. Akurat rozpowiadania na prawo i lewo odkryć archeologicznych nie można mu było zarzucić, chociaż z raz czy dwa zdarzało mu się coś przegrać w karty. Wystarczyło po prostu nie powierzać mu cennych artefaktów, gdy miał się gdzieś udać w samotności. W towarzystwie – jak najbardziej, najbezpieczniejsze na świecie, biorąc pod uwagę, że potrafił przywalić nie tylko zaklęciem. Doświadczenie nauczyło go, że im mniej otoczenie wiedziało, tym więcej mógł na tym zyskać. Zwłaszcza, gdy co ciekawsze znaleziska utrzymywano w tajemnicy nawet przed głównymi sponsorami.
Utrzymanie kręgu przy wywołaniu ducha było istotne, by cały rytuał się udał. Magia musiała podtrzymywać go wewnątrz wywoływacza, nie pozwalając uciec poza znaki runiczne i płomień świec. Lepiej nie ryzykować ewentualnego opętania, prawda? Przerwanie kręgu lub niedotrzymanie go mogło też po prostu odesłać ducha, uniemożliwiając ponowny kontakt z nim przez długi czas. Spore ryzyko, a niekiedy nie da się niczego przeskoczyć bez znajomości szczegółów z życia danego delikwenta.
- Jeśli będziesz mówił głośno i wyraźnie, bez problemu powtórzę – zapewnił. – Kwestia tego, że duch czasem się drze i zagłusza dźwięki z zewnątrz. W końcu jakoś się z tym grekiem przecież dogadaliśmy.
Przez lata różnych doświadczeń nauczył się naśladować języki, w rzeczywistości wcale ich nie znając. Powtarzanie po kimś słów stawało się coraz prostsze, aż w końcu opanował to na tyle, by dogadywać się z duchem, choć sam za nic nie rozumiał, w czym brał udział. Musiał potem wierzyć na słowo tłumaczom.
Skinął głową na słowa Cathala, potwierdzając, że rzeczywiście musieli mieć do czynienia z Quibellem, który na dodatek w jakiś sposób wyczuł poruszaną wcześniej kwestię wąsów. Niby patrzył na Shafiqa, ale wzrok miał jakiś taki nieobecny, skupiając się bardziej na utrzymaniu ducha.
- Dzień dobry, profesorze Quibell – zawołał do niego radośnie, uśmiechając się przy tym szeroko, tak jakby rzeczywiście rozmawiał z człowiekiem, którego musiał oczarować.
- Jaki tam profesorze, moja żona była profesorem, ja ledwo najwybitniejszym egiptologiem swoich czasów – mówił w jego głowie duch, a Jamil z automatu powtarzał to na głos. Cóż, najwyraźniej mieli do czynienia z narcyzem.
- Jest pan dumny ze swoich osiągnięć – zaczął powoli Egipcjanin, szukając punktu zaczepienia w słowach Jamesa. – Pewnie ucieszy pana fakt, że ponownie znalazł się pan w Umm El-Qa’ab.
Miał wrażenie, że poczuł szarpnięcie, jakby duch próbował mu się wyrwać i wrócić z powrotem do zaświatów, z których został przywołany. Tego się nie spodziewał. Zacisnął mocniej rękę na notatkach Quibella, prawdopodobnie trochę je gnąc, ale zupełnie na to nie zważał. Zmarszczył czoło, skupiając się na tym, by utrzymać konwersację z duchem.
- Niepokoi się pan…
- To złe miejsce, nikt nie powinien tu wracać.
- Dlaczego?
- To złe miejsce! – powtórzył duch, podnosząc głos, tak że w głowie Jamila zabrzmiało to jak przeraźliwy pisk, przez który się skrzywił. – Okropna klątwa, nie powinienem tu wracać. Nie powinienem – mamrotał duch, sprawiając, że Jamil coraz mniej rozumiał. Spojrzał na Cathala, szukając jakiejś podpowiedzi, o jakiej klątwie mógł mówić Quibell.
Rzeczywiście, nawet gdyby jakimś cudem, po pewnie długich miesiącach, jeśli nie lata przechodzenia przez męki, Jamil przywołałby najbardziej starożytnego ducha, jakiego był w stanie wyłapać, zupełnie by się nie zrozumieli. Nie miałby tłumacza, który wyłapałby poszczególne kwestie i pomógł w porozumieniu się z duchem. Umiejętności Egipcjanina nie dawały zupełnie żadnych możliwości w chwili, gdy nikt nie potrafił z danym duchem się dogadać.
- To ta blondynka, która wskazała mi do Ciebie drogę? – dopytał. Przypomniał sobie ładną dziewczynę z naręczem zwojów, którą zaczepił, gdy zbyt mocno zagapił się na prace mugolskich archeologów i stracił poczucie, w którym kierunku powinien się udać. – Dwa metry? Jak najbardziej. Trzy mile? Podziękuję! – zawołał, unosząc przy tym ręce dla zaznaczenia, że to nie dla niego i się od takiej przechadzki zdecydowanie odgradza.
Jamil znał jedynie równikowy klimat Ugandy i warunki panujące na egipskiej pustyni. Przy czym w pierwszym przypadku nieznośne wiatry panujące na zboczu góry neutralizowano magią, by uczniowie mogli w spokoju pobierać nauki w szkole bez martwienia się o to, że zwieje im notatki. Nie dotyczyła ich też pora sucha i deszczowa, zaklęcia pozwalały dostosować wszystko pod czarodziejów. Dopiero pustynia tak naprawdę hartowała, ale o ile Anwar potrafił poradzić sobie z palącym słońcem (nawet jeśli i jemu doskwierało), tak nawet nie myślał o tym, jakie trudności by mu sprawiła europejska zima, do której w ogóle nie przywykł.
- Nie mam zamiaru dzielić się odkryciami z jakimiś zbirami od siedmiu boleści. Odkopaliśmy motykę, wazę i na wpół zniszczony shaduf, nic tu po was, kilabi – mówił, dodając na końcu określenie mające obrazić rozmówców – jak sądził, raczej znane Cathalowi, jeśli spędził już jakiś czas w Egipcie. Kiedy jasno mu się zaznaczyło, że miał o czymś nie informować osób spoza ekipy, tego właśnie się trzymał. Akurat rozpowiadania na prawo i lewo odkryć archeologicznych nie można mu było zarzucić, chociaż z raz czy dwa zdarzało mu się coś przegrać w karty. Wystarczyło po prostu nie powierzać mu cennych artefaktów, gdy miał się gdzieś udać w samotności. W towarzystwie – jak najbardziej, najbezpieczniejsze na świecie, biorąc pod uwagę, że potrafił przywalić nie tylko zaklęciem. Doświadczenie nauczyło go, że im mniej otoczenie wiedziało, tym więcej mógł na tym zyskać. Zwłaszcza, gdy co ciekawsze znaleziska utrzymywano w tajemnicy nawet przed głównymi sponsorami.
Utrzymanie kręgu przy wywołaniu ducha było istotne, by cały rytuał się udał. Magia musiała podtrzymywać go wewnątrz wywoływacza, nie pozwalając uciec poza znaki runiczne i płomień świec. Lepiej nie ryzykować ewentualnego opętania, prawda? Przerwanie kręgu lub niedotrzymanie go mogło też po prostu odesłać ducha, uniemożliwiając ponowny kontakt z nim przez długi czas. Spore ryzyko, a niekiedy nie da się niczego przeskoczyć bez znajomości szczegółów z życia danego delikwenta.
- Jeśli będziesz mówił głośno i wyraźnie, bez problemu powtórzę – zapewnił. – Kwestia tego, że duch czasem się drze i zagłusza dźwięki z zewnątrz. W końcu jakoś się z tym grekiem przecież dogadaliśmy.
Przez lata różnych doświadczeń nauczył się naśladować języki, w rzeczywistości wcale ich nie znając. Powtarzanie po kimś słów stawało się coraz prostsze, aż w końcu opanował to na tyle, by dogadywać się z duchem, choć sam za nic nie rozumiał, w czym brał udział. Musiał potem wierzyć na słowo tłumaczom.
Skinął głową na słowa Cathala, potwierdzając, że rzeczywiście musieli mieć do czynienia z Quibellem, który na dodatek w jakiś sposób wyczuł poruszaną wcześniej kwestię wąsów. Niby patrzył na Shafiqa, ale wzrok miał jakiś taki nieobecny, skupiając się bardziej na utrzymaniu ducha.
- Dzień dobry, profesorze Quibell – zawołał do niego radośnie, uśmiechając się przy tym szeroko, tak jakby rzeczywiście rozmawiał z człowiekiem, którego musiał oczarować.
- Jaki tam profesorze, moja żona była profesorem, ja ledwo najwybitniejszym egiptologiem swoich czasów – mówił w jego głowie duch, a Jamil z automatu powtarzał to na głos. Cóż, najwyraźniej mieli do czynienia z narcyzem.
- Jest pan dumny ze swoich osiągnięć – zaczął powoli Egipcjanin, szukając punktu zaczepienia w słowach Jamesa. – Pewnie ucieszy pana fakt, że ponownie znalazł się pan w Umm El-Qa’ab.
Miał wrażenie, że poczuł szarpnięcie, jakby duch próbował mu się wyrwać i wrócić z powrotem do zaświatów, z których został przywołany. Tego się nie spodziewał. Zacisnął mocniej rękę na notatkach Quibella, prawdopodobnie trochę je gnąc, ale zupełnie na to nie zważał. Zmarszczył czoło, skupiając się na tym, by utrzymać konwersację z duchem.
- Niepokoi się pan…
- To złe miejsce, nikt nie powinien tu wracać.
- Dlaczego?
- To złe miejsce! – powtórzył duch, podnosząc głos, tak że w głowie Jamila zabrzmiało to jak przeraźliwy pisk, przez który się skrzywił. – Okropna klątwa, nie powinienem tu wracać. Nie powinienem – mamrotał duch, sprawiając, że Jamil coraz mniej rozumiał. Spojrzał na Cathala, szukając jakiejś podpowiedzi, o jakiej klątwie mógł mówić Quibell.