13.11.2025, 15:31 ✶
W naturze Christophera leżały pewne samolubstwo oraz niechęć do zamartwiania się na zapas. Nie przejmował się teraz specjalnie innymi ludźmi, w tym swoimi znajomymi – wiedział, że rodzice i rodzeństwo przetrwali, i to chwilowo mu wystarczyło. Jakieś pokłady empatii może miały się obudzić wobec jednostek później, jednak w tej chwili nie myślał o nikim, zbyt skupiony na swoim własnym nieszczęściu. Oczy go piekły, gardło bolało, nie mógł oddychać i chciał po prostu, żeby medyczka coś z tym zrobiła. Ugryzł się w język, by nie powiedzieć, że oczywiście, że wynika to z podrażnienia, zwłaszcza że kobieta przynajmniej przedstawiła jakiś sensowny plan. Czymkolwiek była ta sól fizjologiczna: byleby pomogła.
Zakasłał ponownie, walcząc z irytacją, gdy postanawiała sprawdzać jego wzrok. Mdłości, ból głowy, zawroty? Miał w tej chwili pełen pakiet, a do tego ochotę krzyczeć, że tak jakby to naturalne, kiedy omal nie udusiła go dziwna chmura dymu, a potem biegł wzdłuż ulicy, kiedy z nieba sypały się popioły.
– Cholerni śmierciożercy – wymruczał na słowa o tej klątwie. Tak naprawdę śmierciożercy dotąd mu nie przeszkadzali: nie miał może skłonności do niepotrzebnej przemocy, ale uważał, że czystokrwiści są lepsi od półkrwi i od mugolaków. Prawdziwa równość to mrzonka, bo zawsze znajdą się ci, którzy są lepsi od innych. Ich bardziej gwałtownych czynów po prostu nie chciał dostrzegać ani analizować, a gdyby nawet je zauważył, pewnie wolałby zachować dyplomatyczne milczenie.
Ale teraz jego płuca i mieszkanie były pełne popiołu, i ponosiła go złość.
– Taką klątwę da się przełamać? – spytał, z westchnieniem zabierając się do rozpinania szaty. Gdyby Sidonie była młodsza, może zażartowałby w jakiś zaczepny sposób, ale że Rosier był jeszcze młodzieniaszkiem, ludzi po trzydziestym piątym roku życia wrzucając do koszyka z napisem „są już starzy”, lekarce zostało oszczędzone zażenowanie jego zachowaniem. – Płuca może nie są zaczerwienione, ale na pewno podrażnione – powiedział jeszcze, i tym razem sprawdzając to, Sidonie mogła się przekonać, że Rosier nie robił z igieł wideł. Faktycznie musiał nawdychać się jakiegoś paskudztwa i nie chodziło o jakąś niewielką ilość dymu: był niedotleniony, a płuca wymagały podania eliksiru, jeśli nie miało się to stać długotrwałym problemem zdrowotnym.
Zakasłał ponownie, walcząc z irytacją, gdy postanawiała sprawdzać jego wzrok. Mdłości, ból głowy, zawroty? Miał w tej chwili pełen pakiet, a do tego ochotę krzyczeć, że tak jakby to naturalne, kiedy omal nie udusiła go dziwna chmura dymu, a potem biegł wzdłuż ulicy, kiedy z nieba sypały się popioły.
– Cholerni śmierciożercy – wymruczał na słowa o tej klątwie. Tak naprawdę śmierciożercy dotąd mu nie przeszkadzali: nie miał może skłonności do niepotrzebnej przemocy, ale uważał, że czystokrwiści są lepsi od półkrwi i od mugolaków. Prawdziwa równość to mrzonka, bo zawsze znajdą się ci, którzy są lepsi od innych. Ich bardziej gwałtownych czynów po prostu nie chciał dostrzegać ani analizować, a gdyby nawet je zauważył, pewnie wolałby zachować dyplomatyczne milczenie.
Ale teraz jego płuca i mieszkanie były pełne popiołu, i ponosiła go złość.
– Taką klątwę da się przełamać? – spytał, z westchnieniem zabierając się do rozpinania szaty. Gdyby Sidonie była młodsza, może zażartowałby w jakiś zaczepny sposób, ale że Rosier był jeszcze młodzieniaszkiem, ludzi po trzydziestym piątym roku życia wrzucając do koszyka z napisem „są już starzy”, lekarce zostało oszczędzone zażenowanie jego zachowaniem. – Płuca może nie są zaczerwienione, ale na pewno podrażnione – powiedział jeszcze, i tym razem sprawdzając to, Sidonie mogła się przekonać, że Rosier nie robił z igieł wideł. Faktycznie musiał nawdychać się jakiegoś paskudztwa i nie chodziło o jakąś niewielką ilość dymu: był niedotleniony, a płuca wymagały podania eliksiru, jeśli nie miało się to stać długotrwałym problemem zdrowotnym.