24.02.2023, 12:26 ✶
Jak na ironię, Ulyssesowi przeszło przez myśl, że chciałby doświadczyć takiej nudy, o której wspomniał Cathal. Spuścił wzrok na filiżankę z herbatą. Patrzył na parujący napój, znowu zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo różniły się ich życia. Czyje częściej było w niebezpieczeństwie i wybory czyjego warte były niebezpieczeństwa.
Upił trochę różanej herbaty.
- Przejmujemy sprawę – powtórzył za Shafiqiem. Bawił się myślą, że to rzeczywiście oni, a nie Cathal i jego grupa archeologiczna, przejmowali sprawę. – Więc oficjalnie będziesz współpracował z Ministerstwem Magii? – dopytał na wszelki wypadek. Wiedział dobrze, że to nie zawsze tak działało. Może nawet częściej w ogóle tak nie działało. – Wioska podobna do Hogsmeade. – Już samo to brzmiało interesująco. I to interesująco na tak wielu płaszczyznach, że Ulysses aż zamarł na moment, pozwalając w spokoju przepłynąć wszystkim myślom, które nagle postanowiły w szalonej gonitwie przepłynąć przez jego głowę. Klątwa. Ruiny magicznej wioski. Po co? Po co klątwa w takim miejscu? Dla bezpieczeństwa? Czy żeby coś ukryć? Co ukryć? Filary? Nie. To raczej narzędzie. Magię? Jaką? Coś innego? Czemu ruiny? Co się stało z czarodziejami, którzy zamieszkiwali wioskę? Odeszli? Umarli? Czemu? - Już coś wiesz na jej temat? Podejrzewasz z jakiego może być okresu?
Ulysses nie był archeologiem i nie uważał się za archeologa, nawet amatora. W rozmowie z Cathalem nie aspirował również do bycia postrzeganym jako równy mu wiedzą rozmówca. Nie w tym temacie. A może nawet, przez stosunek, który miał akurat do niego, w większości tematów, które poruszali, oddawał mu pierwszeństwo. Te, w których sam, naprawdę, wiedział więcej, pozostawiał raczej ukryte za grubym murem, do którego nie pozwalał się nikomu zbliżyć. I paradoksalnie, im bardziej kogoś lubił, tym dalej go od tego muru trzymał z daleka.
A Cathala lubił za bardzo, by go w to wszystko wciągać, nawet tylko fragmentami prawdy o sobie.
Wsłuchiwał się w słowa o partnerce faraona, znowu uświadamiając sobie, że przecież o tym też śnił. We śnie nawet zasugerował, że mogła mieć ze sobą różdżkę. Oczywiście nie wiedział o kształcie małej piramidy, ale… a potem dotarła do niego prośba o to, by nie wspominał nikomu o znalezisku.
Kiwnął głową, by bez cienia emocji wypisanej na twarzy, zgodzić się na prośbę Cathala. Tylko, że tak naprawdę, nawet nie miał komu o tym wspomnieć. Przed ojcem ukrywał znajomość z Shafiqiem. W zasadzie, przed wszystkimi niemal ukrywał znajomość z Shafiqiem. Co z jednej strony miało archeologa chronić, ale z drugiej było jednym z niewielu świadomych przejawów czystego egoizmu Ulyssesa.
Skupił uwagę na amulecie.
- Jest doskonały – zapewnił ostrożnie. Prosty. Niewielki. Taki, który można było schować do kieszeni albo ukryć pod koszulą. Dla Rookwooda nie musiał mieć żadnych szczególnych mocy by był cenny. Otrzymywał go właśnie w ramach podziękowania za wyliczenia numerologiczne, które wykonał. Namacalny znak, że hobby okazało się przydatne, że bezużyteczne hobby nie było tak do końca bezużyteczne.
Figurka Anubisa. Ulysses czuł jak krew odpływała mu z twarzy. Potrząsnął głową. Coraz bardziej miał niejasne wrażenie, że coś tu było nie w porządku. Ale to przecież nie było możliwe, by śnili o tym samym. Już to, że obydwaj śnili o sobie nawzajem jednej nocy, pozostawało niesamowitym zrządzeniem losu.
– Przywiozłem je osobiście? – zapytał powoli. – A potem co? Przyjechali profesorowie z Luwru i jeden z nich postanowił mnie zarżnąć?
Upił trochę różanej herbaty.
- Przejmujemy sprawę – powtórzył za Shafiqiem. Bawił się myślą, że to rzeczywiście oni, a nie Cathal i jego grupa archeologiczna, przejmowali sprawę. – Więc oficjalnie będziesz współpracował z Ministerstwem Magii? – dopytał na wszelki wypadek. Wiedział dobrze, że to nie zawsze tak działało. Może nawet częściej w ogóle tak nie działało. – Wioska podobna do Hogsmeade. – Już samo to brzmiało interesująco. I to interesująco na tak wielu płaszczyznach, że Ulysses aż zamarł na moment, pozwalając w spokoju przepłynąć wszystkim myślom, które nagle postanowiły w szalonej gonitwie przepłynąć przez jego głowę. Klątwa. Ruiny magicznej wioski. Po co? Po co klątwa w takim miejscu? Dla bezpieczeństwa? Czy żeby coś ukryć? Co ukryć? Filary? Nie. To raczej narzędzie. Magię? Jaką? Coś innego? Czemu ruiny? Co się stało z czarodziejami, którzy zamieszkiwali wioskę? Odeszli? Umarli? Czemu? - Już coś wiesz na jej temat? Podejrzewasz z jakiego może być okresu?
Ulysses nie był archeologiem i nie uważał się za archeologa, nawet amatora. W rozmowie z Cathalem nie aspirował również do bycia postrzeganym jako równy mu wiedzą rozmówca. Nie w tym temacie. A może nawet, przez stosunek, który miał akurat do niego, w większości tematów, które poruszali, oddawał mu pierwszeństwo. Te, w których sam, naprawdę, wiedział więcej, pozostawiał raczej ukryte za grubym murem, do którego nie pozwalał się nikomu zbliżyć. I paradoksalnie, im bardziej kogoś lubił, tym dalej go od tego muru trzymał z daleka.
A Cathala lubił za bardzo, by go w to wszystko wciągać, nawet tylko fragmentami prawdy o sobie.
Wsłuchiwał się w słowa o partnerce faraona, znowu uświadamiając sobie, że przecież o tym też śnił. We śnie nawet zasugerował, że mogła mieć ze sobą różdżkę. Oczywiście nie wiedział o kształcie małej piramidy, ale… a potem dotarła do niego prośba o to, by nie wspominał nikomu o znalezisku.
Kiwnął głową, by bez cienia emocji wypisanej na twarzy, zgodzić się na prośbę Cathala. Tylko, że tak naprawdę, nawet nie miał komu o tym wspomnieć. Przed ojcem ukrywał znajomość z Shafiqiem. W zasadzie, przed wszystkimi niemal ukrywał znajomość z Shafiqiem. Co z jednej strony miało archeologa chronić, ale z drugiej było jednym z niewielu świadomych przejawów czystego egoizmu Ulyssesa.
Skupił uwagę na amulecie.
- Jest doskonały – zapewnił ostrożnie. Prosty. Niewielki. Taki, który można było schować do kieszeni albo ukryć pod koszulą. Dla Rookwooda nie musiał mieć żadnych szczególnych mocy by był cenny. Otrzymywał go właśnie w ramach podziękowania za wyliczenia numerologiczne, które wykonał. Namacalny znak, że hobby okazało się przydatne, że bezużyteczne hobby nie było tak do końca bezużyteczne.
Figurka Anubisa. Ulysses czuł jak krew odpływała mu z twarzy. Potrząsnął głową. Coraz bardziej miał niejasne wrażenie, że coś tu było nie w porządku. Ale to przecież nie było możliwe, by śnili o tym samym. Już to, że obydwaj śnili o sobie nawzajem jednej nocy, pozostawało niesamowitym zrządzeniem losu.
– Przywiozłem je osobiście? – zapytał powoli. – A potem co? Przyjechali profesorowie z Luwru i jeden z nich postanowił mnie zarżnąć?