13.11.2025, 19:51 ✶
Toast. Jej spojrzenie powoli przesuwało się po obecnych, zatrzymując na pustym krześle.
W końcu i powróciło do siedzącej tuż przy niej Charlotte, gdy ta odezwała się bezpośrednio do niej.
Na jej usta wpłynął delikatny uśmiech
-Dzięki...Tworzenie ich było mordęgą - rzuciła cicho, muskając opuszkami palców pojedyncze koraliki. Przez moment przyglądała się kuzynce, a w jej głowie przetasowało się kilka pytań z nią związanych, a jednak żadne z nich nie wypadło z jej ust. Dlaczego nie poznała jej wcześniej?
Jej wzrok poszybował w kierunku prababki, gdy wspomniała o jej braciach. Kiedy ostatni raz ich widziała? Musiałaby nad tym zastanowić się nieco dłużej. Leonarda jeszcze w kamienicy Mulciberów przed przeprowadzką, a Charliego... hum... prawdopodobnie od ich kłótni. Później zrobił się bałagan, którego nie byli w stanie posprzątać, a być może nie chcieli? Każdy przekonany o własnych racjach.
Najwidoczniej są na tyle niewdzięczni, że postanowili zaszyć się niczym szczury w Norwegii.-rzuciła w myślach, gryząc się w język w ostatniej chwili.
Wiedziała, że ich nie będzie, w końcu żywo towarzyszyła podczas przygotowań, aczkolwiek miała nadzieje, że jej bracia pójdą po rozum do głowy i nie postawią ojca w tej niezręcznej sytuacji, aby po raz kolejny ten musiał świecić za nich oczyma. Jaką wymówkę znaleźli tym razem? Czym się zasłonią?
Z jej ust wydobyło się bezdźwięczne westchnienie. Scarlett uważała nie przybycie za brak szacunku, nie tylko do rodziny, ale i do samego Richarda. Według niej ojciec był dla nich nazbyt wyrozumiały, gdyż pod koniec dnia to on się za nich tłumaczył. Prawdą było, że byli dorośli, więc tym bardziej niesprawiedliwym było, że to na nim zalegały niewygodne pytania.
Uniosła wzrok, a jasne tęczówki osiadły na prababce, gdy temat zszedł na nią.
I chociaż nawet nie drgnął jej kącik ust to jej oczy zdawały się zaśmiać z wręcz dziecięcą radością, gdy poczuła w serduszku przyjemny żar, komplement który był wynagrodzeniem wszystkich zarwanych nocy, gdy wkuwała kodeks karny, gdy znosiła pracę do domu, gdy starała się robić więcej niż od niej wymagano - bo jeśli za coś się brała, chciała być w tym najlepsza, udowodnić sobie i światu, gdyż ewentualna porażka nie wchodziła w grę.
W dodatku te słowa nie padły od byle kogo, a od kobiety w której Scarlett była zauroczona od pierwszego wejrzenia. W której znalazła kobiecy wzór do naśladowania, chcąc w przyszłości być właśnie kimś takim jak prababcia. Siła jaka biła od Philomeny jej imponowała, wzmagała apetyt aby starać się bardziej, inspirować mocniej, szukać kontaktu i powodu do rozmowy, aby zrozumieć jej spojrzenie na świat. Jak gdyby towarzystwo prababci miało ją ukształtować. Tak jak towarzystwo Seliny, której grywała na skrzypcach gdy tylko znajdywała chwilę, a taką chwilę znaleźć należało. I było to absurdalne, że tak bardzo różniły się od siebie kobiety na które Scarlett tak często spoglądała. Bo każda z nich miała w sobie namiastkę, której tej było brak, zupełnie inną ale równie potrzebną.
I chociaż nic nie było w stanie zapełnić tych brakujących elementów, to i tak nie śmiała odwracać od nich wzroku.
W końcu i powróciło do siedzącej tuż przy niej Charlotte, gdy ta odezwała się bezpośrednio do niej.
Na jej usta wpłynął delikatny uśmiech
-Dzięki...Tworzenie ich było mordęgą - rzuciła cicho, muskając opuszkami palców pojedyncze koraliki. Przez moment przyglądała się kuzynce, a w jej głowie przetasowało się kilka pytań z nią związanych, a jednak żadne z nich nie wypadło z jej ust. Dlaczego nie poznała jej wcześniej?
Jej wzrok poszybował w kierunku prababki, gdy wspomniała o jej braciach. Kiedy ostatni raz ich widziała? Musiałaby nad tym zastanowić się nieco dłużej. Leonarda jeszcze w kamienicy Mulciberów przed przeprowadzką, a Charliego... hum... prawdopodobnie od ich kłótni. Później zrobił się bałagan, którego nie byli w stanie posprzątać, a być może nie chcieli? Każdy przekonany o własnych racjach.
Najwidoczniej są na tyle niewdzięczni, że postanowili zaszyć się niczym szczury w Norwegii.-rzuciła w myślach, gryząc się w język w ostatniej chwili.
Wiedziała, że ich nie będzie, w końcu żywo towarzyszyła podczas przygotowań, aczkolwiek miała nadzieje, że jej bracia pójdą po rozum do głowy i nie postawią ojca w tej niezręcznej sytuacji, aby po raz kolejny ten musiał świecić za nich oczyma. Jaką wymówkę znaleźli tym razem? Czym się zasłonią?
Z jej ust wydobyło się bezdźwięczne westchnienie. Scarlett uważała nie przybycie za brak szacunku, nie tylko do rodziny, ale i do samego Richarda. Według niej ojciec był dla nich nazbyt wyrozumiały, gdyż pod koniec dnia to on się za nich tłumaczył. Prawdą było, że byli dorośli, więc tym bardziej niesprawiedliwym było, że to na nim zalegały niewygodne pytania.
Uniosła wzrok, a jasne tęczówki osiadły na prababce, gdy temat zszedł na nią.
I chociaż nawet nie drgnął jej kącik ust to jej oczy zdawały się zaśmiać z wręcz dziecięcą radością, gdy poczuła w serduszku przyjemny żar, komplement który był wynagrodzeniem wszystkich zarwanych nocy, gdy wkuwała kodeks karny, gdy znosiła pracę do domu, gdy starała się robić więcej niż od niej wymagano - bo jeśli za coś się brała, chciała być w tym najlepsza, udowodnić sobie i światu, gdyż ewentualna porażka nie wchodziła w grę.
W dodatku te słowa nie padły od byle kogo, a od kobiety w której Scarlett była zauroczona od pierwszego wejrzenia. W której znalazła kobiecy wzór do naśladowania, chcąc w przyszłości być właśnie kimś takim jak prababcia. Siła jaka biła od Philomeny jej imponowała, wzmagała apetyt aby starać się bardziej, inspirować mocniej, szukać kontaktu i powodu do rozmowy, aby zrozumieć jej spojrzenie na świat. Jak gdyby towarzystwo prababci miało ją ukształtować. Tak jak towarzystwo Seliny, której grywała na skrzypcach gdy tylko znajdywała chwilę, a taką chwilę znaleźć należało. I było to absurdalne, że tak bardzo różniły się od siebie kobiety na które Scarlett tak często spoglądała. Bo każda z nich miała w sobie namiastkę, której tej było brak, zupełnie inną ale równie potrzebną.
I chociaż nic nie było w stanie zapełnić tych brakujących elementów, to i tak nie śmiała odwracać od nich wzroku.