Westchnięcie zamarło na jej wargach nieprzejednanie, gdy wbijała wzrok w zawartość szklanek, które zostały przed nimi postawione, chybocząc cieczą w szklistych ryzach. Jej porównanie do mitologicznej Meduzy mogło mieć w sobie ułamek prawdy, doprawiony szczyptą owianej tajemnicą legendy; istotnie, jej wzrok potrafił ciąć okrutnie i nieodwracalnie; sztylety błyszczące w piwnych odmętach nie napawały pozytywną barwą emocji – nakazywały natychmiastową kapitulację, a cyniczne wygięcie warg, błądzące gdzieś w ich kącikach, dodawało pikanterii całości.
Wypita whisky szumiała w głowie, odbierając jakiekolwiek ochłapy zdrowego rozsądku, bezczeszcząc to, co budowała przez długi czas – fasadę stworzoną z nieprzystępności i agresji słownej. Nagle miękła, a na jej nieprzejednane wargi wstępował cień uśmiechu. Nie przewidziała takiej puenty samotnego wyjścia do lewej speluny; nie spodziewała się, że zniesie czyjąkolwiek obecność w tak zastraszającej mnogości kwadransów. Prawdopodobnie dlatego coś w niej zelżało, a potrzeba bycia odwieczną dominantą rozpłynęła się w powietrzu jak te kłęby dymu papierosowego, które opuszczały jej usta – początkowo wydatne, aby rozlać się akwarelą w przestrzeni.
Pajęczyny wdzięcznie znaczące swymi nitkami kąty pomieszczenia, obgryziony stół i zapach zgnilizny nieodłącznie towarzyszyły przybytkowi – jej to jednak nie raziło, bo choć z nazwiska była patetyczna i zadzierała wysoko brodę, tak ukochała sobie miejsca, które bóg już dawno temu opuścił.
Zastukała palcami w blat, który prawdopodobnie przetrwał obie wojny; skierowała spojrzenie na mężczyznę, unosząc wysoko brwi.
– Sprawiedliwie nigdy nie znaczy po równo, Toby – rzekła z przekąsem, zaciskając usta w wąską linię, zupełnie jakby musiała tłumaczyć dziecku oczywistości drżące wszechświatem od zarania.
Pośród nokturnich odmętów, barów skalanych przestępczością i obrzydliwością, pośród ciemnej nocy rozpościerającej płaszcz gwiazd na niebie – byli sobie równi. Nic nie mogło zachwiać tą oczywistą równowagą; teraz, pomimo jej wysokiego stanowiska w Ministerstwie i urodzenia pod płaszczem szlacheckim, nie znajdowała się wyżej od niego. Podium jednak, w jej umyśle, wciąż pozostawało niezachwiane; wciąż była w absurdalny sposób dumna.
I gdy szklanki zostały postawione przed nimi, oparła podbródek na wewnętrznej stronie dłoni.
– Spirytus, trochę soku. W głównej mierze jednak spirytus – odparła i wziąwszy łyk trunku, solidnie się skrzywiła. Wysokie procenty torowały sobie drogę krtanią, aby po chwili rozlać się w żołądku żarem.