Pod woalką artystycznej osobowości, renomy samej w sobie i niezaprzeczalnego autorytetu, kryła się mnogość emocji kłębiących się pod owitą czernią loków kopułą – bo była humorzasta i przez scenę jej bytowania przewijały się mnogie, niekiedy zupełnie sprzeczne na linii frontu emocje. Wybuchała salwą radości, aby zaraz pogrążyć się w tęgiej zadumie; płakała rzewnymi łzami, aby po chwili przekuć własny smutek w niezawoalowaną złość – była niewątpliwie chaosem. Na przekroju dwudziestu sześciu wiosen, wciąż pozostawała kierowana własnymi emocjami bardziej, niż je dominowała; była w jednak w całym ambarasie pewna siebie i, choć niewyważona, uparta i świadoma swoich światłych, niekiedy okrutnych celów. Uśmiechała się więc ochoczo, kłamała gorliwie i manipulowała zgrabnie – wszak któż podejrzewałby o takie wyrachowanie te sarnie, błyszczące iskrami oczy?
Oparła dłonie na biodrach, obserwując, jak Longbottom przemierza jej mieszkanie, wzrok zawieszając na niektórych obrazach. A jej dzieła były obrazoburcze i gwałtowne niekiedy; ukazujące nagość i atawistyczną naturę człowieka; była śmiała w swoich artystycznych poczynaniach, wiedząc, iż kontrowersja najlepiej się sprzedaje, a i jest ciekawa w obejściu. Naturalnie świadoma była, iż bal charytatywny nie mógł gościć na swoich ścianach roznegliżowanych kobiet ani aktów brutalności – na tę okoliczność posiadała także łagodniejsze, bardziej stonowane obrazy.
W istocie rzeczy operowała niejakim talentem, choć wolała mówić, iż jest to kwestia nieustannej praktyki – obie teorie miały w sobie masyw słuszności, a najprawdziwszą pozostawała wersja, która łączyła w tango oba te uwarunkowania. Biegła w zaklęciach z gatunku zauroczeń, zaklinała własne dzieła, aby spływały z nich jasne emocje, które miał poczuć odbiorca – nadawało to całokształtowi smaku.
A jej praca istotnie stanowiła równocześnie gorące zainteresowanie; pochodząc z bogatej rodziny, mogła podjąć się jakkolwiek wymarzonego źródła zarobku – naturalnie, familia nie pałała zachwytem, iż Loretta nie przedłuży rodzinnej tradycji kąpiącej się w eliksirach i medycynie, jednak nigdy nie postawiono jej surowej ściany na drodze do spełnienia się.
Omiotła ponownie wzrokiem artystyczny bałagan piętrzący się w mieszkaniu; wylane farby, ogrom pędzli i płócien – można było śmiało stwierdzić, iż jej praca stanowiła dlań całe życie.
– Tak, od dawna – stwierdziła, stukając paznokciem w kryształowe naczynie, którego ścianki obmywała cierpka ciecz. – W zasadzie mogę stwierdzić, że od zawsze. Jednak własną galerię posiadłam cztery lata temu, od tej pory działam prężniej. – Wygięła usta w urokliwym uśmiechu. – Moje imię nie jest ważne. Ważnym jest to, co tworzę.
Marzec wciąż pozostawał chłodny i nieprzejednany wiosenną porą; wciąż można było odczuć ostałości zimy, której przeczyły jedynie przebiśniegi, wystające nieśmiało znad topniejących warstw śniegu. Właśnie o takiej porze, whisky nabierała najlepszego, cierpko-gorzkiego smaku rozlewającego się po wnętrzu.
– Powiem panu szczerze, że charytatywne i społeczne formy wyrazu nie są mi bliskie, jeśli chodzi o pędzel. Mogę jednak pokazać dwa obrazy, o których myślałam – rzekła prędko, wertując spiętrzone płótna.
Jedno z nich wciąż pozostawało mokre; grube warstwy farby, tworzące fakturę, wciąż błyszczały się, świeżo nałożone. Bez wątpienia posiadała dryg kolorystyczny, gdyż dzieła – niedosłowne i nieoczywiste – raziły feerią kolorów nałożonych na siebie z rozmysłem i zachowaniem estetyki. Pierwszy z nich, przytłaczający ogromem wymiarów, przedstawiał ludzkie głowy, z których ku niebu wyrastały szalenie różne, barwne kwiaty, główkami odchylone w kierunku bezkresnego, acz skażonego masywem chmur błękitu. Drugi jednak, zgoła odmienny, nie posiadający mnogości interpretacji na wzór pierwszego, stanowił prosty krajobraz, jednak zarysowany wyjątkowo ekspresyjnie. Posiadał w sobie coś, co posiadały Słoneczniki Van Gogha – niepokorność i wielorakość ekspresji.
– Jeśli żaden nie przypadnie panu do gustu, będę mogła namalować coś na zlecenie – dodała naprędce, wzrok ponownie mieszcząc w soczystych barwach dominujących obrazy.