- Może to i lepiej, jeszcze postanowiłby polewać wszystko wodą święconą. Nie wiem, czy spodobałoby się to naszym gospodarzom. - Fakt, posiadanie Macmillana przy sobie mogło nieść ze sobą jakieś profity, ale miała wrażenie, że więcej byłoby niedogodności, które mogłyby się pojawić przez jego obecność. W sumie nie miała zbyt dobrego zdania o żadnych kapłanach, za bardzo różniły się ich podejścia do życia.
Póki co nie było czego tak naprawdę ustalać, mieli jakiś wstępny plan, jutro będą martwić się resztą, naprawdę liczyła na to, że nie zostaną odprawieni z kwitkiem. Niby ojciec ustalił jakieś wstępne postanowienia, ale to oni mieli wszystko dopiąć, naprawdę nie chciała go rozczarować, ale wiedziała, że może to się potoczyć różnie. Zresztą nie ma się co oszukiwać, Geraldine nie była raczej mistrzem negocjacji, jej największym atrybutem podczas takich rozmów była pięść, a w tym wypadku nie do końca mogła z niej korzystać, bo przyszli w celu, który tego nie wymagał. Jutro się będzie tym martwić, nie sądziła jednak, że miała w sobie tyle uroku, żeby wystarczyło zatrzepotanie rzęsami, w jej przypadku to praktycznie nigdy nie działało.
Zatrzymała na moment wzrok na Fenwicku. Przyznał jej rację, nieźle, niedługo piekło zamarznie. Nie skomentowała jednak tego ani słowem, nie mogła jednak ponownie powstrzymać się przed tym, by spojrzeć na niego siniaka. One tak już miały, szczególnie te na twarzy, że jeśli już ktoś je miał to wzrok jakoś tak mimowolnie wędrował w ich kierunku. Cholernie rozpraszały.
- Niby widzę, ale ile właściwie w tym jest sensu? Każdy chyba może dostrzec coś zupełnie innego w tych samych fusach. - Interpretacja zawartości filiżanki zależała od osoby, która na nią spoglądała. Dla jednego fusy mogły układać się w kwiatka, a inny w tym samym obrazie mógł dostrzec jakieś zwierzę. Właśnie dlatego nigdy nie do końca widziała sensu w takich praktykach.
- To chyba czajnik. - Przesunęła filiżankę przed Ambroise'a, aby mógł to potwierdzić, teraz to musiał to potwierdzić, jako małżeństwo powinni mieć podobne zdanie na ten temat, a przynajmniej tak się jej wydawało.
- Że niby potrzebuję dolewki? Chętnie napiłabym się czegoś innego niż herbata, może to o to chodzi. - Tyle, że nie mogła tego zrobić, więc może filiżanka wyczuła, jakimś cudem, że herbata nie była jej wymarzonym trunkiem.
Lekko się skrzywiła, kiedy Ambroise odezwał się do Benjy'ego, bo nie do końca rozumiała o czym mówił. Słowa, które wypowiedział były dla niej trochę jak nieznane zaklęcia. Czekała na jakieś wyjaśnienia.
Odwróciła się nieco na krześle, zdrętwiała jej noga, bo trzymała ją od kilku minut w niezbyt wygodnej pozycji. Wtedy dostrzegła stos książek na parapecie. Kolorowe, pstrokate, bardzo chciały zostać zauważone. Przejechała wzrokiem po ich grzbietach... - O kurwa, nieźle. - Powiedziała właściwie sama do siebie, całkiem zadowolona i wyciągnęła jedną książkę ze stosów. - Patrzcie na to. - Położyła ją na stole, na którym już praktycznie nie było miejsca. Symbole dla początkujących. Nie musieli już korzystać ze swojej wyobraźni, ktoś to dla nich nawet opisał.
Zajrzała do filiżanki męża, skoro postanowił się poświęcić i zaparzyć więcej herbaty. - Masz jakieś kółko z wstążką. Bombka? - Wyglądało jej to ma bombkę, tym razem przesunęła filiżankę w stronę Benjy'ego, żeby to potwierdził.