Gdyby chodziło o kogoś innego, to pewnie nie miałaby problemu z tym, aby zamilknąć, ignorować rzucane w nią słowa. Jednak to był jeden, bardzo wyjątkowy przypadek, kiedy nie umiała chować głowy w piach. Być może przez to, że mieli wspólną przeszłość, przez to, że wydawało jej się, że go zna. Miała do siebie żal, że tak łatwo przyszło jej zaufanie mu, a teraz traktował ją w ten sposób i nie powiedział dlaczego. Nie było żadnego ostrzeżenia, głupiego pożegnania, nie była na to gotowa, więc radziła sobie z tym tak jak umiała - wybrała przemoc, no może słowną, ale na nic innego nie było jej stać.
- Cieszę się, że mamy co do tego jasność. - Uśmiechnęła się fałszywie, złośliwie, nie było w tym ani grama ciepła, po plecach przeszedł jej dreszcz, nie do końca dobrze czuła się z tym, że postępowała w ten sposób, ale została podstawiona pod ścianą. Musiała się bronić, w tym wypadku nie mogło być inaczej.
- Niestety niektórych rzeczy nie jestem w stanie wyrzucić z pamięci, nadal będą ją zaśmiecać. - Powiedziała gorzko, nie chodziło tylko o dni treningów, dało się to wyczuć z tonu jej wypowiedzi. Najgorsze było to, że wiedziała, że nigdy nie zapomni, nie potrafiła zapominać, nawet jeśli bardzo tego chciała. To wszystko będzie do niej wracać, pojawiać się w najmniej spodziewanych momentach, nie była w stanie nic z tym zrobić. Tak byłoby prościej, zakopać wszystko bardzo głęboko, udawać, że się nie wydarzyło, tyle, że te obrazy, które do niej wracały zawsze były wyjątkowo żywe.
Nie wydawało jej się, aby terminy się zmieniły, na pewno by to odnotowała, nie skomentowała jednak tego. Jego słowa znowu ją zraniły. Nie potrzebował sekretarki... proste. Najwyraźniej właśnie za nią ją miał. Zrozumiała, zwłaszcza takiej, miało to w niej wzbudzać złość przez długi czas. Nigdy nie czuła się wystarczająca, przy nim było inaczej, a teraz tak po prostu przyznał to, co większość ludzi, że była taka, w swojej głowie już kolekcjonowała wszystkie epitety jakich mógł użyć do opisania jej osoby, wyjątkowo ją to rozczarowało.
- Dobrze wiedzieć, że w końcu sam potrafisz o siebie zadbać, brawo Ty. - Tak naprawdę nigdy nie potrzebował jej pomocy, sam by sobie doskonale ze wszystkim radził, tylko wydawało jej się, że jako przyjaciółka powinna nieco mu pomagać, dzielić się z nim swoimi notatkami, przypominać o pilnych sprawach, to wydawało się takie zwyczajne, drobne gesty, które świadczyły, że zależy Ci na tym, aby druga osoba czuła, że o nią dbasz. Potraktowane to zostało jako bycie sekretarką, wspaniale, nie tego się spodziewała. Wiedziała jednak, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy postępowała z kimś w ten sposób.
Nie była już Prue, nawet nie Prudence. Została Bletchley, jakby faktycznie była zupełnie obca, może nawet gorzej, bo ton jego głosu brzmiał wyjątkowo ostro. Musiała się przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości, zaakceptować to, bo przeczuwała, że po tej krótkiej, aczkolwiek dosyć konkretnej rozmowie nie będzie już odwrotu. Wybrali drogę, którą mieli podążać i nie miała ona być usłana różami. Nie wiedziała, co ich do tego doprowadziło, jak właściwie doszło do tego, że to wszystko, co kiedyś mieli wymknęło im się z rąk, a była przecież całkiem bystra, tym razem jednak nie umiała znaleźć wytłumaczenia.
- Nie potrzebuję Twojej aprobaty. - Dodała jeszcze, bo nie chciała pozwolić mu mieć ostatniego słowa. Przeniosła wzrok na te cholerne drzwi, nadal ani drgnęły, coś jej mówiło, że jeśli tak dalej pójdzie to w ogóle ich nie przekroczy tego dnia, była naprawdę bliska odwrócenia się na pięcie, tylko, że teraz było już na to nieco za późno.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control