14.11.2025, 22:05 ✶
Jakże miała się jego Marzanna? Spalona, ale wciąż żywa, utopiona, a jednak wywleczona na suchy brzeg. Czarowała go, sunąc odbarwionymi palcami wzdłuż linii znaczących dłoń Alexandra. Nie ryła już paznokciami po skórze, jak gdyby rozdzielała łodyżki wiszących pod powałą ziół. Badała ostrożnie, gdy opowiadał, pozwalając się czarować. Opuszkami palców podążała wzdłuż zakrętów ścieżek, jakie wytyczył na jego dłoni los, ciekawa, gdzie ją zaprowadzą. "Gdzie więc szedł ten człowiek?, pytała. Gdzie dziś idą kroki, jeśli nie do lasu. Tu u mnie nie ma nic innego niż las. Jestem ja. Jest las. Nie pachniała już popiołem. Pachniała jak wiatr, a może jak ziemia po deszczu. Pachniała lasem. Patrzył w jej przekrwione, podkrążone od niewyspania oczy. Patrzył z fascynacją, jak próbuje dopasować jego linię życia do swej własnej, a potem splata ich palce ze sobą, jak gdyby była usatysfakcjonowana odnalezionym dopasowaniem.
"Wędrujemy po krosnach. Dziewica to prządka, dziewicza jest materia, z której przędzie nici. Matka odbiera od niej wrzeciono i tka, tka materię świata, splata nasze nici, podczas gdy starucha chodzi dookoła i przecina te, dla których nie ma już miejsca w kolejnych splotach."
A więc była religijna. Z liturgii wywiodła podstawy aparatu pojęciowego, jakim się posługiwała, przedstawiając mu swoje racje. Alexander w bogów jako takich nie wierzył, nie wyśmiewał jednak ludzkiej potrzeby objaśniania praw rządzących światem za pomocą paraboli. Sam wsłuchiwał się przecież w opowieści starszyzny, badał symbole, interpretował znaki. W swoich poszukiwaniach dbał o posługiwanie się językiem możliwie precyzyjnym, ale język ten rzadko cechowała odpowiednia wymowa. Nie miał takiej mocy przekonywania, jak język tych, którzy o wiedzy mówili jak o wierze.
Klątwa, jedna z tych, którą wypuścił na świat jego Mistrz, poczyniła szkody w jej domu. Ale Helloise wierzyła, że jest czymś więcej niż manifestacją zwykłej, ludzkiej nienawiści. Na fundamencie klątwy zbudowała bowiem ołtarz ku czci swej bogini. Alexander nie wiedział, czy była nią Matka, czy może sama Knieja. Być może to było dla niej jedno i to samo. Wiedział jednak, że Helloise mu pomogła. Zamierzał jej się odwdzięczyć tym samym. Jasne, że mógłby jej opowiadać dalej o liniach pieśni, o ścieżkach snów. O tym, że na ich podstawie wytyczano mapy nieba, nazywano konstelacje. Mógł opowiedzieć jej o liniach Nazca, usypanych na wysokich wyżynach Peru. O geoglifach na południu Anglii, wyobrażających ludzi i zwierzęta. O lung mei, zwanych "łzami smoków", które znajomy antropolog badał w Chinach. Miał przeczucie, że spodobałyby się Helloise, biorąc pod uwagę, że trzymała w chacie coś, co wyglądało jak czaszka smoka. Mógłby jej powiedzieć, że nie jest pierwszą, która próbuje odkryć wzór, wedle którego zbudowano wszechświat. Pocieszyć, że nie jest jedyną. Potem, zdecydował jednak, przypatrując się w skupieniu wykrzywionej przejęciem twarzy Helloise, która zasypała go pytaniami.
A potem wciągnęła go w swą pajęczynę.
Pośród lepkie nici myśli rozpiętych na osnowie obsesji. Nasączonej laudanum, a może desperacją. Pozwoliła mu się rozgościć w swojej głowie. Alexander zaglądał tam ostrożnie, przewidując kroki, które widział w zwojach jej pamięci. Na początku poczuł się przytłoczony wrażeniami. Potem zrozumiał, że właśnie dla takich chwil żył. Przestudiował pobieżnie widmowe ślady na podłodze, ale wolał łapać rytm Helloise. Kroczyć pulsującą tym samym rytmem ścieżką jej intencji, nie zaś podążać za klątwą. Poddał się więc rytmowi jej oddechów, biegowi jej myśli.
– Nie czujesz tego? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Każdy krok obsypany jest popiołem. Popiół w twych włosach. Klątwy świszczące wokół głowy. Krew na rękach i na języku. Śmierć, wszędzie śmierć. Wszystkie kroczą wraz z tobą. Śmierć. Przemoc. Ogień. Ogień. Gubisz krok. Potykasz się o czyjeś ciało, dławisz popiołem. A potem znów rzucasz się w ciemność nocy. – Przyciagnął ją do siebie bliżej, zmuszony do zmiany narzuconego rytmu, przeniesienia ciężaru na drugą nogę, gdy widmowe kroki na podłodze nagle zmieniły swój kierunek. – Dałaś mi posmakować swojej nocy, a ja pokrwawiłem cię swoją. Wraz z płomieniami odtańcowujemy jej taniec na linii ognia. Na ruinach. Możemy odtwarzać kroki tego samego tańca wzdłuż wytyczonych przez ciebie linii, bo współdzielimy to samo doświadczenie. To są właśnie linie pieśni. Możemy na nich tańczyć, bo jesteśmy częścią pieśni, która jest w nich zapisana. My... – urwał, biorąc wdech, gdy krok przyspieszył. – ...My już to wszystko przeżyliśmy. Wystarczy, że się wsłuchasz. Czy ta pieśń przypomina ci psalm? Jest plugawa. Gniewna. Gwałtowna. Nie słyszysz tego? Nie szuka odkupienia. Nie chce naprawiać, tylko niszczyć. Twój dom. Twój las. Ciebie. – Zrozumiał, że gościła jednego ze Śmierciożerców w swym domu. "Zostawił u mnie część swojego życia." Omiótł przelotnym spojrzeniem plamę krwi wsiąkłej w podłogę. Nie skrzywdził Helloise, bo potrzebował pomocy... A jednak zostawił za sobą klątwę. Głupiec. Przecież nie była im wrogiem, pomyślał obracając gwałtownie kobietą. Czy całe życie musiał użerać się z głupcami? – Pieśń ta nie ma żadnej puenty. Nie ma celu. Jedynym jej celem jest przemarszem ciężkich butów ustanowić dyktaturę strachu. – Głos jego nie był głośniejszy od szeptu. – Dyktaturę Śmierciożerców.
Klątwa nałożona na chatę Helloise niewiele różniła się od tej, którą Alexander nałożył na kamienicę swojego kuzyna. A jednak, zamiast odcisków dłoni na ścianach, zostawiała po sobie widmowe ślady kroków na podłodze. Kroki, które odtwarzali na podłodze chaty Helloise były krokami Śmierciożerców. Zapisem ludzkiej desperacji, strachu dławiącego wszystkich tych, którzy przed nimi uciekali. Skupieniem złej woli, nienawiści i gniewu. Wchodziły do domów po szczątkach wyrwanych z zawiasów drzwi. Po chrzęszczących pod ciężkimi butami odłamkach szkła, które sypały się z wybitych okien. Wchodziły do środka, żeby nieść śmierć. Mordowały, podpalały... Alexander zamrugał kilka razy, przypominając sobie o przepowiedni, która zaległa mu tamtej nocy popiołem pod powiekami. Mimowolnie przejął prowadzenie w tańcu. Poprawił uścisk nie chcąc, aby Helloise nagle rozplotła ich złączone palce. Wiedziała, kim jest, i skąd przychodzi, a jednak...
– Naprawdę myślisz, że te kroki pochodzą od twojej bogini? Czy to właśnie widzisz, gdy wznosisz ku niej rozmodlone pieśni? Dziewczynę, której ktoś gwałtem zabrał niewinność. Zanoszacą się szlochem matkę, której zamordowano dziecko. Zapomnianą staruszkę, która spłonęła we własnym domu. Co z twoim domem, Helloise? Czemu bogini miałaby skazywać na zgryzotę wygnania ciebie, która służysz jej tak wiernie. Czemu mnie, grzesznika, nagradza. Pozwala mi oglądać sploty gobelinów na swych ścianach, a ciebie pozbawia domu. Nie widzisz tego? – spytał chryplawym szeptem. Mógłby wyjaśnić to wszystko prościej, ale okrutnym marnotrawstwem byłoby zburzyć podstawy jej światopoglądu. Wyrwać z ruin zniszczonych iluzji, nie dając w zamian narzędzi, którymi mogłaby odbudować się na nowo. Tańczysz ze mną pośród ruin, Helloise. Może dlatego chciał, aby sama do tego doszła. Po nitce do kłębka. Miała możliwości intelektualne i wystarczające zasoby wiedzy, aby zrozumieć. Wszystko zależało od tego, czy zdecyduje się z nich skorzystać. – Zalegają tu odchody. Wnętrzem zawładnęły dzikie zwierzęta. Śmierdzi, jak gdyby coś zdechło. Klątwa przenika dom zimnem. Hula tu wiatr, na podłodze stoją kałuże. Helloise... – wyszeptał, owionąwszy ciężkim oddechem jej ucho. Wydawało mu się, że zaczęła drżeć. – Chcesz mój płaszcz?
"Wędrujemy po krosnach. Dziewica to prządka, dziewicza jest materia, z której przędzie nici. Matka odbiera od niej wrzeciono i tka, tka materię świata, splata nasze nici, podczas gdy starucha chodzi dookoła i przecina te, dla których nie ma już miejsca w kolejnych splotach."
A więc była religijna. Z liturgii wywiodła podstawy aparatu pojęciowego, jakim się posługiwała, przedstawiając mu swoje racje. Alexander w bogów jako takich nie wierzył, nie wyśmiewał jednak ludzkiej potrzeby objaśniania praw rządzących światem za pomocą paraboli. Sam wsłuchiwał się przecież w opowieści starszyzny, badał symbole, interpretował znaki. W swoich poszukiwaniach dbał o posługiwanie się językiem możliwie precyzyjnym, ale język ten rzadko cechowała odpowiednia wymowa. Nie miał takiej mocy przekonywania, jak język tych, którzy o wiedzy mówili jak o wierze.
Klątwa, jedna z tych, którą wypuścił na świat jego Mistrz, poczyniła szkody w jej domu. Ale Helloise wierzyła, że jest czymś więcej niż manifestacją zwykłej, ludzkiej nienawiści. Na fundamencie klątwy zbudowała bowiem ołtarz ku czci swej bogini. Alexander nie wiedział, czy była nią Matka, czy może sama Knieja. Być może to było dla niej jedno i to samo. Wiedział jednak, że Helloise mu pomogła. Zamierzał jej się odwdzięczyć tym samym. Jasne, że mógłby jej opowiadać dalej o liniach pieśni, o ścieżkach snów. O tym, że na ich podstawie wytyczano mapy nieba, nazywano konstelacje. Mógł opowiedzieć jej o liniach Nazca, usypanych na wysokich wyżynach Peru. O geoglifach na południu Anglii, wyobrażających ludzi i zwierzęta. O lung mei, zwanych "łzami smoków", które znajomy antropolog badał w Chinach. Miał przeczucie, że spodobałyby się Helloise, biorąc pod uwagę, że trzymała w chacie coś, co wyglądało jak czaszka smoka. Mógłby jej powiedzieć, że nie jest pierwszą, która próbuje odkryć wzór, wedle którego zbudowano wszechświat. Pocieszyć, że nie jest jedyną. Potem, zdecydował jednak, przypatrując się w skupieniu wykrzywionej przejęciem twarzy Helloise, która zasypała go pytaniami.
A potem wciągnęła go w swą pajęczynę.
Pośród lepkie nici myśli rozpiętych na osnowie obsesji. Nasączonej laudanum, a może desperacją. Pozwoliła mu się rozgościć w swojej głowie. Alexander zaglądał tam ostrożnie, przewidując kroki, które widział w zwojach jej pamięci. Na początku poczuł się przytłoczony wrażeniami. Potem zrozumiał, że właśnie dla takich chwil żył. Przestudiował pobieżnie widmowe ślady na podłodze, ale wolał łapać rytm Helloise. Kroczyć pulsującą tym samym rytmem ścieżką jej intencji, nie zaś podążać za klątwą. Poddał się więc rytmowi jej oddechów, biegowi jej myśli.
– Nie czujesz tego? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Każdy krok obsypany jest popiołem. Popiół w twych włosach. Klątwy świszczące wokół głowy. Krew na rękach i na języku. Śmierć, wszędzie śmierć. Wszystkie kroczą wraz z tobą. Śmierć. Przemoc. Ogień. Ogień. Gubisz krok. Potykasz się o czyjeś ciało, dławisz popiołem. A potem znów rzucasz się w ciemność nocy. – Przyciagnął ją do siebie bliżej, zmuszony do zmiany narzuconego rytmu, przeniesienia ciężaru na drugą nogę, gdy widmowe kroki na podłodze nagle zmieniły swój kierunek. – Dałaś mi posmakować swojej nocy, a ja pokrwawiłem cię swoją. Wraz z płomieniami odtańcowujemy jej taniec na linii ognia. Na ruinach. Możemy odtwarzać kroki tego samego tańca wzdłuż wytyczonych przez ciebie linii, bo współdzielimy to samo doświadczenie. To są właśnie linie pieśni. Możemy na nich tańczyć, bo jesteśmy częścią pieśni, która jest w nich zapisana. My... – urwał, biorąc wdech, gdy krok przyspieszył. – ...My już to wszystko przeżyliśmy. Wystarczy, że się wsłuchasz. Czy ta pieśń przypomina ci psalm? Jest plugawa. Gniewna. Gwałtowna. Nie słyszysz tego? Nie szuka odkupienia. Nie chce naprawiać, tylko niszczyć. Twój dom. Twój las. Ciebie. – Zrozumiał, że gościła jednego ze Śmierciożerców w swym domu. "Zostawił u mnie część swojego życia." Omiótł przelotnym spojrzeniem plamę krwi wsiąkłej w podłogę. Nie skrzywdził Helloise, bo potrzebował pomocy... A jednak zostawił za sobą klątwę. Głupiec. Przecież nie była im wrogiem, pomyślał obracając gwałtownie kobietą. Czy całe życie musiał użerać się z głupcami? – Pieśń ta nie ma żadnej puenty. Nie ma celu. Jedynym jej celem jest przemarszem ciężkich butów ustanowić dyktaturę strachu. – Głos jego nie był głośniejszy od szeptu. – Dyktaturę Śmierciożerców.
Klątwa nałożona na chatę Helloise niewiele różniła się od tej, którą Alexander nałożył na kamienicę swojego kuzyna. A jednak, zamiast odcisków dłoni na ścianach, zostawiała po sobie widmowe ślady kroków na podłodze. Kroki, które odtwarzali na podłodze chaty Helloise były krokami Śmierciożerców. Zapisem ludzkiej desperacji, strachu dławiącego wszystkich tych, którzy przed nimi uciekali. Skupieniem złej woli, nienawiści i gniewu. Wchodziły do domów po szczątkach wyrwanych z zawiasów drzwi. Po chrzęszczących pod ciężkimi butami odłamkach szkła, które sypały się z wybitych okien. Wchodziły do środka, żeby nieść śmierć. Mordowały, podpalały... Alexander zamrugał kilka razy, przypominając sobie o przepowiedni, która zaległa mu tamtej nocy popiołem pod powiekami. Mimowolnie przejął prowadzenie w tańcu. Poprawił uścisk nie chcąc, aby Helloise nagle rozplotła ich złączone palce. Wiedziała, kim jest, i skąd przychodzi, a jednak...
– Naprawdę myślisz, że te kroki pochodzą od twojej bogini? Czy to właśnie widzisz, gdy wznosisz ku niej rozmodlone pieśni? Dziewczynę, której ktoś gwałtem zabrał niewinność. Zanoszacą się szlochem matkę, której zamordowano dziecko. Zapomnianą staruszkę, która spłonęła we własnym domu. Co z twoim domem, Helloise? Czemu bogini miałaby skazywać na zgryzotę wygnania ciebie, która służysz jej tak wiernie. Czemu mnie, grzesznika, nagradza. Pozwala mi oglądać sploty gobelinów na swych ścianach, a ciebie pozbawia domu. Nie widzisz tego? – spytał chryplawym szeptem. Mógłby wyjaśnić to wszystko prościej, ale okrutnym marnotrawstwem byłoby zburzyć podstawy jej światopoglądu. Wyrwać z ruin zniszczonych iluzji, nie dając w zamian narzędzi, którymi mogłaby odbudować się na nowo. Tańczysz ze mną pośród ruin, Helloise. Może dlatego chciał, aby sama do tego doszła. Po nitce do kłębka. Miała możliwości intelektualne i wystarczające zasoby wiedzy, aby zrozumieć. Wszystko zależało od tego, czy zdecyduje się z nich skorzystać. – Zalegają tu odchody. Wnętrzem zawładnęły dzikie zwierzęta. Śmierdzi, jak gdyby coś zdechło. Klątwa przenika dom zimnem. Hula tu wiatr, na podłodze stoją kałuże. Helloise... – wyszeptał, owionąwszy ciężkim oddechem jej ucho. Wydawało mu się, że zaczęła drżeć. – Chcesz mój płaszcz?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat