15.11.2025, 00:25 ✶
— Taa… No, rozumiem. Najważniejsze, że się dopełniacie, tam gdzie to najważniejsze — podsumował z lekkim uśmiechem. Chrząknął znacząco. — Uprzejmie jednak muszę ostrzec... Jesteś moim przyjacielem, ale Prue to dalej moja siostra. Więc ten... Bądź dla niej dobry. A nawet lepszy. Najlepszy.
Pogroził mu palcem, co samo w sobie musiało wyglądać nieco komicznie, biorąc pod uwagę dzielącą ich różnicę wzrostu. Wewnątrz zaś starał się nie myśleć o tym, w jaki sposób jego siostrze jak do tej pory udało się ''stłamsić'' Benjy'ego. Naprawdę wolałby nie znać szczegółów. Z chęcią dowiedziałby się, co okazało się kamieniem milowym w ich relacji, ale nie musiał wiedzieć wszystkiego. Bądź co bądź, oboje byli dla niego bardzo ważni, ale na Merlina, pewne kwestie powinny pozostać tajemnicą.
— Tato, nie żebym chciał jakoś szczególnie bronić szkodnika, ale ta mysz raczej nie była świadoma tego, że nie należy do tego waszego elitarnego grona specjalistów — zażartował Eliasz, opierając podbródek na dłoni. Po chwili jego uśmiech nieco przygasł. — Z drugiej strony, może właśnie uważała się za takiego speca. I dlatego właśnie wzięła na warsztat to... Tomiszcze.
Z góry założył, że publikacja nie była zwykłą ulotką. Zjawisko diagnostyki pourazowej nie brzmiało jak coś, czego opis lub omówienie można było zamknąć na przestrzeni krótkiego artykułu w specjalistycznym piśmie. Merlin mi świadkiem, pewnie byś nawet tego nie zaakceptował w takiej formie, skomentował bezgłośnie, mając wrażenie, że ojciec, gdyby tylko mógł, to zaopatrzyłby się w jak najbardziej rozszerzoną wersję tego dzieła.
Takie, które nie tylko wyczerpywałoby temat badań, ale też przy okazji było w stanie zabić człowieka, gdyby spadło mu na głowę. Chłopak zmarszczył czoło na wzmiankę o kocie i zerknął kontrolnie na siostrę, jakby ta wiedziała, o co chodziło ojcu. Żartował? A może chciał w ten dwuznaczny sposób zasugerować, że sam zapolował na mysz? Wzdrygnął się na myśl o tym ostatnim.
— Dokładnie. Gdybym mógł wzniósłbym za to toast — mruknął na komentarz Prudence o medycynie.
Te słowa sprawiły też, że zaczął jej się przyglądać nieco uważniej. Zaskoczyła go. I to całkiem pozytywnie. Jakby znaleźli się po tej samej stronie barykady. Bądź co bądź, sam Eliasz uważał, że znacznie odbiegał od reszty rodziny. Matka farmaceutka, ojciec medyk, siostra w prosektorium, a on? Albo w szkicach albo w szkle i witrażach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że rodzice mieli wobec niego zupełnie inne nadzieje. Nadzieje, których na tym etapie życia nie był w stanie już spełnić. Przez całą wymianę zdań między ojcem a Benjym, Eliasz nie odwracał wzroku od siostry.
— Mhmm — mruknął Eliasz, słysząc polecenie ojca. Dopiero wówczas ściągnął z siostry ciężar swojego spojrzenia.
Zamiast jednak podnieść swoje szanowne cztery litery, wyciągnął różdżkę i wycelował nią w jedno z okien, aby otworzyć je mniej więcej do połowy. Po chwili w jadalni rozgościła się przyjemna fala chłodnego powietrza z zewnątrz, która owiała ich twarze.
— A więc... Zaklęcia oczyszczające, tak? — dorzucił od siebie, chowając różdżkę do kieszeni. — Merlin mi świadkiem, że pracy to ci raczej nie zabraknie w najbliższym czasie. Po tych pożarach rynek dosłownie płonie. I nie chodzi nawet o małe zlecenia. Wczoraj robiłem w posiadłości Shafiqów w Little Hangleton. Wymiana wszystkich okien. Kompletna masakra. Nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy zaczęli też inwestować w usługi klątwołamaczy.
Pogroził mu palcem, co samo w sobie musiało wyglądać nieco komicznie, biorąc pod uwagę dzielącą ich różnicę wzrostu. Wewnątrz zaś starał się nie myśleć o tym, w jaki sposób jego siostrze jak do tej pory udało się ''stłamsić'' Benjy'ego. Naprawdę wolałby nie znać szczegółów. Z chęcią dowiedziałby się, co okazało się kamieniem milowym w ich relacji, ale nie musiał wiedzieć wszystkiego. Bądź co bądź, oboje byli dla niego bardzo ważni, ale na Merlina, pewne kwestie powinny pozostać tajemnicą.
— Tato, nie żebym chciał jakoś szczególnie bronić szkodnika, ale ta mysz raczej nie była świadoma tego, że nie należy do tego waszego elitarnego grona specjalistów — zażartował Eliasz, opierając podbródek na dłoni. Po chwili jego uśmiech nieco przygasł. — Z drugiej strony, może właśnie uważała się za takiego speca. I dlatego właśnie wzięła na warsztat to... Tomiszcze.
Z góry założył, że publikacja nie była zwykłą ulotką. Zjawisko diagnostyki pourazowej nie brzmiało jak coś, czego opis lub omówienie można było zamknąć na przestrzeni krótkiego artykułu w specjalistycznym piśmie. Merlin mi świadkiem, pewnie byś nawet tego nie zaakceptował w takiej formie, skomentował bezgłośnie, mając wrażenie, że ojciec, gdyby tylko mógł, to zaopatrzyłby się w jak najbardziej rozszerzoną wersję tego dzieła.
Takie, które nie tylko wyczerpywałoby temat badań, ale też przy okazji było w stanie zabić człowieka, gdyby spadło mu na głowę. Chłopak zmarszczył czoło na wzmiankę o kocie i zerknął kontrolnie na siostrę, jakby ta wiedziała, o co chodziło ojcu. Żartował? A może chciał w ten dwuznaczny sposób zasugerować, że sam zapolował na mysz? Wzdrygnął się na myśl o tym ostatnim.
— Dokładnie. Gdybym mógł wzniósłbym za to toast — mruknął na komentarz Prudence o medycynie.
Te słowa sprawiły też, że zaczął jej się przyglądać nieco uważniej. Zaskoczyła go. I to całkiem pozytywnie. Jakby znaleźli się po tej samej stronie barykady. Bądź co bądź, sam Eliasz uważał, że znacznie odbiegał od reszty rodziny. Matka farmaceutka, ojciec medyk, siostra w prosektorium, a on? Albo w szkicach albo w szkle i witrażach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że rodzice mieli wobec niego zupełnie inne nadzieje. Nadzieje, których na tym etapie życia nie był w stanie już spełnić. Przez całą wymianę zdań między ojcem a Benjym, Eliasz nie odwracał wzroku od siostry.
— Mhmm — mruknął Eliasz, słysząc polecenie ojca. Dopiero wówczas ściągnął z siostry ciężar swojego spojrzenia.
Zamiast jednak podnieść swoje szanowne cztery litery, wyciągnął różdżkę i wycelował nią w jedno z okien, aby otworzyć je mniej więcej do połowy. Po chwili w jadalni rozgościła się przyjemna fala chłodnego powietrza z zewnątrz, która owiała ich twarze.
— A więc... Zaklęcia oczyszczające, tak? — dorzucił od siebie, chowając różdżkę do kieszeni. — Merlin mi świadkiem, że pracy to ci raczej nie zabraknie w najbliższym czasie. Po tych pożarach rynek dosłownie płonie. I nie chodzi nawet o małe zlecenia. Wczoraj robiłem w posiadłości Shafiqów w Little Hangleton. Wymiana wszystkich okien. Kompletna masakra. Nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy zaczęli też inwestować w usługi klątwołamaczy.