24.02.2023, 15:47 ✶
Salem był niesłychanie sprytny. Dla każdego obserwującego mogłoby się wydawać, że martwił się o Theodore’a, chciał zorientować, jakie miał problemy, by jak najlepiej mu pomóc. Dla przypadkowych klientów wciąż był tylko czujnym i uprzejmym pracownikiem kawiarni. Lovegood nie dał się nabrać. Widział prawdę przez tą starannie utkaną iluzję. Był w stanie dotrzeć to tego, co kryło się za każdym jego słowem.
Kazał mu nie opuszczać Nory, póki ktoś jeszcze nie przyjdzie. Oczywiście – chciał poczekać na swoich kumpli animagów, by się poradzić, co z nim zrobić. Jak i gdzie zakończyć życie aktora, który wiedział za dużo.
Chciał wiedzieć więcej o jego rodzinie. Ich też chciał ukatrupić. Nie mógł pozwolić im żyć, bo jeszcze zaczęliby zadawać pytania i dotarliby do prawdy, którą Theodor poznał. Spiskowcy byli bez serca, z taką nonszalancją w głosie planować zabójstwo małych dzieci, dla Lovegooda było to nie do wyobrażenia.
No i na sam koniec Salem powiedział, że wszystkie problemy jego klienta wkrótce się skończą. Pewnie, w trumnie nikt nie ma żadnych kłopotów. Z chwilą śmierci pozbywamy się ich raz na zawsze. To właśnie rude stworzenie chciało mu przekazać, nie miał co do tego wątpliwości. Otwarcie mówił mu, że wkrótce zginie, jakby to było nic wielkiego.
Dla Theodore’a było to zbyt dużo. Nie był w stanie wytrzymać kolejnej groźby. Stres i strach, który gęstniał w jego głowie od początku tej rozmowy, w końcu osiągnęły punkt krytyczny i musiały znaleźć gdzieś ujście. Mimo swoich nieprzeciętnych aktorskich umiejętności nie był w stanie ich dłużej ukrywać wewnątrz siebie. Chłopak uniósł ręce wysoko do góry i zaczął krzyczeć tak, jak małe dziecko, któremu wydaje się, że zauważyło potwora na końcu ciemnego korytarza. Tyle że zamiast wpatrywać się w ciemność, Theodore z przestrachem wpatrywał się w kocie ślepia.
Podniósł się nagle i rzucił się w kierunku drzwi, jęcząc przy tym tak, jakby za plecami miał stado śmierciożerców. Nie obchodziło go to, kto go widział oraz co ludzie sobie o nim pomyśleli. Był zbyt spanikowany. Przez ogromne nerwy miał duże problemy, by otworzyć drzwi. Szarpał się z nimi przez kilka sekund, nim udało mu się obrócić klamkę do końca. Wybiegł z kawiarni, po czym ruszył biegiem przez Pokątną z rękoma uniesionymi w górze i krzycząc jak wariat. Dopiero dużo, dużo dalej, po upewnieniu się, że nikt go nie gonił, zatrzymał się szczęśliwy, że jakimś cudem ocalił swoje życie.
Kazał mu nie opuszczać Nory, póki ktoś jeszcze nie przyjdzie. Oczywiście – chciał poczekać na swoich kumpli animagów, by się poradzić, co z nim zrobić. Jak i gdzie zakończyć życie aktora, który wiedział za dużo.
Chciał wiedzieć więcej o jego rodzinie. Ich też chciał ukatrupić. Nie mógł pozwolić im żyć, bo jeszcze zaczęliby zadawać pytania i dotarliby do prawdy, którą Theodor poznał. Spiskowcy byli bez serca, z taką nonszalancją w głosie planować zabójstwo małych dzieci, dla Lovegooda było to nie do wyobrażenia.
No i na sam koniec Salem powiedział, że wszystkie problemy jego klienta wkrótce się skończą. Pewnie, w trumnie nikt nie ma żadnych kłopotów. Z chwilą śmierci pozbywamy się ich raz na zawsze. To właśnie rude stworzenie chciało mu przekazać, nie miał co do tego wątpliwości. Otwarcie mówił mu, że wkrótce zginie, jakby to było nic wielkiego.
Dla Theodore’a było to zbyt dużo. Nie był w stanie wytrzymać kolejnej groźby. Stres i strach, który gęstniał w jego głowie od początku tej rozmowy, w końcu osiągnęły punkt krytyczny i musiały znaleźć gdzieś ujście. Mimo swoich nieprzeciętnych aktorskich umiejętności nie był w stanie ich dłużej ukrywać wewnątrz siebie. Chłopak uniósł ręce wysoko do góry i zaczął krzyczeć tak, jak małe dziecko, któremu wydaje się, że zauważyło potwora na końcu ciemnego korytarza. Tyle że zamiast wpatrywać się w ciemność, Theodore z przestrachem wpatrywał się w kocie ślepia.
Podniósł się nagle i rzucił się w kierunku drzwi, jęcząc przy tym tak, jakby za plecami miał stado śmierciożerców. Nie obchodziło go to, kto go widział oraz co ludzie sobie o nim pomyśleli. Był zbyt spanikowany. Przez ogromne nerwy miał duże problemy, by otworzyć drzwi. Szarpał się z nimi przez kilka sekund, nim udało mu się obrócić klamkę do końca. Wybiegł z kawiarni, po czym ruszył biegiem przez Pokątną z rękoma uniesionymi w górze i krzycząc jak wariat. Dopiero dużo, dużo dalej, po upewnieniu się, że nikt go nie gonił, zatrzymał się szczęśliwy, że jakimś cudem ocalił swoje życie.