16.11.2025, 12:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2025, 12:07 przez Lorraine Malfoy.)
– Gwiazdy są odległe – zauważyła ostrożnie Lorraine. Wyglądało to tak, jak gdyby rozważała, jak odnieść się do słów Oleandra. Chciała przynieść mu pociechę, nie odrzucając go przy tym, ale jednocześnie pragnęła pokierować jego myśleniem na nieco inny tor. Tor, jakim powinna biec ich relacja po tych wszystkich latach. Nie bez czaru właściwego poezji, ale bez złudzeń cechujących niewydarzonych kochanków. Lorraine najzwyczajniej w świecie była to Oleandrowi winna. Nie zabraniała mu widzieć siebie jako niedosięgłej gwiazdy, nie zabraniała mu nazywać siebie niszczącym słońcem, dbając o to przede wszystkim, aby nadać grawitację temu, co ich łączyło. Tak teraz, jak i w przeszłości. W końcu patrząc w gwiazdy, wiedziało się odbicie przeszłości. Obserwując te oddalone od ziemi o miliardy lat świetlnych, widziało się światło pochodzące z czasów, gdy gwiazdy były jeszcze młodymi. Może dlatego właśnie ją pokochał. Ale Lorraine wolała się nad tym zbyt długo nie zastanawiać. – Gwiazdy są odległe, a tak wiele sprośród nich jest martwych. A ja jestem tutaj. I jestem żywa. – Chociaż ręce miała jak zawsze zimne, jak gdyby krew nie mogła dotrzeć upośledzonym krążeniem do długich palców. Wyciągnęła przecież rękę w stronę chłopca tylko po to, aby móc go pogłaskać delikatnie po włosach, zanurzyć je między połyskliwe kędziory, które zawsze były tak rozkosznie miękkimi w dotyku.
– "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Wszystko przetrzyma". – Być może byłoby to coś, co powiedziałby mu Baldwin, od którego zresztą nauczyła się tego wiersza. Przypuszczała, że poczyniłby to tonem kpiącym, bo przecież Oleander gotów byłby wykpić podobne mądrości, gdyby padły z ust Baldwina. Nie był jednak ku temu tak ochoczo skłonny, gdy padały z ust Lorraine, czego półwila pozostawała świadomą. Wykorzystywała tę świadomość dosyć bezwstydnie, mówiąc to, na co miała akurat ochotę, nie poddając słów swych przesadnej autocenzurze.
Oczywiście, że prościej było kochać gwiazdy, zachwycać się witrażami, poddawać zapomnieniu, jakie dawała cielesność. Przecież sama to robiła. Nie nazywała tego jednak miłością. Miłość nie była uczuciem, przelotnym wrażeniem, impresją. Miłość była świadomym aktem woli, postawą, wymagającą pracy i wysiłku. Nie, serce nie było sługą, nawet dla chłopca, który całe życie wydawał polecenia. Sługą musiał być chłopiec, a służyć, znaczyło coś więcej niż padać przed kimś na kolana. Inaczej szczerość kongregacji można byłoby zmierzyć porównując odciski klęczników na kolanach wiernych.
Ojciec Lorraine był wielkim poetą, który potrafił jednym sonetem wzbudzić w człowieku uczucie. Baldwinowi wystarczyła ku temu hipnoza, jak nie urok osobisty. Sama Lorraine, jako półwila, jednym ruchem, gestem, spojrzeniem jedynie, mogła wymusić na kimś posłuszeństwo.
Nic z tego nie było miłością.
Miłością był czas, poświęcona uwaga, czułość, ale i ugruntowanie czynem, szczerość, tak w dawaniu, jak i braniu. Miłością nie było samo to, że Oleander złożył głowę na jej kolanach, ale to, że opowiadał jej przy tym o swoim życiu, o tym, co go trapi. Miłością nie było to tylko, że odwzajemniła jego gest, lecz schowała swój krytyczny osąd, dając mu czułość, kiedy czułości potrzebował. Teraz pytał ją o zdanie, potrzebował więc szczerości, którą również zamierzała mu dać.
– Naturalne, nienaturalne. Prawdziwe, nieprawdziwe. – Lorraine wzruszyła ramionami, jak gdyby przemyślenia te zdały jej się zwyczajnie miałkimi. Jak gdyby wszystkie te wykluczające się ze sobą pojęcia mogły w jej świecie współistnieć, a wręcz wcale się nie wykluczać. – Nie ma na to odpowiedzi. Miłość jest nam przyrodzona. Miłość jest instynktem, za którym podąża każdy z nas. Jakże podnieślibyśmy się z kolebki maleńkości jako cywilizacja, gdyby nie miłość. Coś nakazywało nam leczyć chorych, pielęgnować rannych, dbać o dzieci i starców. Walczyć, chociaż walka nie miała sensu. Sensem było przeżyć jeszcze jeden dzień. – Przez jej twarz przebiegł cień, w którym Oleander mógłby rozpoznać mrok Podziemnych Ścieżek, gdyby kiedykolwiek zapuścił się w ich głębię. Wspomnienie nocy, po której już nie miał nadejść dzień, a jednak nadszedł: tak i na twarzy Lorraine, która wypogodziła się na myśl o świetle, jakie dała im wówczas latarnia Baldwina. – A jednocześnie miłość jest wyborem. Świadomym, podejmowanym raz za razem, z pełną premedytacją tego czynu. Czy w naturze matki nie leży kochać dziecko, które powije? Czy nie leży to w naturze ojca? Czemu więc tak wiele porzuconych dzieci mieszka w londyńskich sierocińcach, odtrącone przez rodziców, którzy powinni kochać je bezgranicznie. – Ustała pieszczota Lorraine, nawet usta zacisnęła, jak zawsze, gdy była absolutnie poważna. – Miłość to wybór. A ty zasłaniasz się wyborami innych, bo się boisz. Absurdem i hipokryzją jest obarczać kogoś ciężarem swej wzajemności. Gdyby mój drogi kuzyn nie był ci przychylny, to byś nie kochał? – W jej słowach nie było pogardy. Raczej... Rozczarowanie. – Ty chciałbyś, żeby wszyscy cię kochali. Chcesz mieć na własność miłość wszystkich, którzy na ciebie patrzą. Co jest warta taka miłość? Być kochanym przez wszystkich to jak być kochanym przez nikogo. Chcesz mieć wszystko, ale nie można mieć wszystkiego. Trzeba wybrać. To najtrudniejszy wybór, przed jakim stajemy w życiu. A jednak... Gdy kochasz prawdziwie, wybór nie jest trudnym. Nie tak naprawdę.
Lorraine umilkła.
– Wiem, że chodzi o Desmonda – odezwała się po dłuższej chwili. – Jego obraz wisi w hallu.
– "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Wszystko przetrzyma". – Być może byłoby to coś, co powiedziałby mu Baldwin, od którego zresztą nauczyła się tego wiersza. Przypuszczała, że poczyniłby to tonem kpiącym, bo przecież Oleander gotów byłby wykpić podobne mądrości, gdyby padły z ust Baldwina. Nie był jednak ku temu tak ochoczo skłonny, gdy padały z ust Lorraine, czego półwila pozostawała świadomą. Wykorzystywała tę świadomość dosyć bezwstydnie, mówiąc to, na co miała akurat ochotę, nie poddając słów swych przesadnej autocenzurze.
Oczywiście, że prościej było kochać gwiazdy, zachwycać się witrażami, poddawać zapomnieniu, jakie dawała cielesność. Przecież sama to robiła. Nie nazywała tego jednak miłością. Miłość nie była uczuciem, przelotnym wrażeniem, impresją. Miłość była świadomym aktem woli, postawą, wymagającą pracy i wysiłku. Nie, serce nie było sługą, nawet dla chłopca, który całe życie wydawał polecenia. Sługą musiał być chłopiec, a służyć, znaczyło coś więcej niż padać przed kimś na kolana. Inaczej szczerość kongregacji można byłoby zmierzyć porównując odciski klęczników na kolanach wiernych.
Ojciec Lorraine był wielkim poetą, który potrafił jednym sonetem wzbudzić w człowieku uczucie. Baldwinowi wystarczyła ku temu hipnoza, jak nie urok osobisty. Sama Lorraine, jako półwila, jednym ruchem, gestem, spojrzeniem jedynie, mogła wymusić na kimś posłuszeństwo.
Nic z tego nie było miłością.
Miłością był czas, poświęcona uwaga, czułość, ale i ugruntowanie czynem, szczerość, tak w dawaniu, jak i braniu. Miłością nie było samo to, że Oleander złożył głowę na jej kolanach, ale to, że opowiadał jej przy tym o swoim życiu, o tym, co go trapi. Miłością nie było to tylko, że odwzajemniła jego gest, lecz schowała swój krytyczny osąd, dając mu czułość, kiedy czułości potrzebował. Teraz pytał ją o zdanie, potrzebował więc szczerości, którą również zamierzała mu dać.
– Naturalne, nienaturalne. Prawdziwe, nieprawdziwe. – Lorraine wzruszyła ramionami, jak gdyby przemyślenia te zdały jej się zwyczajnie miałkimi. Jak gdyby wszystkie te wykluczające się ze sobą pojęcia mogły w jej świecie współistnieć, a wręcz wcale się nie wykluczać. – Nie ma na to odpowiedzi. Miłość jest nam przyrodzona. Miłość jest instynktem, za którym podąża każdy z nas. Jakże podnieślibyśmy się z kolebki maleńkości jako cywilizacja, gdyby nie miłość. Coś nakazywało nam leczyć chorych, pielęgnować rannych, dbać o dzieci i starców. Walczyć, chociaż walka nie miała sensu. Sensem było przeżyć jeszcze jeden dzień. – Przez jej twarz przebiegł cień, w którym Oleander mógłby rozpoznać mrok Podziemnych Ścieżek, gdyby kiedykolwiek zapuścił się w ich głębię. Wspomnienie nocy, po której już nie miał nadejść dzień, a jednak nadszedł: tak i na twarzy Lorraine, która wypogodziła się na myśl o świetle, jakie dała im wówczas latarnia Baldwina. – A jednocześnie miłość jest wyborem. Świadomym, podejmowanym raz za razem, z pełną premedytacją tego czynu. Czy w naturze matki nie leży kochać dziecko, które powije? Czy nie leży to w naturze ojca? Czemu więc tak wiele porzuconych dzieci mieszka w londyńskich sierocińcach, odtrącone przez rodziców, którzy powinni kochać je bezgranicznie. – Ustała pieszczota Lorraine, nawet usta zacisnęła, jak zawsze, gdy była absolutnie poważna. – Miłość to wybór. A ty zasłaniasz się wyborami innych, bo się boisz. Absurdem i hipokryzją jest obarczać kogoś ciężarem swej wzajemności. Gdyby mój drogi kuzyn nie był ci przychylny, to byś nie kochał? – W jej słowach nie było pogardy. Raczej... Rozczarowanie. – Ty chciałbyś, żeby wszyscy cię kochali. Chcesz mieć na własność miłość wszystkich, którzy na ciebie patrzą. Co jest warta taka miłość? Być kochanym przez wszystkich to jak być kochanym przez nikogo. Chcesz mieć wszystko, ale nie można mieć wszystkiego. Trzeba wybrać. To najtrudniejszy wybór, przed jakim stajemy w życiu. A jednak... Gdy kochasz prawdziwie, wybór nie jest trudnym. Nie tak naprawdę.
Lorraine umilkła.
– Wiem, że chodzi o Desmonda – odezwała się po dłuższej chwili. – Jego obraz wisi w hallu.