16.11.2025, 14:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2025, 14:49 przez Lorraine Malfoy.)
"Ale musisz mi obiecać, że po śmierci będziesz mnie intensywnie nawiedzać."
– Mhm. Obiecuję – wymruczała w odpowiedzi Lorraine, odgarniając z twarzy spocone kosmyki blond włosów, po to tylko, żeby nieśmiałym, niepewnym nieco ruchem założyć je sobie za ucho. Zachowywała się trochę tak jak gdyby odgrywała rolę jakiegoś zahukanego dziewczęcia, przerażonego własną pożądliwością. Na jej twarzy pojawiła się bowiem poważna mina sugerująca zatopienie w głębokich rozważaniach... A jednak w oczach Lorraine skakały chochliki. Maeve bardzo dobrze wiedziała, że zaraz z jej ust padnie coś niewyobrażalnie wręcz nieprzyzwoitego. – Obiecuję uroczyście, że będę cię nawiedzać. I bardzo namiętnie jęczeć ci do ucha za każdym razem, jak zobaczę cię z jakąś rusałką, czy tam inną strzygą. A w tym twoim Kościanym będą musieli zatrudnić cały sztab egzorcystów, żeby się mnie pozbyć. Będę gorsza niż najgorszy poltergeist. – Maeve prychnęła wcześniej śmiechem, więc, chcąc nie chcąc, uśmiech powoli przebijał się też i na twarz Lorraine. – Zalęgnę się w twoim łóżku, bo wtedy... – dodała już czulej, pozwalając przyciągnąć się bliżej. – Wtedy będę szeptała ci bajki na dobranoc. A po przebudzeniu odciskała zimne pocałunki na czole. Za dnia będę świetlnym powidokiem, odpryskiem słońca na ścianie twojej sypialni. Nocami zaś będę cię porywać. Będziemy tańczyć po napowietrznym kobiercu z księżycowej łuny. – Bo duchy, ukochana, zdawały się mowić oczy Lorraine, umieją latać prawie tak samo dobrze jak mewy. – A gdy znudzi się nam Nokturn, znajdę nam nawiedzony zamek i przegonię jego mieszkańców, grając Bacha na widmowych organach. I będziemy żyły... – Teraz i Lorraine zaśmiała się, bo przecież zapomniała, że opowiada historię o duchach. Więc może powinna powiedzieć "nie żyły"? Nie zastanawiała się nad tym długo, bo gdy Maeve przyciagnęła ją do siebie, wszystko to nagle przestało mieć dla Lorraine jakiekolwiek znaczenie. – ...Długo i szczęśliwie – dokończyła szeptem, wtulając się w Maeve.
Obietnice składane pod gołym niebem zawsze zdawały się trwalszymi, wyznania prawdziwszymi. Może powodowała to bliskość natury, w której Lorraine widziała przecież łono swej bogini. Gdy jednak naparła swym łonem o Maeve, zdawała się być bez tchu, chociaż obrót, jaki ukochana pozwoliła jej wykonać w miejscu był powolny, przypominający lot opitej miodem pszczoły, pijanej słodyczą. Tym razem Lorraine wiedziała, że sensacje nie były spowodowane przeklętym wiankiem. Tak, była zakochana. Gdyby nie ta nagła realizacja, niechybnie rozkleiłaby się dlatego tylko, że Maeve była dla niej miła. Bo Lorraine była czasem bardzo żałosnym i głupiutkim stworzeniem, nieodżałowaną potomkinią wili, w których naturze leżał przecież pociąg do dramatyzmu i skrajności. Skrajne były ich emocje, natura zmienna, a niekiedy wręcz wybuchowa... Może dlatego w głowie Lorraine wszystko to było przez chwilę elegią Ofelii, która rzuca się do strumienia, żeby umknąć przez swym wstydem. Już napisała scenę swojej śmierci, w której tonie pośród kwiatów, śpiewając dramatyczną pieśń o swej sromocie. Już gotowa była ją zaprezentować... Ale wtedy Maeve rzuciła żartobliwie "mogę do ciebie dołączyć, jeśli będzie ci wtedy raźniej", demonstrując przy tym prawidłową technikę wywoływania wymiotów palcami. Lorraine, zdecydowanie już nie smutna, ale wciąż, co prawda, zawstydzona, skryła wówczas twarz w zagłębieniu jej obojczyka, odciskając na nim czuły pocałunek. Była zakochana. Jakie to było głupie. Miała ochotę powiedzieć o tym ziemi i wodzie. Wykrzyczeć to ptakom, niech poniosą wieść wiatru. Wyznać swą miłość drzewom, szepnąć o niej kwiatom. Czy gdyby jej szept usłyszały jej siostry, dzikie wile, czy śmiałyby się z niej, czy razem z nią? Ale gdy obracały się w kółko wraz z Maeve, myślała tylko o jej śmiechu, który wciąż czaił się w kąciku jej ust, w nieco zarumienionych policzkach niczym rosa na płatkach kwiatu.
– Czuję – westchnęła Lorraine, a jej blade zwykle policzki zapłonęły. Przymknęła oczy, po czym wzięła głęboki oddech, jak gdyby wszystkimi zmysłami próbowała zbliżyć się do ich celu. Czy raczej... Do Maeve. – Czuję – powtórzyła, sunąc ręką wzdłuż jej szyi, a pogłaskawszy najpierw policzek ukochanej, ujęła delikatnie jej podbródek, aby obrócić jej twarz we właściwą stronę. – Pójdź ze mną w las – wyszeptała. – Wtedy ty też... Poczujesz. Chcę zebyś poczuła. Pójdź ze mną. Proszę.
– Mhm. Obiecuję – wymruczała w odpowiedzi Lorraine, odgarniając z twarzy spocone kosmyki blond włosów, po to tylko, żeby nieśmiałym, niepewnym nieco ruchem założyć je sobie za ucho. Zachowywała się trochę tak jak gdyby odgrywała rolę jakiegoś zahukanego dziewczęcia, przerażonego własną pożądliwością. Na jej twarzy pojawiła się bowiem poważna mina sugerująca zatopienie w głębokich rozważaniach... A jednak w oczach Lorraine skakały chochliki. Maeve bardzo dobrze wiedziała, że zaraz z jej ust padnie coś niewyobrażalnie wręcz nieprzyzwoitego. – Obiecuję uroczyście, że będę cię nawiedzać. I bardzo namiętnie jęczeć ci do ucha za każdym razem, jak zobaczę cię z jakąś rusałką, czy tam inną strzygą. A w tym twoim Kościanym będą musieli zatrudnić cały sztab egzorcystów, żeby się mnie pozbyć. Będę gorsza niż najgorszy poltergeist. – Maeve prychnęła wcześniej śmiechem, więc, chcąc nie chcąc, uśmiech powoli przebijał się też i na twarz Lorraine. – Zalęgnę się w twoim łóżku, bo wtedy... – dodała już czulej, pozwalając przyciągnąć się bliżej. – Wtedy będę szeptała ci bajki na dobranoc. A po przebudzeniu odciskała zimne pocałunki na czole. Za dnia będę świetlnym powidokiem, odpryskiem słońca na ścianie twojej sypialni. Nocami zaś będę cię porywać. Będziemy tańczyć po napowietrznym kobiercu z księżycowej łuny. – Bo duchy, ukochana, zdawały się mowić oczy Lorraine, umieją latać prawie tak samo dobrze jak mewy. – A gdy znudzi się nam Nokturn, znajdę nam nawiedzony zamek i przegonię jego mieszkańców, grając Bacha na widmowych organach. I będziemy żyły... – Teraz i Lorraine zaśmiała się, bo przecież zapomniała, że opowiada historię o duchach. Więc może powinna powiedzieć "nie żyły"? Nie zastanawiała się nad tym długo, bo gdy Maeve przyciagnęła ją do siebie, wszystko to nagle przestało mieć dla Lorraine jakiekolwiek znaczenie. – ...Długo i szczęśliwie – dokończyła szeptem, wtulając się w Maeve.
Obietnice składane pod gołym niebem zawsze zdawały się trwalszymi, wyznania prawdziwszymi. Może powodowała to bliskość natury, w której Lorraine widziała przecież łono swej bogini. Gdy jednak naparła swym łonem o Maeve, zdawała się być bez tchu, chociaż obrót, jaki ukochana pozwoliła jej wykonać w miejscu był powolny, przypominający lot opitej miodem pszczoły, pijanej słodyczą. Tym razem Lorraine wiedziała, że sensacje nie były spowodowane przeklętym wiankiem. Tak, była zakochana. Gdyby nie ta nagła realizacja, niechybnie rozkleiłaby się dlatego tylko, że Maeve była dla niej miła. Bo Lorraine była czasem bardzo żałosnym i głupiutkim stworzeniem, nieodżałowaną potomkinią wili, w których naturze leżał przecież pociąg do dramatyzmu i skrajności. Skrajne były ich emocje, natura zmienna, a niekiedy wręcz wybuchowa... Może dlatego w głowie Lorraine wszystko to było przez chwilę elegią Ofelii, która rzuca się do strumienia, żeby umknąć przez swym wstydem. Już napisała scenę swojej śmierci, w której tonie pośród kwiatów, śpiewając dramatyczną pieśń o swej sromocie. Już gotowa była ją zaprezentować... Ale wtedy Maeve rzuciła żartobliwie "mogę do ciebie dołączyć, jeśli będzie ci wtedy raźniej", demonstrując przy tym prawidłową technikę wywoływania wymiotów palcami. Lorraine, zdecydowanie już nie smutna, ale wciąż, co prawda, zawstydzona, skryła wówczas twarz w zagłębieniu jej obojczyka, odciskając na nim czuły pocałunek. Była zakochana. Jakie to było głupie. Miała ochotę powiedzieć o tym ziemi i wodzie. Wykrzyczeć to ptakom, niech poniosą wieść wiatru. Wyznać swą miłość drzewom, szepnąć o niej kwiatom. Czy gdyby jej szept usłyszały jej siostry, dzikie wile, czy śmiałyby się z niej, czy razem z nią? Ale gdy obracały się w kółko wraz z Maeve, myślała tylko o jej śmiechu, który wciąż czaił się w kąciku jej ust, w nieco zarumienionych policzkach niczym rosa na płatkach kwiatu.
– Czuję – westchnęła Lorraine, a jej blade zwykle policzki zapłonęły. Przymknęła oczy, po czym wzięła głęboki oddech, jak gdyby wszystkimi zmysłami próbowała zbliżyć się do ich celu. Czy raczej... Do Maeve. – Czuję – powtórzyła, sunąc ręką wzdłuż jej szyi, a pogłaskawszy najpierw policzek ukochanej, ujęła delikatnie jej podbródek, aby obrócić jej twarz we właściwą stronę. – Pójdź ze mną w las – wyszeptała. – Wtedy ty też... Poczujesz. Chcę zebyś poczuła. Pójdź ze mną. Proszę.
Koniec sesji