24.02.2023, 23:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2023, 23:28 przez Brenna Longbottom.)
Gałgan merdał ogonem, podstawiał łeb do głaskania i momentami prawie się trząsł od powstrzymywanej chęci skoczenia na Danielle – i tak wielkim osiągnięciem było, że tego nie zrobił. Brenna z dużym poświęceniem próbowała oduczyć psa rzucania się na ludzi, by ich zalizać, tak samo jak starała się przekonać Łatka, że ten dom jest jego już na zawsze.
Nawet jeżeli jej przyjdzie zniknąć, ktoś zawsze się nim zajmie.
- Ooo, ciasto – ucieszyła się szczerze i podeszła do stołu, by wziąć sobie kawałek. Bywała podejrzliwa wobec takich podarunków, ale raczej Danielle nie zapragnęła jej nagle otruć. – Obiecałam Erikowi, że w kwietniu nic nie wydam na słodycze, bo tyle wydałam na psy. Okazuje się to łatwiejsze niż sądziłam. Wszyscy obsypują mnie smakołykami i jedzeniem z własnej woli.
A Brenna wydała sporo. Może nie na standardy córki Potterówny, dla której konto w banku otworzono, gdy miała siedem dni i co miesiąc przelewano tam sporą kwotę, tak, że Brenna mogła kupić właściwie, co zechciała. Ale jak na standardy śmiertelników owszem. I nie chodziło nawet o posłania, smycze, jedzenie, miseczki i zabawki tych trzech psiaków. Po prostu pełna żalu, że nie mogą zabrać wszystkich zwierząt ze schroniska, po tym, jak wyszli stamtąd z tą trójką, wróciła dźwigając pudła pełne koców, karmy i zabawek.
Opadła na kanapę. Choć zdawała się wesoła jak zwykle, jej aura wskazywała na niepokój. Przeżuwała przez chwilę ciasto, wykorzystując je, by zebrać myśli. Promienny uśmiech Danielle, nawet jeśli nie dała tego po sobie poznać, był trochę jak cios w żołądek. Jak miała jej powiedzieć: wiesz co, są plany, dużo śmierci i pożogi? Jak mogła jej nic nie powiedzieć? Co mogła w ogóle powiedzieć…? Wprawdzie wspomniała Patrickowi, że może warto mieć w pobliżu medyka, ale…
Odetchnęła i przełknęła ostatni kawałek.
- W sumie to paskudne – przyznała uczciwie, decydując się na prawdę, ale nie całą prawdę. Nie mogła ot tak powiedzieć kuzynce: przystąp do Zakonu, potrzebujemy cię, Voldemort planuje atak już, teraz, zaraz! Ale mogła zasugerować pewne rzeczy, by w razie czego łatwiej było sięgnąć po jej pomoc. Może mogłaby zostać Przyjacielem Feniksa? I przy okazji zmniejszyć szanse, że Danielle nie wiedząc, czego się spodziewać, narazi się niechcący w tę noc ogni na niebezpieczeństwo. Danielle zresztą nie była ślepa ani głupia, widziała chyba, że jej kuzynostwo nieustannie coś knuje. W dodatku jako aurowidz pewnie wielu rzeczy się domyślała. – Zauważyłaś, że aktywność śmierciożerców jest ostatnio… wzmożona? Obawiam się, że to oni mogą mieć plany na Beltaine. Może się mylę… ale boję się, że tym razem to nie jest moje czarnowidztwo. Dlatego Dani, chcę po pierwsze prosić, żebyś uważała. Po drugie, jeśli to możliwe… wprawdzie byłoby najlepiej, żebyś po zmierzchu nie była na samej polanie, ale po prostu pozostała w gotowości. Jeśli do czegoś dojdzie, rannych będzie multum i nie uda się wszystkich przetransportować do Munga.
Wyrzuciła z siebie wszystko prosto z mostu, z dość typową dla siebie bezpośredniością.
Nawet jeżeli jej przyjdzie zniknąć, ktoś zawsze się nim zajmie.
- Ooo, ciasto – ucieszyła się szczerze i podeszła do stołu, by wziąć sobie kawałek. Bywała podejrzliwa wobec takich podarunków, ale raczej Danielle nie zapragnęła jej nagle otruć. – Obiecałam Erikowi, że w kwietniu nic nie wydam na słodycze, bo tyle wydałam na psy. Okazuje się to łatwiejsze niż sądziłam. Wszyscy obsypują mnie smakołykami i jedzeniem z własnej woli.
A Brenna wydała sporo. Może nie na standardy córki Potterówny, dla której konto w banku otworzono, gdy miała siedem dni i co miesiąc przelewano tam sporą kwotę, tak, że Brenna mogła kupić właściwie, co zechciała. Ale jak na standardy śmiertelników owszem. I nie chodziło nawet o posłania, smycze, jedzenie, miseczki i zabawki tych trzech psiaków. Po prostu pełna żalu, że nie mogą zabrać wszystkich zwierząt ze schroniska, po tym, jak wyszli stamtąd z tą trójką, wróciła dźwigając pudła pełne koców, karmy i zabawek.
Opadła na kanapę. Choć zdawała się wesoła jak zwykle, jej aura wskazywała na niepokój. Przeżuwała przez chwilę ciasto, wykorzystując je, by zebrać myśli. Promienny uśmiech Danielle, nawet jeśli nie dała tego po sobie poznać, był trochę jak cios w żołądek. Jak miała jej powiedzieć: wiesz co, są plany, dużo śmierci i pożogi? Jak mogła jej nic nie powiedzieć? Co mogła w ogóle powiedzieć…? Wprawdzie wspomniała Patrickowi, że może warto mieć w pobliżu medyka, ale…
Odetchnęła i przełknęła ostatni kawałek.
- W sumie to paskudne – przyznała uczciwie, decydując się na prawdę, ale nie całą prawdę. Nie mogła ot tak powiedzieć kuzynce: przystąp do Zakonu, potrzebujemy cię, Voldemort planuje atak już, teraz, zaraz! Ale mogła zasugerować pewne rzeczy, by w razie czego łatwiej było sięgnąć po jej pomoc. Może mogłaby zostać Przyjacielem Feniksa? I przy okazji zmniejszyć szanse, że Danielle nie wiedząc, czego się spodziewać, narazi się niechcący w tę noc ogni na niebezpieczeństwo. Danielle zresztą nie była ślepa ani głupia, widziała chyba, że jej kuzynostwo nieustannie coś knuje. W dodatku jako aurowidz pewnie wielu rzeczy się domyślała. – Zauważyłaś, że aktywność śmierciożerców jest ostatnio… wzmożona? Obawiam się, że to oni mogą mieć plany na Beltaine. Może się mylę… ale boję się, że tym razem to nie jest moje czarnowidztwo. Dlatego Dani, chcę po pierwsze prosić, żebyś uważała. Po drugie, jeśli to możliwe… wprawdzie byłoby najlepiej, żebyś po zmierzchu nie była na samej polanie, ale po prostu pozostała w gotowości. Jeśli do czegoś dojdzie, rannych będzie multum i nie uda się wszystkich przetransportować do Munga.
Wyrzuciła z siebie wszystko prosto z mostu, z dość typową dla siebie bezpośredniością.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.