Geraldine czekała na odpowiedź Sebastiana, gdy usłyszała jego słowa po prostu kiwnęła głową. Czyli można było tak, albo tak, ugryzła się w język, bo chciała zapytać kapłana o to, jaką on wybrał ścieżkę, ale miała w sobie jeszcze jakąś resztkę ogłady. Tak naprawdę nie do końca rozumiała ludzi, którzy dobrowolnie wybierali celibat, od razu nasuwało jej się w głowie pytanie po co. Każdy miał jednak jakieś swoje dziwactwa.... jedne mniej, jedne bardziej dla niej zrozumiałe.
- Tak, możemy ruszać. - Niepotrzebnie przeszkodzili tej parze, niestety nie mogli przewidzieć tego, że ktoś postanowi się z kimś zbliżyć tak bardzo właśnie w tych krzakach, pozostawało mieć nadzieję, że znajdą sobie lepsze miejsce i będą mogli kontynuować to co zaczęli.
- Niezły masz węch. - Powiedziała jeszcze do Longbottom. Tak, wiedziała o tym, że jej matka pochodzi od Potterów, jednak nie wydawało jej się, aby każdy z nich był w stanie ot tak rozpoznać ich perfumy.
- Macie tam niezłych specjalistów, są ludzie którzy potrafią stworzyć coś z niczego. - Zdawała sobie z tego sprawę, jednak nigdy jakoś szczególnie się tym nie interesowała. W ich świecie można było spotkać naprawdę niesamowitych rzemieślników, którzy potrafili zdziałać cuda.
Geraldine ruszyła przed siebie, oświetlała sobie drogę różdżką, próbując znaleźć cokolwiek interesującego w krzakach, przez które się przedzierali. Poczuła, że tył sukni jej się unosi. Spojrzała przez ramię, i tak jak się spodziewała Longbottomówna postanowiła pomóc jej zadbać o to, by suknia pozostała w jednym kawałku. - Niestety nie mamy tu żadnej innej dziewczyny, więc musi mi wystarczyć ta od trenu, dzięki za to, spodziewam się, że ciocia może nie być zadowolona, jak zobaczy mnie gdy wrócimy z tej wyprawy. - Naprawdę starała się dbać o to, aby suknia nie uszkodziła się za bardzo podczas tego spaceru, ale było chyba niemożliwe, aby wróciła w stanie idealnym, nie w tych warunkach, krzaki, mech, błoto, pajęczyny... cóż niby nic wielkiego, ale w przypadku takiej eleganckiej kreacji mogły naprawdę nieźle ją zniszczyć.
Odwróciła się znowu, aby móc obserwować drogę, właściwie to taksowała wzrokiem okolicę, uważnie, miała w tym w końcu spore doświadczenie, coś przykuło jej uwagę. Zatrzymała się na moment, nachyliła, by wyciągnąć dłoń w stronę mchu, tuż przy wielkim dębie. Znalazła piórko. Wzięła je w dłoń i uniosła przed swoją twarz, oświetliła je różdżką. - Wydaje się być ono bardzo podobne do tego, które wujek miał przy swoim kapeluszu. - Nie mogła mieć stuprocentowej pewności, ale czy powinna uznać to za przypadek?