• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [29.09.1972, sen, Lazarus] Liminal space

[29.09.1972, sen, Lazarus] Liminal space
broken one
wiek
36
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz, urzędnik - OMSHM, Ministerstwo Magii
Chudy jak wypłata i długi jak miesiąc (187cm). Eteryczna uroda Lovegoodów rozwodniona mugolską pospolitością. Rude włosy domagające się fryzjera, broda domagająca się brzytwy, której starym zwyczajem nie posiada w domu. Jasnozielone oczy. Ubrany zwykle w proste szaty, czarne, lub w stonowanych barwach, skrojone tak, by nie krępowały ruchów.

Lazarus Lovegood
#1
20.11.2025, 12:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 13:09 przez Lazarus Lovegood.)  
Lazarus leżał w łóżku, zawieszony pomiędzy jawą a snem, wsłuchując się w noc. Nie przewracał się z boku na bok. To i tak nigdy nie działało. Pamiętał noce spędzone pod namiotami na stanowiskach archeologicznych - nigdy nie były tak do końca ciche, zawsze coś pohukiwało w oddali, coś cykało tuż po drugiej stronie płótna namiotu, ktoś oddychał obok... Teraz cisza była tak głęboka, że słyszał, jak któryś z pająków - nie wiedział, który, ale podejrzewał, że to Lethe - kopie w podłożu w terrarium. Na wpół ukołysany tymi znajomymi szelestami mózg jak zwykle podsunął mu myśl, którą trudno było zignorować. Pod tym względem Lazarus zawsze mógł liczyć na swój umysł - dysponował problemem na każdą okazję.
Tym razem była to karta tarota.
Głupiec…
Byłby głupcem, gdyby wierzył, że karty mogą go rozgrzeszyć. Uzdrowiciele próbowali to zrobić. Przyjaciele próbowali to zrobić. Odysseus próbował to zrobić. Lazarus na poziomie poznawczym rozumiał nieproduktywność swojego poczucia winy, ale pozostawienie go za sobą wydawało mu się brakiem szacunku dla pamięci tych, którzy zginęli wtedy, w tamtym korytarzu.
Nie mógł się na to zdobyć.
Wciąż… niewinny. Nowy początek.
Czarodziej westchnął cicho w poduszkę. Ciało ciążyło mu nie mniej, niż te myśli. Nie mniej, niż wspomnienia…


W noc cichą, gdy księżyc w pełni, zapal świecę w oknie, niech światło prowadzi.

Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami, za dnia pewnie białymi, ale teraz, w chłodnym mroku nocy, szarymi. Przez okno - zamknięte, zawsze zamknięte i zabezpieczone zaklęciami, chociaż od tamtego jednego razu nie próbował przez nie uciekać i teraz też nie miał takiego zamiaru - wpadało światło księżyca. Podszedł do parapetu.
W dole, na śniegu, ślady stóp - znikąd donikąd, kilka kroków od jego okna w stronę miasteczka, ale Lazarus doskonale wiedział, że ten, kto je zostawił, wcale nie udawał się do miasteczka, a w drugą stronę - do lasu. Zaryzykował szybkie zerknięcie w tamtym kierunku, na wpół spodziewając się zobaczyć tam znajomą postać, ale nie - był sam. I w jakiś niewyjaśniony sposób wiedział, że jego samotność rozciąga się na cały budynek. Być może na cały świat.
Ta wiedza niosła spokój. Nikogo, kto mógłby go osądzić. Nikogo, kogo mógłby zawieść. Odetchnął z ulgą.

Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami, za dnia pewnie białymi, ale teraz, w chłodnym mroku nocy, szarymi. Nie potrzebował światła. Znał to pomieszczenie na pamięć. Łóżko pod ścianą. Krzesło w rogu. Surowe i szpitalne, a przecież to był jego dom i w miarę pobytu i postępu leczenia, zyskiwał coraz więcej osobistego charakteru. Teraz jednak był tak samo sterylny i bezosobowy, jak w pierwszyn dniu. Pokój, oczywiście. Nie Lazarus.
Na parapecie stała zgaszona świeca. Czarodziej nie ryzykował podejścia do okna, odwrócił się do niego plecami. Drzwi były otwarte. Wyszedł na korytarz i ruszył przed siebie, mijając kolejne i kolejne. Za każdymi - taka sama pusta sala z jednym łóżkiem i zgaszoną świecą na parapecie okna.
Nie wiedział, jak długo przemierzał ciągnący się w nieskończoność szpitalny korytarz, zanim...

Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami - za dnia pewnie białymi, ale teraz, w pełgającym świetle świecy - pełnymi tańczących cieni. Pamiętał, że kiedyś, kiedyś, cienie na ścianach opowiadały mu historie. Że wpatrywał się w nie, by nie zwracać uwagi na te drugie - czające się w mrocznych kątach szpitalnej sali i w zakamarkach jego umysłu, będącego polem bitwy na którym ścierały się rozregulowane neuroprzekaźniki, erratyczne impulsy nerwowe i przyjmowane nieregularnie, źle dobrane eliksiry.
Tej nocy nie było dla niego tego teatru, ale nie było też potworów pod łóżkiem ani upiorów pod czaszką. Cienie były tylko cieniami. Tak, jak powinno być.

Weź do ręki czarny kamień, symbol niepewności, i pomyśl o tym, co musisz puścić, co już nie służy.

Wzrok Lazarusa padł na stojący pośrodku pomieszczenia stół. Jedno krzesło przy nim, jeden przedmiot na nim.
Kamień był wielkości dwóch pięści i w migotliwym, słabym blasku świecy na oknie - niebezpiecznie było myśleć zbyt długo o tym, kogo mógłby on zwabić - wydawał się całkiem czarny. Klątwołamacz położył na nim dłoń, z niewyjaśnioną, ale absolutną pewnością, że jakiekolwiek sprawdzanie go pod kątem magii jest niepotrzebne. Powierzchnia pod palcami była lekko szorstka i niepokojąco ciepła, jak na kawałek skały.
Uniósł go w dłoni i spróbował w mizernym oświetleniu przyjrzeć mu się bliżej. Nie znał się szczególnie na geologii. Kamień był czarny, jak wiele mniej lub bardziej znaczących rzeczy w życiu Lazarusa. Jak większość jego ubrań. Jak zacieki pozostawione przez czarną magię w jego mieszkaniu. Jak skraj Kniei w styczniową noc, jak ściany korytarza, który powinien był stać się jego grobowcem. Jak zaschnięta krew na ubraniu jego mentora, wtedy, osiem lat temu i jak oczy Odysseusa Fawleya, kiedy patrzył na niego - w niego - przez niego - i mówił oddychaj i nie broń się, to będzie nieprzyjemne, ale niebolesne, a Lazarus czuł już znajome napieranie legilimencji na skroniach i potylicy, przerażające i doskonałe, i dlaczego właściwie myślał o tych dwóch mężczyznach jednym tchem, dlaczego w ogóle myślał teraz o Odysie?

Odsunął od siebie te rozważania z wprawą kogoś, kto przez całe lata musiał ignorować własne wspomnienia, udawać, że w jego głowie nie rozgrywa się raz po raz ta sama magiczna katastrofa. Te sceny, obrazy, wypalone pod powiekami jak powidok czegoś zbyt jasnego dla czopków i pręcików, to była kara za porażkę, jaką poniósł. Nie wiedział, czy ma prawo je ignorować, to smakowało, jak potępienie, ale gdy tego nie robił, gdy pozwalał im przewalać się po swoim umyśle, kończył na równi pochyłej, złamany i gotowy na upadek, zbyt gotowy, a przecież miał pod opieką swoje wybujałe rośliny i pająki, których przyjęcia odmawiał każdy z jego znajomych, i rozpoczęte zadanie w Ministerstwie, które, jak był przekonany, tylko on mógł doprowadzić do końca w optymalny sposób, a od którego zależały być może życia, a nie mógł sobie pozwolić na dopisanie kolejnych ludzkich żyć do swojego rachunku...
Spirala, Lazarusie. Znowu to robisz.
Podniósł głowę, jakby musiał fizycznie  wynurzyć się spod powierzchni swoich myśli. Nigdy nie był specjalnie uduchowiony. Kto zatem w jego mniemaniu miałby nałożyć na niego tę karę albo rozliczyć ów rachunek?

Zamknij oczy i wsłuchaj się w szumy wiatru, który niesie ze sobą wszystkie opowieści.

Lazarus zamknął oczy. Skupił się na trzymanym kamieniu - jednocześnie zbyt ciężkim i podejrzanie lekkim. Otaczała go cisza opustoszałego szpitala o korytarzach bez początku i bez końca. Niektórych takie miejsca napawały niepokojem. On czuł jedynie spokój, jakby wypadł już przez granicę strachu na drugą stronę, jakby tamta, uwolniona magia aktywowanej niechcący klątwy wypaliła z niego cały lęk. Pozwolił myślom błądzić. Co niosła ze sobą grudniowa noc? O czym szumiał wiatr, który kiedyś rozwiewał włosy Helloise, a wcześniej szumiał w prastarych gałęziach ponad ukrytą w głuszy chatką Samuela? Lazarus miał ochotę powiedzieć, że te sceny należały nie tylko do poprzedniego życia, ale w dodatku każda z nich do innego, ale to było w oczywisty sposób nieprawdą, bo przecież każdy miał tylko jedno życie, choćby żegnał się z nim nawet i trzykrotnie. A zatem - metafora.

Nie pamiętał, by zajmował miejsce na krześle, a jednak siedział przy tym stole, trzymał ten kamień i… medytował?
Czy to właśnie było szaleństwo?
Miał poczucie, że zadaje sobie to pytanie częściej, niż przeciętny człowiek. Próba powieszenia się na gałęzi (jeżeli właśnie była zima, znaczyło to, że rocznica tamtego dnia albo niedawno minęła, albo niedługo miała nastąpić). Śpiew świergotników zamieszkujących drzewo Samuela, albo może to Sam należał do tego drzewa, przynajmniej kiedy jeszcze mieszkał w Kniei. Podążenie za bosą czarownicą, która mówiła chodź, zabiorę cię do siebie i prowadziła go na zdradzieckie bagna, gotowe połknąć ich oboje. Karta głupca, którą wyciągnął z przeklętej talii Ceolsige, ale to było później, po tym, jak opuścił Lecznicę Dusz po raz ostatni. W przyszłości?...

Odysseus mówił, że to właśnie może czekać na Lazarusa na końcu i mówił to całkiem poważnie, obiektywnie i tak po prostu. Pewnie sprawiłaby mu satysfakcję świadomość, że się nie mylił. Lazarus szanował bezpośredniość Fawleya, ale wcale nie miał ochoty karmić jego ego. I bez tego psychiatra był już wystarczająco nieznośny.

Jeśli kamień opadnie na ziemię, oznacza to, że czas na zakończenie pewnego etapu życia.
Jeśli wzniesie się w górę, symbolizuje nowe początki i transformację.


Czy kamień się unosi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak

Lekkość powietrza zaskoczyła go, kiedy kamień opuścił trzymającą go dłoń. Czarodziej otworzył oczy. Czarna, obła skała lewitowała nad stołem. Wróżba, zorientował się. Rytuał tyleż stary, ile przewrotny, bo tak naprawdę dający tylko jedną odpowiedź. Koniec będący jednocześnie początkiem. Zakończenie pewnego etapu życia lub nowe początki i transformacja - jedno nie wykluczało przecież drugiego, tak czy owak chodziło o to, by pokornie przyjmować nadchodzące przemiany i nie próbować na siłę zatrzymywać tego, co się traciło. Wybór, który nie był wyborem, jak dwójka buław. Dopiero teraz - siedząc jak idiota z pustą ręką wyciągniętą nad blatem, obserwując unoszący się w powietrzu kamień - zrozumiał różnicę.

Siedział przy stole w pokoju wyłożonym kafelkami - za dnia pewnie białymi, ale teraz, w pełgającym świetle świecy - pełnymi tańczących cieni. Spojrzał w okno, gdzie świeca wypaliła się już do połowy. Żadnych wskazówek tym razem. Był sam.
Lazarus rzadko dzielił się z innymi swoimi emocjami. Często skrywał je nawet przed samym sobą, odstawiał na półkę, jak przetwory w słoju. Ale tej nocy - tej nocy, w tym dziwnym miejscu, w zawieszeniu pomiędzy czasami, przestrzeniami i stanami, zobaczył je: te łaskoczące, jak motyle, te spokojne, jak gąsienice i te obrzydliwe, lepkie i wyciekające, jak hemolimfa pozostała w poczwarce po wykluciu. Jego oddech, dotychczas spokojny, teraz zadrżał i zerwał się. Coś, co ściskało go w piersi puściło i dopiero wtedy poczuł, jak mocno, jak bezwzględnie trzymało. Jak marionetka z podciętymi sznurkami, czarodziej zgarbił się bezsilnie i poczuł, jak jego serce zaczyna przyspieszać, a pod powiekami rodzą się piekące, obce i wcale nieproszone - łzy. 

Pamiętaj, że śmierć nie zawsze oznacza koniec, ale często jest zapowiedzią nowego początku.

Obudziło go własne chlipnięcie, żałosne i nieprzystające dorosłemu mężczyźnie. W takich chwilach jak ta cieszył się, że nie ma przy nim nikogo, kto byłby tego świadkiem. Oddychał za szybko, jak na spokojny sen i czuł się trochę roztrzęsiony, ale szczegóły tego, co właściwie mu się śniło, wyciekały z pamięci zanim zdążył się im przyjrzeć. W pierwszym odruchu pozwolił im na to, bo koszmary senne nie były dla niego niczym nowym, choć szczęśliwie nie zdarzały mu się często. Tym razem jednak miał wrażenie, że nie był to jednoznacznie zły sen. Coś o kamieniu… był w Lecznicy Dusz… i robił ten rytuał, którego pozostałości studiowali podczas jego ostatniego projektu archeologicznego?
Jego tętno uspokajało się. Tylko sen. To nie było ważne. Zresztą… Lazarus miał już w swoim życiu wiele nowych początków i wbrew naiwnym interpretacjom wróżb, nie zawsze zwiastowały one poprawę. Czasami otwierał oczy tylko po to, by patrzeć w nowy rodzaj mroku.

Każda utrata otwiera drzwi do nowych możliwości i doświadczeń.

Tymczasem jednak otaczał go całkiem realny mrok bezksiężycowej nocy, znajome, pełne ksiąg mieszkanie i nieidealna, wypełniona odgłosami pracującego budynku i nie do końca śpiącego Londynu za oknem cisza. Musiało być dobrze przed świtem. Klątwołamacz westchnął i sięgnął po różdżkę. Była sobota, a więc nie musiał rano wstawać - skoro najwyraźniej spokojny sen nie był jego przeznaczeniem tej nocy, równie dobrze mógł poczytać. I zapalić.
W pierwszej jednak kolejności ujął w dłoń pióro i w wyczarowanym świetle - byle jakim i migotliwym jak świeca, bo Lazarus był absolutnym beztalenciem, jeżeli chodziło o Kształtowanie - zanotował na odwrocie rozłożonego papierowego żurawia z jakimś poleceniem od Anthony’ego:





krew, a myślałem


pod wygłodniałą skórą


płynie nadzieja

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lazarus Lovegood (1871)




Wiadomości w tym wątku
[29.09.1972, sen, Lazarus] Liminal space - przez Lazarus Lovegood - 20.11.2025, 12:29

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa