17.11.2025, 22:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2025, 22:25 przez Elias Bletchley.)
— To nie znaczy, że nie mogę wiedzieć rzeczy — syknął, rozważając, czy nie ugryźć fałszywego Eliasza w rękę, gdy ten pociągnął go w stronę regałów.
A kto wie, może idiota przyjąłby szybciej radę od młodej kobiety, pomyślał, zerkając mimowolnie w stronę pieca numer cztery. Kto wie, może jego współpracownik jednak pofatygowałby się bliżej, żeby dostać jeszcze parę cennych wskazówek i złotych rad?
— Nie trzeba — stwierdził z cichym westchnieniem. — I tak musiałbym to przetestować kilka razy, zanim załapałbym o co chodzi. Nie jestem przyzwyczajony do takiego typu włosów. W sensie... Kręcą się trochę jak moje, ale w inny sposób. I jest ich dużo, dużo więcej. — Wzruszył lekko ramionami. — Zauważyłem, że osiągam najlepsze efekty, kiedy mogłem zobaczyć kogoś w różnych... eee… warunkach? Wiesz, w różnym oświetleniu, warunkach pogodowych... Wtedy jakoś łatwiej skupić się na tym, jak ktoś powinien wyglądać. Ty też miewasz problemy z zaburzeniem równowagi? Jak zmieniasz się w kogoś większego, grubszego i tak dalej? Czasem się zastanawiam, co się dzieje z wnętrznościami metamorfomaga w takim przypadku.
Zmarszczył nagle czoło na te myśl. Czy to był dobry moment, aby pytać o takie rzeczy? W każdym razie, podczas trasnformacji sporą część roboty załatwiała sama technika metamorfomagiczna, ale skupienie się na paru dodatkowych szczegółach raczej nigdy nikomu nie szkodziło. Eliasz wychodził z założenia, że jednak była spora różnica w przywdzianiu skóry kogoś, kto był z nim równy wzrostem i miał podobną budowę ciała, a kimś, kto był od niego o trzydzieści centymetrów wyższy i cięższy o parę- lub paręnaście kilogramów.
— Nie? Raczej nie? — bąknął pod nosem z nutą wahania w głosie. — To po prostu magia. Tylko magia.
Nie do końca rozumiał, co właściwie próbowała z niego wyciągnąć tym pytaniem. Chociaż miał dość kreatywną duszę i miał do czynienia z całkiem wieloma odnogami sztuki pokroju rysowania czy tworzenia witraży, tak nigdy jakoś szczególnie nie zastanawiał się, co właściwie pozwalało mu na zmianę wyglądu. Jak przez mgłę kojarzył, że rodzice zwykli teoretyzować o jakichś zmianach genetycznych lub biologicznych, ale absolutnie niczego z tego nie rozumiał. A nawet jeśli była to kwestia przekazania mu czegoś konkretnego przez przodków, to i tak nie byłby największym dziwadłem w magicznym Londynie. Jakby się tak przyjrzeć sąsiadom, to na pewno znalazłby tam parę wilkołaków, wampirów czy animagów. To dopiero była zmiana: całkowita transformacja w dzikie zwierzę.
— Poza tym, większość ludzi nie lubi patrzeć w lustro. Zwłaszcza, gdy potrafi im odpowiedzieć albo pokazać, jak wyglądają na co dzień z perspektywy osób trzecich — dokończył i dopiero po tych słowach zorientował się, że przecież robili teraz dokładnie to samo. — To chyba znaczy, że ludzie naszego pokroju nie są tacy jak cała reszta.
A kto wie, może idiota przyjąłby szybciej radę od młodej kobiety, pomyślał, zerkając mimowolnie w stronę pieca numer cztery. Kto wie, może jego współpracownik jednak pofatygowałby się bliżej, żeby dostać jeszcze parę cennych wskazówek i złotych rad?
— Nie trzeba — stwierdził z cichym westchnieniem. — I tak musiałbym to przetestować kilka razy, zanim załapałbym o co chodzi. Nie jestem przyzwyczajony do takiego typu włosów. W sensie... Kręcą się trochę jak moje, ale w inny sposób. I jest ich dużo, dużo więcej. — Wzruszył lekko ramionami. — Zauważyłem, że osiągam najlepsze efekty, kiedy mogłem zobaczyć kogoś w różnych... eee… warunkach? Wiesz, w różnym oświetleniu, warunkach pogodowych... Wtedy jakoś łatwiej skupić się na tym, jak ktoś powinien wyglądać. Ty też miewasz problemy z zaburzeniem równowagi? Jak zmieniasz się w kogoś większego, grubszego i tak dalej? Czasem się zastanawiam, co się dzieje z wnętrznościami metamorfomaga w takim przypadku.
Zmarszczył nagle czoło na te myśl. Czy to był dobry moment, aby pytać o takie rzeczy? W każdym razie, podczas trasnformacji sporą część roboty załatwiała sama technika metamorfomagiczna, ale skupienie się na paru dodatkowych szczegółach raczej nigdy nikomu nie szkodziło. Eliasz wychodził z założenia, że jednak była spora różnica w przywdzianiu skóry kogoś, kto był z nim równy wzrostem i miał podobną budowę ciała, a kimś, kto był od niego o trzydzieści centymetrów wyższy i cięższy o parę- lub paręnaście kilogramów.
— Nie? Raczej nie? — bąknął pod nosem z nutą wahania w głosie. — To po prostu magia. Tylko magia.
Nie do końca rozumiał, co właściwie próbowała z niego wyciągnąć tym pytaniem. Chociaż miał dość kreatywną duszę i miał do czynienia z całkiem wieloma odnogami sztuki pokroju rysowania czy tworzenia witraży, tak nigdy jakoś szczególnie nie zastanawiał się, co właściwie pozwalało mu na zmianę wyglądu. Jak przez mgłę kojarzył, że rodzice zwykli teoretyzować o jakichś zmianach genetycznych lub biologicznych, ale absolutnie niczego z tego nie rozumiał. A nawet jeśli była to kwestia przekazania mu czegoś konkretnego przez przodków, to i tak nie byłby największym dziwadłem w magicznym Londynie. Jakby się tak przyjrzeć sąsiadom, to na pewno znalazłby tam parę wilkołaków, wampirów czy animagów. To dopiero była zmiana: całkowita transformacja w dzikie zwierzę.
— Poza tym, większość ludzi nie lubi patrzeć w lustro. Zwłaszcza, gdy potrafi im odpowiedzieć albo pokazać, jak wyglądają na co dzień z perspektywy osób trzecich — dokończył i dopiero po tych słowach zorientował się, że przecież robili teraz dokładnie to samo. — To chyba znaczy, że ludzie naszego pokroju nie są tacy jak cała reszta.