Dzisiejszy dzień, jak i ostatnie, było zawodowo męczące. Zwłaszcza po ukazaniu się ostatniego artykułu w Proroku Codziennym, dotyczącemu działań jego departamentu. Laurencowi aż wierzyć się nie chciało w większość treści jaka została tam zamieszczona. Prowadzone rozmowy z pracownikami, szefami biur, wydawanie poleceń, podział obowiązków i rozmowa szefem. Cud, że dzisiaj udało mu się wyrobić ze wszystkim, aby zdążyć na kolację rodzinną w Maida Vale. Jeszcze parę dni temu, potwierdził kuzynce swoją obecność.
Dotrzeć na miejsce, zdążył krótko przed czasem. Nie mógł sobie pozwolić na spóźnienie się. Korzystając jeszcze z chwili wolnej, pozwolił sobie na obejrzenie ogrodu. Czarnych róż, o których "problemie" przeczytał w liście od ciotki. Niestety, po dopiero po swoim powrocie. Chciał ocenić, czy zapanowano nad nimi. Jak bardzo to miejsce się mogło zmienić. Kiedy on tutaj był ostatnio. Od swojego ślubu? Od któregoś z ostatnich świąt?
Po oględzinach w ogrodzie, nie zapuszczając się głębiej w teren, gdyż czas gonił, zawrócił i wszedł do rezydencji. Rękawiczki schował do kieszeni płaszcza. A ten po zdjęciu, podał skrzatowi, włącznie ze swoim szalikiem. Zapewnił, że drogę zna, więc nie potrzebował odprowadzenia do jadalni. Tak też, ruszył korytarzem w znanym sobie kierunku. Na sobie miał czarny wizytowy garnitur, posiadający lekkie złocenia wykończeniowe na kołnierzu i mankietach. Biała koszula, czarny krawat i obuwie. Z biżuterii posiadał złoty zegarek na skórzanym brązowym pasku, obrączkę na prawej dłoni palca serdecznego, wciąż po zmarłej żonie. Na drugiej dłoni sygnet.
Wchodząc do jadalni, wyczuł zapach wielu przepysznych potraw. Lecz jego spojrzenie powędrowało na zebranych już członków rodziny przy stole. Czy był chciany, czy nie chciany, był tutaj. Zachowywał spokój, ale gdzieś w środku, mały stres się gnieździł. Bowiem nie wiedział, jak ojciec przyjmie jego obecność.
Przywitał się z Dorindą i rodzicami. Następnie z wujostwem, ciotkami i kuzynostwem. Jeżeli i rodzeństwo było już na miejscu, to z nimi także. Podszedł także do Victorii, aby uścisnąć dłoń, czy ucałować jej wierzch, nie chcąc aby wstawała ze swojego miejsca. Rodolphusowi uścisnął dłoń na powitanie. Nie ukrywając, że widok ich go cieszył.
Swoje miejsce zajął po stronie, gdzie miała zasiąść jego rodzina. Być może obok swojej matki.
Być może zaskoczeniem dla wielu osób będzie, że Laurence przyszedł sam, bez swojego syna Louisa. Chłopiec pozostał we Francji pod opieką Camille Delacour. W ciągu tych paru dni, nie dałby rady go tutaj sprowadzić. Sytuacja w kraju, też nie była stabilna i bezpieczna. A potomek ich nazwiska był przecież ważny jak i jego bezpieczeństwo. Laurence nie chciał ryzykować. Może na Yule to się zmieni?
Nie chcąc na razie wychodzić z jakimkolwiek tematem, nałożył sobie placki dyniowe i pozwolił skrzatowi napełnić swój kielich winem. Skoro większość kosztowała już posiłek, skorzystał również.