25.02.2023, 01:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.02.2023, 01:23 przez Ulysses Rookwood.)
Ulysses trochę żałował, że to nie on został wezwany, gdy jacyś mugole odkryli ruiny magicznej wioski. Miałby wtedy doskonały powód by wysłać do Shafiqa sowę. Powiadomić go o fascynującym odkryciu, które mogło go zainteresować.
- I tak, i nie. Właściwie to nie mam wiele więcej wezwań niż zazwyczaj – odpowiedział neutralnie. Na swój sposób, Rookwood tak bardzo nawykł do tego, by oddzielać od siebie dwa życia, które prowadził, że robił to niemal bezwiednie. Nie wymagało to od niego nawet tak wiele wysiłku, jak powinno. - Po prostu trochę zmieniła się ich specyfika. Dawniej to były głównie przypadkowe użycia magii przez magiczne dzieci urodzone w mugolskich rodzinach, teraz… teraz w mugolskim Londynie częściej wybucha gaz – opisał naokoło.
Ale przecież nie musiał mówić wprost, że Śmierciożercy atakowali czasem mugolskie budynki. W obecnych czasach to było oczywiste. Tak bardzo oczywiste, że obraziłby inteligencję swojego rozmówcy, gdyby wymienił ich z nazwy.
A potem zacisnął usta. Odwrócił głowę, zawstydzony i zaniepokojony jednocześnie odpowiedzią Cathala. Nie myślał o tym, że najwyraźniej zdenerwował go swoim pytaniem. Nie próbował go świadomie wzywać do swoich snów. Ba, gdyby miał wybór, nigdy by tego nie zrobił a jeśli już to poprosiłby o pomoc ojca. A jednak, w jakiś niezrozumiały dla niego sposób, śnili wczoraj ten sam sen. Dwa sny. Może nawet trzy, a ten trzeci był najbardziej upokarzający dla Ulyssesa, bo pokazywał czego naprawdę chciał.
Sięgnął ku swojemu krawatowi. Dość powoli go poluzował, jakby każdy najmniejszy ruch sporo go w tym momencie kosztował. Wreszcie zrobił to mniej więcej na tyle, by móc rozpiąć górny guzik koszuli i odsłonić przed Shafiqiem szyję. Miał na niej siniaki układające się w odciski palców. Na kilka sekund, uniósł nawet brodę wyżej, by Cathal lepiej mógł przyjrzeć się śladom po duszeniu.
Chrząknął.
Umknął przed nim wzrokiem, pośpiesznie zapinając koszulę.
- Nie wiem jak to się stało, że znalazłeś się we śnie razem ze mną. Nie próbowałem cię tam ściągać.
- I tak, i nie. Właściwie to nie mam wiele więcej wezwań niż zazwyczaj – odpowiedział neutralnie. Na swój sposób, Rookwood tak bardzo nawykł do tego, by oddzielać od siebie dwa życia, które prowadził, że robił to niemal bezwiednie. Nie wymagało to od niego nawet tak wiele wysiłku, jak powinno. - Po prostu trochę zmieniła się ich specyfika. Dawniej to były głównie przypadkowe użycia magii przez magiczne dzieci urodzone w mugolskich rodzinach, teraz… teraz w mugolskim Londynie częściej wybucha gaz – opisał naokoło.
Ale przecież nie musiał mówić wprost, że Śmierciożercy atakowali czasem mugolskie budynki. W obecnych czasach to było oczywiste. Tak bardzo oczywiste, że obraziłby inteligencję swojego rozmówcy, gdyby wymienił ich z nazwy.
A potem zacisnął usta. Odwrócił głowę, zawstydzony i zaniepokojony jednocześnie odpowiedzią Cathala. Nie myślał o tym, że najwyraźniej zdenerwował go swoim pytaniem. Nie próbował go świadomie wzywać do swoich snów. Ba, gdyby miał wybór, nigdy by tego nie zrobił a jeśli już to poprosiłby o pomoc ojca. A jednak, w jakiś niezrozumiały dla niego sposób, śnili wczoraj ten sam sen. Dwa sny. Może nawet trzy, a ten trzeci był najbardziej upokarzający dla Ulyssesa, bo pokazywał czego naprawdę chciał.
Sięgnął ku swojemu krawatowi. Dość powoli go poluzował, jakby każdy najmniejszy ruch sporo go w tym momencie kosztował. Wreszcie zrobił to mniej więcej na tyle, by móc rozpiąć górny guzik koszuli i odsłonić przed Shafiqiem szyję. Miał na niej siniaki układające się w odciski palców. Na kilka sekund, uniósł nawet brodę wyżej, by Cathal lepiej mógł przyjrzeć się śladom po duszeniu.
Chrząknął.
Umknął przed nim wzrokiem, pośpiesznie zapinając koszulę.
- Nie wiem jak to się stało, że znalazłeś się we śnie razem ze mną. Nie próbowałem cię tam ściągać.